Wyprawy, Włóczęga

Gruzja dla każdego, jesień 2016 r., cz. 4 – Mestia

Gruzja dla każdego w odcinkach
Gruzja dla każdego, jesień 2016 r., cz. 1 – Tbilisi
Gruzja dla każdego, jesień 2016 r., cz. 2 – Stepancminda
Gruzja dla każdego, jesień 2016 r., cz. 3 – Mccheta, Gori, Uplisciche, Chiatura, Kutaisi
Gruzja dla każdego, jesień 2016 r., cz. 5 – Batumi, Tbilisi
Tbilisi – galeria zdjęć
Praktyczne porady na temat podróżowania po Gruzji
Chiatura – czy boisz się starych kolejek linowych?

Mestia

Po wizycie w toalecie dworcowej pomyślałam, że najgorsze za mną i zapakowałam się do marszrutki na tylne siedzenie. Okazało się, że chętnych na podróż jest więcej i pojadą dwie marszrutki naraz. W naszej z tyłu śmierdziało spalinami tak bardzo, że w końcu się przesiedliśmy – na szczęście było gdzie. Podróżowaliśmy z Ukraińcami i Niemcami, ci pierwsi sympatyczni i swojscy, ci drudzy trzymali się z dala od reszty. Droga była dłuuuuga i kręęęęta, Wilczy patrzył na mnie z wyrzutem i powiedział, że więcej tu nie przyjedzie (potem zmienił zdanie). Po asfalcie plątały się krowy w ilościach hurtowych, niektóre odpoczywały, leżąc na środku jezdni, były też psy, widzieliśmy także jedną świnię… Wszystko na luzie, w spokoju i nie nerwowo, omijane przez samochody i busy. Jedynie ludzie musieli uciekać, resztę fauny się omijało bez trąbienia, nawet jeśli wymagało to zatrzymania i przeczekania. Tak się jeździ po Gruzji.

Przednia szyba naszej marszrutki
Przednia szyba naszej marszrutki

Nie tylko krowy pętają się po jezdni :)
Nie tylko krowy pętają się po jezdni 🙂
Takie widoki też były częste :)
Takie widoki też były częste 🙂
Krowy na szosie - widok normalny
Krowy na szosie – widok normalny

W górach serpentynki i piękne widoki, ciągle jeszcze słońce, ciepło i cudnie. Po drodze było kilka przystanków, w tym jeden dłuższy, na popas, przy jakiejś przydrożnej knajpie, gdzie poznaliśmy kubdari. Kubdari to taki placek jak chaczapuri, ale z mięsem w środku. Wilczy z miejsca się zakochał w tym żarciu. Jeden placek na dwie osoby to absolutnie wystarczające danie główne 🙂 Okazało się, że drugim busem jedzie dwóch Polaków, którzy są tu już kolejny raz i idą w góry. Wyglądali bardzo stanowczo i profesjonalnie. W przeciwieństwie do nas żywili się samodzielnie, pomidorami kupionymi w sklepie na przykład (a pomidory mają tu fantastyczne!). Za knajpką był piękny wodospad, a po drugiej stronie ulicy – toaleta grawitacyjna, nad ciągiem dalszym wodospadu. Mróz ściska jajka! 🙂

Zajazd. Popas. Tu dają kubdari i mają piękny wodospadzik na tyłach :)
Zajazd. Popas. Tu dają kubdari i mają piękny wodospadzik na tyłach 🙂
Wodospadzik piękny :)
Wodospadzik piękny 🙂
Po drodze do Mestii
Po drodze do Mestii
Po drodze do Mestii
Po drodze do Mestii

Im byliśmy bliżej Mestii, tym bardziej nasz kierowca był szczęśliwy. Podkręcał głośniej muzykę, co kończyło się źle, bo potencjometr w radiu był kompletnie popsuty i zmieniał głośność w sposób losowy, najczęściej dając muzę na full; podśpiewywał, jechał coraz szybciej i wreszcie wjechał do Mestii, trąbiąc i pokrzykując przez otwarte okno do swoich znajomych. Wcześniej ustalił ze wszystkimi pasażerami, czy na pewno mają gdzie spać i gdzie ich dokładnie podwieźć. Zdecydowaliśmy się na Nino Ratiani’s Guesthouse, akurat przy pierwszym przystanku busika. Okazało się, że możemy się zameldować tu na jedną noc, bo potem nie będzie już miejsca. Wybraliśmy pokój bez łazienki (łazienka na korytarzu wspólna dla dwóch pokojów), mały, ciasny, ale ciepły i przytulny. Na drzwiach wejściowych do domu była karteczka: “Winter is coming! Please keep the door closed. Thank you.” Na powitanie dostaliśmy po kawałku ciasta i herbatę i to było bardzo miłe. A potem poszliśmy w miasto 🙂 Wielokrotnie 🙂 Zaczęliśmy od informacji turystycznej, w której nakradliśmy mapek (całe dwie ;p), a miły, acz smutny pan poinformował nas (jak i tę setkę osób przed nami tego dnia), które wieże są czynne i można je zwiedzać oraz że reszty nie rekomenduje, bo mogą się przypadkiem na nas zawalić. Nie dodał, że w niektórych wieżach są po prostu składy z winem… Wyszliśmy stamtąd z mocnym postanowieniem spaceru po mieście i prawie natychmiast trafiliśmy na zbiegowisko. Weszliśmy w sam środek, rozglądając się niczym zagubieni turyści i potem wypadki potoczyły się błyskawicznie: dostrzegłam popa, zorientowałam się, że wszyscy są ubrani na czarno, a w drzwiach budynku stanął pan, który zaczął na nas machać. Obejrzeliśmy się – ewidentnie machał na nas. Podeszliśmy więc.

Wilczy i kolega z Czech, który czuje się Ślązakiem
Wilczy i kolega z Czech, który czuje się Ślązakiem
Uczestnicy stypy
Uczestnicy stypy
Uczestnicy stypy
Uczestnicy stypy

Okazało się, że to zbiegowisko to faktycznie stypa, a w budynku jest imprezka, karmią znaczy. Zostaliśmy wciągnięci do środka, posadzeni przy stole (nieheblowane dechy na jakichś wspornikach, przykryte białym papierem) na ławkach (nieheblowane dechy… itd.), a na sprzątany już stół wjechało kilka jednorazowych talerzyków z dobrami wszelakimi. Do rąk wsadzono nam plastikowe kubeczki i nalano czegoś. Nie było wyjścia… ;p Okazało się, że papryczki są całkiem dobre, pasta z fasoli wchodzi mi średnio, ale kawałki ryby są super. Popiłam winem. Potem pojawił się Gruzin, który postanowił się z nami zaprzyjaźnić, co polegało na tym, że usiadł obok mnie, polał Wilczemu czaczy, mnie dolał oranżady do wina (co było robić, wszystko w takich samych butelkach, pomylił się ;p) i zaczął częstować papierosami (po każdej odmowie chwalił, a potem częstował znowu) i gadać. Trzeba było uprzejmie przytakiwać po rosyjsku, bo dialogu pan nie potrzebował, tylko słuchaczy. Sprawdzaliśmy się świetnie, korzystając z zawartości stołu… Kilka talerzyków później posadzono obok nas kolejnych wciągniętych: tym razem to Czesi, którzy czuli się bardziej Ślązakami i mówili po polsku. Impreza generalnie się zwijała, więc niedługi czas później my też mogliśmy opuścić gościnne progi dziwnego, niewykończonego budynku. Budynek wyglądał, jakby komuś się skończyły pieniądze po postawieniu stanu surowego i wmontowaniu okien. Wylewka była, więc pomieszczenie zagospodarowano, ale czy ktokolwiek to kiedykolwiek dokończy?

Mestia, główna ulica
Mestia, główna ulica
Mestia, główna ulica z widokiem :)
Mestia, główna ulica z widokiem 🙂
Ładne acz nieukończone budynki w centrum
Ładne, acz nieukończone budynki w centrum
Mestia, widok na miasto i wieże obronne
Mestia, widok na miasto i wieże obronne

Włócząc się po miasteczku znaleźliśmy warzywniak w jakimś zapomnianym przez bogów budynku, kilka sklepów z pamiątkami i kilka knajpek. W końcu na jedną z nich się zdecydowaliśmy, to była Cafe Ushba i strzał w dziesiątkę. Zapodaliśmy wino, dostaliśmy pełne (z górką normalnie 😉 kieliszki, oczywiście do jedzenia co? Kubdari! Obsługiwała nas dziewczynka, mówiąca po angielsku albo pani, mówiąca po rosyjsku. Oba te języki naraz nie występowały w jednej osobie, co nikomu generalnie nie przeszkadzało. W pewnym momencie usłyszeliśmy śpiew na głosy i poczuliśmy się zaintrygowani. Po krótkim śledztwie doszliśmy do wniosku, że śpiewają kucharki za całkiem otwartymi drzwiami kuchni za barem. Śpiewały super, wino szumiało, postanowiliśmy się podzielić naszymi spostrzeżeniami z obsługą, więc czym prędzej pochwaliliśmy panią, że super, że bardzo nam się podoba i tak dalej, na co pani (język rosyjski!) odparła, że ich koleżanka zza baru nie jest z tego zadowolona i uważa, że nie powinny śpiewać głośno. Zaprzeczyliśmy gorąco z głębi serca, wylaliśmy z siebie falę zachwytu i osiągnęliśmy tyle, że panie stanęły za barem i zaczęły śpiewać. Wpatrywaliśmy się z ucieszonymi mordami i słuchaliśmy autentyku, aż doleciało do nas ze stolika obok: “…fałszują”. No i zrobiło nam się przykro. Ma człowiek okazję zobaczyć coś prawdziwego, dotknąć kawałka folkloru tu i teraz i nie umie tego docenić. Niestety, Polacy na wakacjach 🙁 Wcale się nie dziwię, że pani za barem miała obiekcje… Postanowiliśmy jednak smutki utopić w większej ilości wina, a o 23.00 knajpa się zamknęła, więc mogliśmy z czystym sumieniem iść spać.

Warzywniak z przyprawami
Warzywniak z przyprawami
Cafe Ushba
Cafe Ushba
Bar w Cafe Ushba
Bar w Cafe Ushba

***

Następny dzień zaczęliśmy od śniadania (znowu obfite i ciepłe), z którego połowę znowu wzięliśmy na wynos, a potem przenieśliśmy graty do innego hostelu. Musieliśmy poczekać na wysprzątanie pokoju, potem okazało się, że nie ma zamka w drzwiach, jest za to szafa z czyimiś ubraniami. Łazienka znowu na korytarzu, tylko tutaj było zimniej i bardziej śmierdząco. W pokoju natomiast ciepło, bo stał sobie grzejniczek na prąd, który całkiem nieźle dawał radę. A na korytarzyku był kominek 🙂 Porzuciliśmy zatem brudne gacie (no dobra, zrobiliśmy szybką przepierkę) i poszliśmy w zasnute chmurami miasto. Już było widać, że z wycieczki w góry (nawet te niskie) nic nie wyjdzie, bo pada, mży, stoją chmury albo pada, ewentualnie jeszcze pada i mży. Poszliśmy więc oglądać wieżę swanecką, tę udostępnioną, bo żadne z nas nie chciało zginąć pod gruzami. Dotarliśmy do restauracji pod wieżą i kiedy plątaliśmy się tam i gapiliśmy bezmyślnie na krowie placki na ścieżce, zgarnęła nas jakaś pani i zapytała, czy chcemy obejrzeć muzeum i wieżę. No chcieliśmy. To najpierw wysłała nas do wieży. Wieża była po prostu otwarta, nikt jej nie pilnował (raczej trudno podpieprzyć taki kawał kamulców), więc wspięliśmy się po drewnianych schodkach na górę i weszliśmy. Wejście jest na poziomie pierwszego piętra (a wszystkich pięter jest sześć). W środku: ciasno, pełno pyłu, brudu, piasku i ruchomych kamyczków i jeszcze trzy razy to samo. Weszłam na kolejny poziom po drewnianej nieheblowanej drabinie, która się bujała i niekoniecznie stanowiła element scalony z resztą wieży i odmówiłam wchodzenia wyżej. Ja tu sobie zaczekam, dziury w podłodze są, jak mi się drabina bujnie, to zlecę nie wiadomo jak daleko w dół, poza tym upieprzę się całkiem od przepychania się przez te dziury i ocierania o ściany. Nie, dziękuję. Wilczy polazł wyżej i dosyć szybko straciłam go ze słuchu…

Wieża obronna
Wieża obronna
No to wchodzimy!
No to wchodzimy!
Jest ciasno i raczej przykurzone :)
Jest ciasno i raczej przykurzone 🙂
Kolejne piętro (z sześciu)
Kolejne piętro (z sześciu)
Już bliżej szczytu :)
Już bliżej szczytu 🙂
Taki widok roztacza się ze szczytu
Taki widok roztacza się ze szczytu

Ruski rok później usłyszałam nad głową sapanie, sypiące się kamyczki, piach i stłumione mamrotanie. Aha, Wilczy wracał. Po tych pionowych, ruchomych drabinach. Co prawda ledwo się przeciskał przez dziury w stropach, a potem trzeba go było uprać i wytrzepać, ale zlazł i miał zadowoloną minę. Podobało mu się na górze, zrobił zdjęcia, że okolica ładna i mogliśmy pójść oglądać muzeum. Muzeum, czyli swanecką chatę. Jak się okazało, w takiej chacie żyły całe wielopokoleniowe rodziny, a dom był kombajnem i robił wszystko. Ogrzewanie (poza paleniskiem) organiczne: zwierzęta grzały ludzi. Chłodzenie: odpowiednio wykorzystana piwnica. Święte miejsce dla głowy rodu. Dom opierał się lawinom, a w razie zemsty rodowej bogata rodzina miała kilka wież, w których się zamykała na odpowiednio długi czas (aż wrogom przejdzie chęć mordu). W piwniczce wydrążone kamienie na wodę i wino… oraz lokalne, rodzinne więzienie 🙂 Pięknie po prostu! Wszystko sprytne i przemyślane.

Dom bogatej rodziny swaneckiej w środku. To duże krzesło to miejsce pana domu. Z tyłu – na górze spali ludzie, na dole – zwierzęta
Dom bogatej rodziny swaneckiej w środku. To duże krzesło to miejsce pana domu. Z tyłu – na górze spali ludzie, na dole – zwierzęta
Piwnica, miejsce na trzymanie wody lub wina
Piwnica, miejsce na trzymanie wody lub wina
Piwnica i areszt domowy
Piwnica i areszt domowy

Jak wyczołgaliśmy się ze swaneckiego domu, to okazało się, że znowu coś kropi. Poszliśmy więc na grzyby i wino do Cafe Ushba. Posileni i rozgrzani powędrowaliśmy w stronę Koruldi Lakes, ale drogę zagrodziła nam ciężarówka postawiona w poprzek, więc pogapiliśmy się na biegające po zboczach kozy (trudno było nie zauważyć, miały dzwoneczki i hałasowały nieźle). Potem Wilczy chciał zaprzyjaźnić się ze świnkami, ale one nie chciały, więc nic z tego nie wyszło i znowu musieliśmy iść do knajpy na wino na otarcie łez 😉 Potem dotarliśmy do warzywniaka i postanowiliśmy zrobić zakupy. Warzywka jak warzywka, ale najbardziej nas interesowały wiszące na słupach torebki z przyprawami. Wyczailiśmy adżikę (przyprawa kuchni kaukaskiej z papryki, czosnku i ziół), jakieś inne atrakcje i herbatę. Torebeczki z przyprawami nie były podpisane nijak, więc wybieraliśmy na czuja 🙂 A potem trzeba było zanieść zakupy do pokoju.

Podczas krótkiego pobytu na kwaterze zaczęliśmy się zaprzyjaźniać z naszymi sąsiadami, kolejnymi Polakami, którzy przyjechali tu na tydzień i sobie tak mieszkają, zwiedzając okolicę. Polecili nam knajpę na rynku z muzyką na żywo, ale uznaliśmy, że to knajpa dla turystów (jakby inne były nie dla turystów ;). I poszliśmy na kolejny spacer, bardziej opłotkami, mosteczkiem, koło muzeum i wzdłuż rzeczki kanionem, a potem innym mosteczkiem z powrotem. No i w efekcie znowu wylądowaliśmy w tej samej knajpie… Już nawet anglojęzyczna dziewczynka zaczęła się do nas uśmiechać, chociaż może to miało coś wspólnego z tym, że zaczęliśmy do niej gadać po angielsku, a nie po rosyjsku 😉 Tym razem, poza winem, zamówiliśmy BBQ z kurczaka, kebaba i sałatkę z pomidorów i ogórków (te pomidory są tak obłędnie smaczne, że bajka!).

Takie widoki też są częste
Takie widoki też są częste
W bocznych uliczkach
W bocznych uliczkach
Kozy zbiegły z gór
Kozy zbiegły z gór
Rzeka Mulkhra
Rzeka Mulkhra
Takie widoki też są
Takie widoki też są
Najsłynniejsza ciężarówka - wszyscy robią jej zdjęcia :)
Najsłynniejsza ciężarówka – wszyscy robią jej zdjęcia 🙂
Źródełko i kubeczki
Źródełko i kubeczki
Mestia, po drodze do wieży - muzeum
Mestia, po drodze do wieży – muzeum

Wieczór spędziliśmy, oglądając Ligę Mistrzów w salonie naszych gospodarzy i pijąc herbatę oraz umawiając się na poranne śniadanie i marszrutkę. Marszrutka, powiedział pan gospodarz, podjedzie tu po was, więc nie stresujcie się, on zadzwoni i wszystko będzie dobrze. Wstaliśmy o świcie, spakowaliśmy się, wyrzucając kota z naszego pokoju za każdym otwarciem drzwi (oraz z mojego plecaka; potem okazało się, że wywęszył tam jakieś stare kabanosy), podreptaliśmy na śniadanie i dostaliśmy jakiś superomlet z warzywami i kiełbasą, placuszki i dużo innych rzeczy i w końcu powędrowaliśmy do marszrutki, która faktycznie po nas podjechała. Wchodząc do prawie pełnego busika z rozpędu powiedziałam: “Dzień dobry”, na co busik odpowiedział mi chórem: “Dzień dobry!” i wszyscy zaczęliśmy się śmiać. No tak, prawie sami Polacy!…;) Busik zawrócił i pojechał do centrum Mestii, potem w stronę cywilizacji, potem znowu zawrócił i utknęliśmy w centrum na dobre. Zrobiła się awantura. Zrozumieliśmy z niej tyle, że jest więcej pasażerów niż sprzedanych biletów (przy czym my nie dostaliśmy żadnych biletów, pieniążki powędrowały z rączki do rączki, ale chyba byliśmy rozliczeni, bo pan awanturnik pokiwał przy nas głową, licząc i sprawdzając osoby). Gruzini kłócili się po gruzińsku, Polacy narzekali po polsku, że zimno i jedźmy już, my nagrywaliśmy wszystko i ochrzciliśmy Mestię mianem miasta, z którego się nie wyjeżdża. W końcu znaleźli winnego, okazało się, że jedyny w busiku Gruzin się nie wylegitymował swoim biletem. Doprawdy, przy 10 pasażerach, w tym 9 obcokrajowcach, długo im zajęło dojście, o co chodzi z tymi biletami… No, grunt, że się jednak udało i mogliśmy jechać. Kurs na wybrzeże Morza Czarnego!

Czytaj dalej, część 5 – Batumi, Tbilisi

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply