Kulinarne

Festiwal Dobrego Smaku 2014 r., Łódź, sobota, 28 czerwca

Ato Sushi – Danie, którego nazwy nie można wymówić, czyli różowa kaczka z pomarańczowo-rozmarynową pianą na purée z zielonego chilli

Danie, którego nazwy nie można wymówić – Ato Sushi

W Ato Sushi usadzono nas przy barze – zupełnie, jak w zeszłym roku. Bardzo nam to odpowiada, bo można wtedy patrzeć na ręce panom montującym jedzenie 🙂 Dostaliśmy bardzo kolorowe danie z obowiązkowym plasterkiem długo gotowanej kaczki na wierzchu. Wszystko posypane było kiełkami buraka. Pani kelnerka, która nam danie przyniosła, wytłumaczyła dokładnie, co będziemy jedli i poinformowała, że to zielone pod spodem, to nie jest wasabi 🙂 Dodatkowo wzięliśmy zieloną herbatę z płatkami wiśni. Całość była bardzo smaczna, inspirująca. Wszystko do siebie pasowało i akurat tutaj moglibyśmy zjeść więcej 😀
Gratulujemy drugiego miejsca według jury! 🙂

 

House of Sushi – Małże świętego Jakuba – przegrzebek zwyczajny, czyli małże smażone na palonym maśle z plackiem marchwiowo-imbirowym i pianą z buraka

Małże Świętego Jakuba – House of Sushi

Na drugie śniadanie także zdecydowaliśmy się na restaurację sushi (no dobra, było blisko ;). Intrygujące przegrzebki, jeszcze nigdy ich nie jedliśmy, idealna okazja! Zajęliśmy stolik na zewnątrz i dość długo czekaliśmy na obsługę. Po zamówieniu natomiast danie podano dość szybko. Kelnerów przyszło dwóch: jeden postawił przed nami małże przepięknie podane na muszlach, a drugi dołożył do dania piankę z buraków – na bieżąco, aby nie opadła. Oprócz przegrzebków na muszli znalazła się cała masa dodatków, na przykład malina czy ikra.
Danie nam bardzo smakowało i wśród dań festiwalowych wyszło na prowadzenie razem z kaczką z Ato Sushi 🙂

 

Foto Cafe 102 – Makowe wspomnienia, czyli tort makowy  bez mąki. Z nutą imbiru, gęstą czekoladą i bakaliami. Podawany z konfiturą pomarańczową

Makowe wspomnienia – Foto Cafe 102

Umówieni ze znajomymi w Foto Cafe 102 zdążyliśmy tam przed deszczem. Do Foto Cafe 102 można wejść przez… okno. Okna są niczym drzwi balkonowe – podwójne, otwierane wielkie skrzydła 🙂 Niestety, danie festiwalowe nas nieco zawiodło formą podania. Dostaliśmy malutki kawałek ciasta makowego podany na… tekturowym talerzyku z plastikowym widelcem 🙁 W dodatku w opisie dania była konfitura pomarańczowa, której na próżno było szukać na kartonie. Okazało się jednakże, że wystarczy być upartym i dostanie się ciasto nie tylko na normalnym talerzyku, ale także z kleksem z bitej śmietany: o talerzyk upomniała się Ania i brawo dla niej 🙂 Natomiast ogromny minus dla kawiarni za traktowanie mniej upierdliwych klientów jak klientów nie zasługujących na porcelankę.
Do ciasta została podana kawa, my wybraliśmy capuccino i kawa przynajmniej ratowała honor Cafe Foto 102 – była naprawdę dobra. Kawiarnia miała jeszcze jedną zaletę: przeczekaliśmy w niej deszcz 🙂

 

Lokal – Zapomniane – dzikie. Bażant, dzik, dereń, czyli krokiet z bażanta z grzybami na purée z kalarepy z jabłkiem, terryna z dzika z sosem z suszonych owoców z dereniem, fondant z kalarepy, marynowany rydz, sos wiśniowy, ziemia czekoladowo-kawowa.

Zapomniane – dzikie – Lokal

Szliśmy Aleją Schillera i nie mogliśmy znaleźć lokalu. Słowo “lokal” samo – widocznie podświadomie – wpełzło nam na usta, bo restauracja nazywa się Lokal właśnie, a mieści się w podwórku i najpierw także usiłowaliśmy wejść do niej oknem. Na szczęście w porę zauważyliśmy drzwi 🙂 Stolik dla nas zwolnił się jak na zawołanie, pani przyniosła karafkę z wodą i dwie szklaneczki i odebrała zamówienie, na które nie musieliśmy długo czekać. Przyniesiono nam ogromne talerze z szerokim rantem w środku, który natychmiast nazwałam półeczką. Na półeczce leżał sobie lekko kwaskowaty krokiet z odrobiną rozsmarowanego sosu, w części głównej królował sześcian z dzika w otoczeniu całej masy drobiazgów, na przykład ziemi czekoladowo-kawowej (faktycznie smakowała czekoladą). Jeśli chodzi o marynowanego rydza, była go tam jakaś jedna ósma. Wszystko smakowało ok, pod warunkiem, że akceptuje się smak dziczyzny 🙂 Ogromny plus za realizację hasła przewodniego festiwalu – “Zapomniane – na nowo odkryte”. Kucharz zdecydowanie przemyślał sprawę i chyba słusznie Lokal zdobył pierwsze miejsce według jury. Dla mnie było to bardzo ciekawe przeżycie kulinarne 🙂

