Festiwal Dookoła Wody, Sandomierz, lato 2010 r.

Festiwal Dookoła Wody

Dobrze jest wrócić po jakimś czasie w dawno nie odwiedzane miejsca. Na przykład do Sandomierza 🙂 Jak tylko zobaczyłam zwiastun festiwalu, to od razu zachciało mi się tam pojechać. Krótki zerk w kalendarz, jest wolny weekend, czemu nie 🙂

Hambawenah
Hambawenah

Łatwo nie było. Okazało się, że z Warszawy do Sandomierza będę jechać przez lubelszczyznę oraz Radom, skąd zgarnęłam Wilczego. Burza z piorunami dopadła mnie jeszcze przed Radomiem, potem na chwilę przestało padać, co i tak nie ułatwiło nam wyjazdu z tego miasta… Radom, jak cała Polska, jest rozkopany, rozwiercony, odcięty od świata i ma pozamykane ulice i objazdy. Oraz dojazdy. W rezultacie mam wrażenie, że jeździłam po nim w kółko, udało mi się z niego wyjechać, trafiłam na zamkniętą drogę, wróciłam do Radomia i jakimś cudem, kiedy już zapadły ciemności, udało się wybrnąć z tej sytuacji we właściwym kierunku. Do Sandomierza dojechaliśmy grubo po 22 w piątek 🙂
Zameldowaliśmy się w miejscu noclegu i poczłapaliśmy na starówkę, gdzie od razu natknęliśmy się na Switzę – szalonego organizatora, który miał całą Pogorię na swojej głowie (cytat z Gniadego ;). Resztę wieczoru spędziliśmy w knajpce, kosztując flisackiego bigosu i chleba oraz konwersując z dawno niewidzianymi znajomymi. A potem odpłynęliśmy, bo zmęczenie całym tygodniem i przedziwną podróżą dało o sobie znać…


Sobota wyglądała nieciekawie, ale szybko się rozpogodziło. Powędrowaliśmy zatem w miasto na śniadanie, trafiliśmy do knajpki Lunch Cafe, gdzie dostaliśmy zupełnie fajne jedzonko. Wilczy poleciał po standardzie i zamówił jajecznicę, a ja wzięłam sałatkę Cesar. Trzeba przyznać, że najedliśmy się, a że było nam zupełnie sympatycznie, to zostaliśmy tam jeszcze na kawę 🙂
Tego dnia miał się odbyć rejs po Wiśle, ale ze względu na wysoki stan wody i ciągłe zagrożenie powodziowe został odwołany, zatem zajęliśmy się sobą sami: pojechaliśmy na wycieczkę – trochę po zalanych terenach, trochę po Sandomierzu innym, niż starówka. Zalana część miasta wyglądała mocno przygnębiająco. Opuszczone domy, powybijane szyby, pootwierane drzwi, odpadnięty tynk, ślady na budynkach… Zalane ogromne połacie ziemi, a w niektórych miejscach nadal stoi woda!…
Na pocieszenie po koszmarnych widokach kupiliśmy borówki i pożarliśmy całe opakowanie, a potem poszliśmy na spotkanie podróżnicze z flisakami, które przerwaliśmy dla obiadu. Na obiad poszliśmy niedaleko, bo do knajpki obok, a potem trzeba już było przygotować się do wieczornego koncertu.
Na scenie pod zamkiem powitali nas Wikingowie, grający szantę klasyczną i to był jedyny szantowy zespół tego dnia 🙂 Po nich wystąpił Anam na Eireann, czyli muzyka celtycka, potem Hambawenah, Mamadou z zespołem i na koniec Poparzeni Kawą Trzy. O ile pierwsze trzy zespoły nie były dla nas niespodzianką, wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać i chętnie posłuchaliśmy występów, o tyle dwóch ostatnich kompletnie nie znaliśmy, zatem wyczekiwaliśmy z pewną taką nieśmiałością…


Okazało się, że warto było czekać 🙂 Djolof-Man, czyli Mamadou z zespołem, to rytmy afrykańskie z polskim akcentem: chłopaki śpiewają częściowo po polsku i w naszym języku prowadzą rozmówki z publicznością 🙂 Grali żywiołowo i pozostawili po sobie bardzo sympatyczne wrażenie.
Tymczasem Poparzeni Kawą Trzy weszli na scenę z całym zestawem trąb. Zespół składa się z dziennikarzy radiowych i telewizyjnych 🙂 Pewnie dlatego nie byli chyba w ogóle stremowani i wyglądali na obytych ze światłami sceny ;-p Zagrali kilka żywiołowych piosenek z trafnymi tekstami, częściowo po rosyjsku i generalnie dali bardzo dobry koncert, niestety pod koniec ja już nie nadawałam się do niczego, prócz łóżka, w dodatku zrobiło się zimno i musieliśmy odmaszerować spać. Ale chętnie jeszcze posłucham Poparzonych 🙂
Niedziela przywitała nas lekko zachmurzonym niebem, co się oczywiście później przejaśniło, ale na szczęście nie było już tak wściekle upalnie, jak w sobotę. Przy okazji śniadania na rynku natknęliśmy się na Switzę, potem jeszcze pospacerowaliśmy po okolicy i resztę dnia spędziliśmy w Ciżemce, gdzie Wilczy pochłonął ostatniego – schłodzonego tym razem – Paulanera, ja niestety kawę, pożarliśmy obiad i potem jeszcze wróciliśmy na lody 😉 W międzyczasie pooglądaliśmy występy członków Księstwa Sandomierskiego – dziewczęta w kieckach z jakiejś poprzedniej epoki i chłopców w kolorowych rajtuzach, aż wreszcie okazało się, że już się robi późno, a ja jeżdżę zgodnie z przepisami – prawie – więc musimy jechać.
Pożegnaliśmy Sandomierz z czułością i pewnie nieraz tam jeszcze wrócimy 🙂 Switza – wielkie dzięki za opiekę i fantastyczną zabawę 🙂

Wyszperane w Sieci:
Zwiastun festiwalu
Hambawaenah
Mamadou – grał z zespołem w sobotę
Poparzeni Kawą Trzy – gwiazda sobotniej nocy

Leave a Reply