 

Mała Litera – Tam, gdzie rosną żołędzie, czyli rolada żołędziowa podana z kawą zbożową

Tam, gdzie rosną żołędzie – Mała Litera

Uparłam się na te żołędzie, więc jednak wróciliśmy do Małej Litery, do której nie zdążyliśmy pierwszego dnia. Mała Litera mieści się na pięterku w Muzeum Sztuki w Manufakturze i jest to bardzo spokojne i przestronne miejsce. Ogromne kanapy, w które się człowiek zapada, sprawiają, że doskonale się tu odpoczywa.
Rolada żołędziowa miała lekko kwaskowaty smak i była bardzo smaczna, chociaż składała się z dużej ilości kremu, a ja za kremem nie przepadam. Do tego była galaretka i beza z czekoladową podstawką, wszystko smaczne. Kawa także, chociaż chłodna. Szału nie ma, ale miło spędziliśmy kilka chwil 🙂

 

Marcello – Comber z królika faszerowany pęczakiem, podany na plackach z tartej brukwi z sosem pesto z pokrzywy i carpaccio z kiszonego czerwonego buraka

Comber z królika – Marcello

Usiedliśmy w ogródku, zostaliśmy skierowani do stolika narożnego dla dwóch osób. Było dość ciasno i żeby w ogóle usiąść trzeba było właściwie wysunąć krzesła na bok. Dość długo oczekiwaliśmy na nasze dania, przyglądając się w tym czasie obsłudze kelnerskiej. W pewnym momencie w drzwiach do restauracji stało chyba z 5 kelnerek i kelnerów, zagradzając kompletnie wejście, wyglądało to nieco jak mur, jakbym chciała wejść do takiego miejsca, raczej bym zrezygnowała.
Kiedy danie wreszcie przyszło, okazało się, że jest go na tyle dużo, że służy za całkiem sporą przekąskę. Mięso było smaczne i miękkie, chociaż ja bym je ciut mocniej przyprawiła. Placki bardzo smaczne, w pierwszej chwili myśleliśmy, że są ziemniaczane (zapomniawszy nazwy potrawy) i dziwiliśmy się, że są jakieś inne 😉 Sos pesto z pokrzywy był udekorowany listkiem pokrzywy, Wilczy zjadł go z pewną taką nieśmiałością i dziwił się, że się dało 🙂 Sos zresztą też był smaczny i spowodował potem dyskusję na temat jadalności zielska w ogóle. Kiszony burak stanowił pewne zaskoczenie, ale pozytywne. Chętnie bym zjadła więcej różnych kiszonek. Generalnie bardzo ok.

 

Restauracja u Kretschmera – Świeży śledź w akompaniamencie boczku z cebulką, z ziemniakiem i gorczycą

Śledź w akompaniamencie boczku – Restauracja u Kretschmera

Tutaj wybraliśmy się już niejako na kolację. Restauracja mieści się w hotelu Tobaco i ma szyld nad drugim wejściem do budynku, nie tym od recepcji. Weszliśmy więc do mrocznego pomieszczenia z klatką schodową i utknęliśmy – przed nami długi, ciemny korytarz bardziej hotelowy oraz schody w dół i w górę. Żadnej informacji, dokąd iść. Na czuja poszliśmy na dół i w tych ciemnościach – trafiliśmy do restauracji, prawie pustej. Mimo, że była 21:30, a kuchnia czynna do 22, nie było problemu ze złożeniem zamówienia.
Śledź zawinięty w plasterek boczku, podany na ciepło na czerwonej cebulce z gorczycą i obok ziemniak w mundurku. Bardzo ciekawe danie, zaskakujące i atrakcyjne w smaku. Intrygujące połączenie smaku śledzia i boczku, a w ramach równowagi ten ziemniak – całość była naprawdę ok. Do tego bardzo miła obsługa: kelner był żywo zainteresowany naszą reakcją na danie oraz wypytywał o festiwal w ogóle. A jako dodatek artystyczny mieliśmy kabaret z telewizora 🙂

To był bardzo miły dzień i ewidentnie mieliśmy szczęście: w żadnej z restauracji nie zabrakło dania festiwalowego, w żadnej też nie musieliśmy czekać w kolejce – kolejki ustawiały się dopiero, jak już zajęliśmy miejsca 😉

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *