Poznaj swój kraj, Wyprawy, Włóczęga

Kaszuby, lato 2014 r.

Kaszuby były jednym z naszych “must see” w bliżej nieokreślonej przyszłości. Biała plama na mapie, a przecież – według legendy – piękna kraina, w której można znaleźć wszystko: pola, łąki, lasy, jeziora, rzeki, strumienie i góry. Jest tu wszystko, co pozstało Panu Bogu po stworzeniu świata. Wykorzystał te pozostałości, aby upiększyć zapomniane wcześniej miejsce. Kiedy zatem okazało się, że mamy wolny tydzień, jakoś od razu wiadomo było, gdzie go spędzimy.

Upał panował nieziemski. Takiej pogody nie pamiętali najstarsi Kaszubi. Tydzień najbardziej wakacyjnej pogody, jaką mogliśmy sobie wymarzyć, oczywiście z atrakcjami typu burza podczas zwiedzania metalowo-drewnianej wieży 😉 Ale dzięki słonecznej pogodzie i wysokim temperaturom dni zaczynaliśmy i kończyliśmy kąpielami w jeziorach. Maski na twarze, płetwy na nogi i wio do wody! Po takim poranku byliśmy pełni energii, a ciekawość pchała nas przed siebie, więc znowu wróciliśmy z urlopu zmęczeni…;)

Wdzydzki Park Krajobrazowy

To, co nas uderzyło najpierw po zjechaniu z autostrady, to dwujęzyczne tabliczki z nazwami miejscowości: po polsku i po kaszubsku. Niektóre nazwy są takie same, dzięki czemu tabliczka z napisem “Wdzydze, Wdzydze” wygląda nieco zabawnie 🙂

Wdzydze, Wdzydze

Najbardziej charakterystyczny element Wdzydzkiego Parku Krajobrazowego tworzą cztery jeziora rynnowe, uformowane na kształt krzyża. Wdzydze leżą na skrzyżowaniu, pomiędzy jeziorami Gołuń i Jelenim, i są miejscowością na wskroś turystyczną, z pokojami do wynajęcia niemal w każdym gospodarstwie, z polami namiotowymi oraz wielkim ośrodkiem PTTK-u nad jeziorem i kilkoma dużymi domami wczasowymi. Szukając przyzwoitego pola namiotowego, nieopanowanego przez tłumy wczasowiczów z bardzo dobrym nagłośnieniem samochodach, objechaliśmy północno-wschodnią część krzyża, zrezygnowaliśmy z PTTK-u, z mieszkania na skarpie oraz z pchania się w leśne ostępy bardziej dla sarenek niż samochodów i finalnie zadomowiliśmy się nad wschodnim ramieniem krzyża, nad jeziorem Gołuń, w ośrodku wczasowym Portus II, który poza pawilonem i domkami dysponował polem namiotowym w lesie. Cena pobytu: 25 zł za dobę od namiotu, bez liczenia osób i samochodu. W ośrodku przez całą dobę dostępne są prysznice, toalety i czajnik 🙂 Sam ośrodek najlepsze czasy ma już chyba za sobą, a chociaż nie jest bardzo wiekowy – zdecydowanie przydałby mu się remont. Ale za to jest utrzymany w czystości i nie baliśmy się wejść ani do toalet, ani pod prysznice 🙂 Ośrodek stoi na lekkim wzniesieniu, przynależy do niego kąpielisko, można też wypożyczyć kajaki. Można też przyjechać camperem, jest podłączenie do prądu. W lesie gdzieniegdzie są mrówki, ale za to prawie w ogóle nie było komarów – może grasowały bliżej jeziora, od którego my staliśmy ze 100 metrów 🙂 Były za to upierdliwe ćmy, które twardo pchały się do świeczki albo rozsiadały się na naszym stole i na nas jak u siebie. Co i rusz powtarzaliśmy:

– Nie mogę, ćma na mnie siedzi!

Miejsce w ogóle pełne integrującej się przyrody: pierwszego poranka przed śniadaniem odwiedził nas gołąb Zygmunt i został. Na śniadanie. Najpierw zainteresował się naszym pięciolitrowym baniakiem na wodę i usiłował go podziobać, bezskutecznie na szczęście. Potem plątał się wokół kuchenki, na której przygotowywałam jajecznicę i trzeba go było ratować, żeby sobie krzywdy nie zrobił. Kanapek z jamón ibérico nie ruszył w ogóle, pomidory też go nie interesowały, za to jak już usiedliśmy do jedzenia, uparł się zadomowić na przedniej szybie i wycieraczkach samochodu. Miał obrączki na obu nóżkach i uparty był niesamowicie, aż zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie ma dla nas jakiejś wiadomości pod tymi obrączkami, ale złapać się nie dał. Za to złamała się pod nim gałązka na drzewie… grubas! 🙂

Na koniec wpadł jeszcze do miski z brudnymi naczyniami i jak się z niej wydostawał, to dał dziobem w ziemię, pierdoła taka. Zostawiliśmy go i poszliśmy do Kaszubskiego Parku Etnograficznego z żalem myśląc, że potem będziemy mieli samochód do mycia. Nie zawiedliśmy się – gołąb Zygmunt zrobił swoje…

Do Kaszubskiego Parku Etnograficznego z ośrodka Portus II jest około 2 km. W upale, asfaltem, pieszo – to kawał drogi 😉 Na szczęście w skansenie działa restauracja, gdzie można dostać przepyszny, schłodzony kwas chlebowy, który doskonale gasi pragnienie. Sam skansen zajmuje spory teren i można w nim znaleźć to, co zazwyczaj znajduje się w skansenach 😉 Z atrakcji, na które zwróciliśmy uwagę, warto obejrzeć świątynię z Bożegopola Wielkiego, mały kościół, w którym znajduje się wystawa krzyży przydrożnych i kapliczek, a w podziemiach, w przyjemnym chłodzie, krypta z rzeźbionymi trumnami. Pięknie zachowany jest także wiatrak Holender z Brus. Poza tym warto odwiedzić kościół i szkołę z oślą ławką 😉 W skansenie można nauczyć się malować po szkle, lepić naczynia z gliny czy robić kwiaty z papieru. Działa też sklepik, w którym dostępne są produkty regionalne. My skusiliśmy się na jarzębinę do mięs 🙂

Po skansenie przyszedł czas na spacer po samych Wdzydzach. Ale najpierw zakotwiczyliśmy w knajpce przy malutkiej zatoczce z jeszcze mniejszym portem. Skusiła nas reklama świeżo złowionych okonków 🙂 Zadysponowaliśmy więc okonki z frytami i przyglądaliśmy się leniwie kołyszącym się żaglówkom przy kejach. Aż zachciało się pobujać na fali… albo chociaż wsiąść do kajaka… Ale tymczasem dotarły smażone okonki i trzeba było zająć się ważniejszymi sprawami 😉

Kolejnym punktem programu była wieża widokowa na terenie ośrodka PTTK. Na wieżę wstęp jest bezpłatny 🙂 Usytuowana jest niemal na środku krzyża tworzonego przez jeziora, zatem widok z niej jest oszałamiający.

W ośrodku poza tym jest tawerna z muzyką na żywo, można też wypożyczyć sprzęt wodny.

Bory Tucholskie – Fojutowo

Uparłam się na akwedukt w Fojutowie. Słynny taki ponoć. Nie bardzo daleko, Wilczy się zgodził pojechać, witaj, przygodo!

Niestety, jak to zwykle bywa, wielkie oczekiwania kończą się także wielkim rozczarowaniem.

Fojutowo, jak się okazało, nie tyle jest miejscowością, co zajazdem z mnóstwem atrakcji dla tłuszczy. Hotel, restauracje, baseny, konferencje, wesela a nawet stok narciarski. Całość zaczyna się gigantycznym parkingiem, na którym i tak trudno znaleźć miejsce, a dodatkowo (pewnie z powodu braku wyznaczonych miejsc – parking jest po prostu klepiskiem) kierowcy stają w trzech rzędach, skutecznie zastawiając tych w rzędzie środkowym. Dalej wjechać nie lzia, chyba, że do hotelu. Teren zajazdu to strumyczki, mosteczki, knajpki, place zabaw dla dzieci, jeziorka itd. Toaletę w tym całym bałaganie znaleźć bardzo ciężko, ale jednak jest i kosztuje 2 zł. W ośrodku spocone tłumy ludzi, drące się dzieci, panowie z brzuszkiem przy piwku, panie z lodami. Nie wiem, czemu spodziewałam się raczej jakiejś wioski…

IMG_1819
Akwedukt w Fojutowie

Do akweduktu trzeba jeszcze przejść około pół kilometra drogą wzdłuż Wielkiego Kanału Brdy (sądząc po ilości chętnych – doskonałe miejsce na spływ kajakowy). Sam akwedukt, zbudowany w latach 1845-49, przenosi wody Wielkiego Kanału Brdy nad wodami Czerskiej Strugi. Ma długość 75 metrów (i jest najdłuższą tego typu budowlą w Polsce), a różnica poziomów wody wynosi 11 metrów. Dołem, wzdłuż Czerskiej Strugi, jest kładka, którą można przejść z jednej strony Kanału na drugą – pod nim 🙂 Nieopodal stoi kolejna wieża widokowa, tym razem płatna. Widok z niej można pooglądać w internecie 🙂

Odry – Rezerwat Kamienne Kręgi

Jadąc z Fojutowa do Wdzydz mija się miejscowość Odry, a nieopodal niej – rezerwat Kamienne Kręgi.  Ponoć jest to największe w Polsce cmentarzysko Gotów i Gepidów z I i II w.n.e. Dojechaliśmy tam bez problemu od strony zachodniej. Wstęp: 4 zł. Kamulce jak to kamulce – uroczo rozłożone w lesie, kilka kurhanów, przespacerowaliśmy się niczym po Powązkach, po czym ruszyliśmy w drogę powrotną. Pan z budki z biletami powiedział, że jadąc dalej na zachód dotrzemy do głównej drogi. Pojechaliśmy więc.

IMG_1835
Kamienne Kręgi, Odry

Odcinek Specjalny Kamienne Kręgi – szosa Czersk – Wiele z całą pewnością nie nadawał się dla auta miejskiego, niezbyt wysoko zawieszonego. Na rozstajach piaszczystych dróg wybieraliśmy zawsze tę porządniej wyglądającą, aż w końcu wszystkie zaczęły wyglądać mocno nieporządnie. Piach, koleiny, pola, lasy, łąki i drzewa, znikąd pomocy. Wilczy zacisnął zęby i postanowił zagrać na czas, może los się nie zorientuje, że to jest idealne miejsce, abyśmy się zakopali po pas w piachu, bo nie zdąży… Nie zważając na ewentualne niespodzianki w rodzaju kamulców ukrytych pod piachem, Wilczy gnał przez polskie drogi niczym błyskawica, ja jako pilot tylko mu przekazywałam informacje od Google Maps, modląc się, aby drugi taki wariat nie pojawił się nagle z naprzeciwka.

Otarliśmy pot z czoła przy wyjeździe na asfalt. Kolejny raz się udało, uratowani!… Nigdy więcej odcinków specjalnych…:)

CEPR – Centrum Edukacji i Promocji Regionu – Szymbark

CEPR jest czymś w rodzaju zamkniętej wioski – skansenu w lesie. Na jego terenie działa hotel, browar, restauracje a także jedyne w swoim rodzaju muzeum – skansen budowli drewnianych, związanych z regionem, a raczej jego mieszkańcami, rozsianymi po świecie. Poza słynną najdłuższą deską (wpisaną do Księgi Rekordów Guinessa) znajduje się tu Dom do góry nogami, chaty kanadyjskie, chaty syberyjskie, łagry a także bunkier, zoo, stadion i atrakcje dla dzieci. A za płotem – fabryka domów drewnianych. Wstęp na teren CEPR-u kosztuje 15 zł, ale to także wstęp do wydawania pieniędzy…;) Albowiem wszędzie można się poczuć jak wczasowicz: w restauracji jest pyszna golonka i kapucha, dalej można napić się kawy, jest także sklep z wyrobami regionalnymi i pamiątkami (miód, kufle…), w końcu jest browar czy Świat bajek. Zwiedzać teren można z przewodnikiem, ale nikt nie broni plątać się samodzielnie. Niektóre atrakcje jednak są zamknięte i wejść można wyłącznie z przewodnikiem (np. uroczy kościółek).

Pierwszą polską najdłuższą deskę (o długości 36,83 m) Kaszubi zrobili w 2002 roku, ale rekord został pobity przez Niemców. Kaszubi zawzięli się i wyprodukowali kolejną najdłuższą deskę, tym razem o długości 46,53 m 🙂

IMG_1891
CEPR – Dom do góry nogami

Do Domu do góry nogami może wejść tylko człowiek ze zdrowym błędnikiem. Dom jak dom, kąty proste ma, ale nie w stosunku do pionu i poziomu 🙂 Jeśli korytarzem w zwykłej chacie trzeba iść pod górkę, w dodatku korytarz zjeżdża nieco w prawo, to błędnik wariuje i zdecydowanie trzeba przytrzymać się ściany 🙂 Nawet ludzie morza, do bujania nawykli, nieco się gubią. Łatwo stracić równowagę, mimo, iż nic się nie rusza.

W bunkrze jest odgrywana inscenizacja nalotu – gaśnie światło i jest straszny hałas. Wszyscy powinni podczas nalotu siedzieć, ale dzieci niespecjalnie się tym przejmują i hasają po ciemku 🙂

W budynku hotelowym, poza browarem, znajduje się największy fortepian świata. Faktycznie, jest kilka razy większy od zwykłego fortepianu. I działa! Czasem odbywają się tam koncerty, ale nam nie było dane wysłuchać, jak instrument brzmi.

No i browar Kaszubska Korona. Tam spędziliśmy ostatnie chwile pobytu w CEPR-ze. Warzą tu sześć rodzajów piwa, od zwykłego lagera, przez pszeniczne, do ciemnych – miodowego i koźlaka. Wszystkich można spróbować na miejscu, wszystkie można kupić na wynos w specjalnie przygotowanych butelkach, włożonych do specjalnego tekturowego sześciopaka 🙂 Piwo można też kupić przed wejściem do CEPR-u, wówczas nie trzeba płacić za bilet (z czego skorzystaliśmy skwapliwie, wracając już do domu 😉

W browarze spędziliśmy kilka uroczych chwil, zamykając się z piwkiem w klimatyzowanej sali i odpoczywając od upału. Wyjeżdżając, chcieliśmy w sklepiku kupić kufle, ale zostały tylko takie wielkie, a my chcieliśmy mniejsze. Okazało się, że… nie ma. Ani w sklepie, ani w browarze kufli kupić się nie da, bo się skończyły i już, a nowe jeszcze nie przyjechały, nie wiadomo, kiedy przyjadą i generalnie popyt nikogo nie obchodzi. Tu nastąpił pierwszy zgrzyt…

Przed wejściem do CEPR-u jest gigantyczny parking (5 zł), a także kilka stoisk: z chlebem pieczonym wg starych receptur (z dodatkiem ziemniaków – dłużej zachowuje świeżość, istotnie tak jest, sprawdziliśmy, poza tym jest całkiem smaczny ;), z wędlinami, ze słodyczami. Na drodze prowadzącej do CEPR-u jest oczywiście zakaz zatrzymywania, więc nawet jeśli chcesz tylko kupić chleb za 8 zł w stoisku zewnętrznym – powinieneś zapłacić 5 zł za parking. To był drugi zgrzyt.

Dla nas było to miejsce do zobaczenia raz w życiu. Chętnie napilibyśmy się jeszcze piwa z Kaszubskiej Korony albo zjedlibyśmy chleb z ziemniakami, ale do “wnętrza” CEPR-u raczej już nie wrócimy.

Szczyt Wieżyca z wieżą widokową

Wieżyca, leżąca zaraz obok CEPR-u, ma wysokość 328,6 m n.p.m i jest najwyższa na Kaszubach. A na jej szczycie została zbudowana wieża widokowa, jakby komuś było mało wysokości 🙂 Góra porośnięta jest lasem, więc wieża widokowa ma sens o tyle, że ze szczytu Wieżycy i tak nic nie byłoby widać.

Zaparkowaliśmy na dole, na parkingu z dziadkiem (4 zł), podyskutowaliśmy chwilę o pogodzie. Jakby zbliżała się burza… Dziadek stwierdził, że to tylko tak straszy i kazał iść na górę nie przejmując się drobiazgami. Gorąco było, posłuchaliśmy.

IMG_1906
Wieża widokowa na Wieżycy

Pod wieżę widokową dotarliśmy razem z jakąś parą, która przywędrowała z przeciwnej strony góry. I akurat jak kupowaliśmy bilety wstępu na wieżę u pana w budce (6 zł), grzmotnęło i lunęło. Stłoczyliśmy się we czwórkę z parą z przeciwka pod mikroskopijnym daszkiem budki i gdybyśmy mieli flaszkę, zaczęlibyśmy zawierać przyjaźnie, a tak to tylko skończyło się na nerwowych chichotach i zastanawianiu się, co będzie, jak piorun strzeli w wieżę. Wszak na ogromnym terenie jest najwyższa zdecydowanie, więc pioruny ściąga. Pan w budce stwierdził, że wieża jest uziemiona, a poza tym to jeszcze nigdy piorun w nią nie trafił. Ha, ha, ha, ale dlaczego nie ma gdzie się schować przed deszczem?

Szukając wytrwale, znaleźliśmy jakiś najmniej przeciekający fragment. Gdyby nie to, że mieliśmy już bilety i pan raczej nie przyjąłby ich z powrotem, wrócilibyśmy na dół, ale w tej sytuacji… Jak deszcz nieco zelżał, pociągnęłam Wilczego na górę. Zwiedzaliśmy nadal we czwórkę, państwo z przeciwka też się zdecydowali na wspinaczkę.

Z góry widok był zachwycający. Przed nami, na zachodzie – burza – widać ścianę wody i błyskawice. Za nami, na wschodzie – kolejna burza. Dookoła szaro, buro i ponuro, w dodatku wszędzie pada. Widoczność marna. Pod nami – szarozielony las, gdzieś dalej widać kawałek szarego jeziora. Uroczo…;)

Wilczy zwlókł mnie na dół, jak tylko zobaczył, że jedna z burz się do nas zbliża. Powiedział, że nie chce sprawdzać, czy wieża faktycznie jest uziemiona i co będzie, jak zaczną się palić jej drewniane elementy.

Po powrocie do namiotu okazało się, że tutaj nie tylko nie było żadnej burzy, ale też w ogóle się na nią nigdy nie zanosiło. Upał jak panował, tak panuje i pozostało nam co najwyżej wykąpać się w jeziorze, przeszkadzając wędkarzom. Bo, jak wiadomo, ryby się płoszą, jak się z nimi pływa ;p Guzik prawda, panowie wędkarze, gdybyście nurkowali, wiedzielibyście, że ryby mają kompletnie w tylnej płetwie, czy się obok nich pływa, czy nie, a niektóre nawet bywają zaciekawione obcym przybyszem i podpływają, żeby zobaczyć, co zacz. Ale na to trzeba otwartego umysłu ;p

Zajazd Grzybowski Młyn

Na polu namiotowym pojawiło się więcej ludzi. W tym kilka camperów. Jeden z nich stanął obok nas, po czym pan przedefilował praktycznie przez nasze podwórko ciągnąc kabel bez słowa. Żeby chociaż “dzień dobry” powiedział, ale nie. Już nie wspominam o “czy nie będzie państwu przeszkadzało, jeśli…”. Oczywiście, że nie będzie nam przeszkadzało, ale odrobina kultury nie zawadzi, a od razu zrobi się milej. Tymczasem zrobiło się gburowato. Dodam, że pan nieźle po pięćdziesiątce, nie żaden młokos, ale widocznie wiek o niczym nie świadczy.

Z drugiej strony rozstawiło się młode małżeństwo z dwójką dzieci. Jak tylko podjechaliśmy naszym bolidem do namiotu, od razu z ich strony doleciało przyjazne “dzień dobry!”. Można? ;p

Z trzeciej strony ryby wypłoszone na co najmniej miesiąc przez nasze kąpiele dwa razy dziennie w zupie o widoczności pół metra.

Zmęczyło mnie to już, więc zwinęliśmy namiot i pojechaliśmy na północ szukać szczęścia.

Okazało się, że różowo nie jest. Zaznaczone na mapie pola namiotowe zazwyczaj nie istnieją, albo są w środku jakiejś wioski. Ośrodki wczasowe dysponują pokojami, nie polami namiotowymi i wcale nie chcą zmieniać przyzwyczajeń. Pensjonaty na jedną – dwie noce nie przyjmują, najwyraźniej im się to nie opłaca. W dodatku właśnie lunęło i to dość konkretnie (pogratulowaliśmy sobie zwinięcia namiotu przed deszczem). Zajechaliśmy do luksusowo wyglądającego hotelu o swojskiej nazwie Grzybowski Młyn. Ociekając deszczem weszliśmy do środka, gdzie powitał nas pan Tadeusz, od którego wszyscy managerowie hoteli mogliby się uczyć swojej pracy. Był miły, nienarzucający się, pokazał nam dwa pokoje, przyniósł kabelek do internetu ze ściany (gdyby nam Wi-Fi nie chciało działać) i radośnie stwierdził, że pewnie gdyby nie ten deszcz, to byśmy się tu nie zatrzymali. Najpierw zaoferował pokój ze śniadaniem, a potem podał cenę…;) Wsparł nas także materiałami reklamowymi regionu 🙂

I tak zostaliśmy klientami Grzybowskiego Młyna. W hotelowej restauracji od razu spędziliśmy wieczór (żałując, że jest czynna tylko do 20.00, bo chętnie posiedzielibyśmy dłużej, ale na szczęście można wziąć piwko do pokoju). Zupa rybna była przepyszna. Piwo lokalne (tym razem browar Amber) – również. Obsługa na najwyższym poziomie. Tak nam się tu spodobało, że już po wymeldowaniu się i zamieszkaniu zupełnie gdzie indziej, wróciliśmy tu na obiad. Pan Tadeusz chyba się ucieszył…;) My też, bo karmili nieziemsko 🙂

Obiad w Grzybowskim Młynie
Racuchy w Grzybowskim Młynie

Pokój mieliśmy z widokiem na trawnik i las. W dole płynęła rzeczka, a na zboczu – w lesie – grasowały stada wygłodniałych kleszczy, o czym przekonaliśmy się podczas spaceru wzdłuż rozlewiska. Dość szybko wynieśliśmy się z lasu, na szczęście kleszcze w nim zostały…

Muzeum Kolejnictwa w Kościerzynie

W Kościerzynie był ogromny korek. Samochody utknęły na mur i ruch zamarł. Korzystając z okazji, pojechaliśmy w bok i do Muzeum Kolejnictwa postanowiliśmy dotrzeć sporym objazdem. Objazd był naprawdę objazdowy i prowadził przez zapomniane przez Boga i ludzi okolice, jakiś podejrzany bardzo wysoki nasyp, drogi szutrowe i drogi szesnastej kategorii odśnieżania. Ale trafiliśmy 🙂

Wstęp do Muzeum Kolejnictwa kosztuje 8 zł, chyba, że wybierze się bilet łączony do wszystkich oddziałów Muzeum Ziemi Kościerskiej (czyli właściwego Muzeum Ziemi Kościerskiej i Muzeum Akordeonów), który kosztuje 12 zł.

IMG_1988
W Muzeum Kolejnictwa w Kościerzynie

W muzeum można obejrzeć parowozy z początku XX wieku, lokomotywy spalinowe, elektryczne, wagonik kolejki na Gubałówkę nawet 😉 A lokomotywy są otwarte, można się do nich wspiąć (o tak, niektóre są bardzo wysokie!) i pomacać wszystkie urządzenia w sterówce. Szczególnie te śliczne, czerwone kółka i pokrętła 😀

Pomacaliśmy tyle sprzętu, ile się dało. Niestety, kółka w większości wypadków nie chciały się kręcić 😉 Udało mi się nie spaść z żadnej lokomotywy ani nic nie popsuć. Wilczy był zachwycony (zawsze jest, jak widzi tory i wagoniki) i mamrotał coś o różnych numerach i oznaczeniach lokomotyw. Jak już obejrzeliśmy wszystko, mogliśmy sprawdzić, czy jeden bilet faktycznie działa we wszystkich oddziałach muzeum…

Muzeum Akordeonów w Kościerzynie

Nie było trudno trafić – muzeum mieści się przy rynku. Weszliśmy do środka, mnąc nasze bilety w ręku, koniecznie chcąc je komuś pokazać, ale nikt się nami nie zainteresował. Powędrowaliśmy więc do środka, kierując się ku akordeonom, i ignorując pozostałą część kompletnie.

Akordeony były cudowne! Przede wszystkim: przepiękne. To była naprawdę sztuka dekoracji. Nieźle się napracowali ich twórcy, te wszystkie zdobienia, rysunki, rzeźbienia – niesamowite. Chodziliśmy wśród gablot i co chwila wydawaliśmy z siebie takie wielkie “Och!” 🙂 Jeśli chcecie pooglądać naprawdę ładne rzeczy – zdecydowanie polecam 🙂

Poza tym można wypróbować własnych sił w grze na akordeonie, acz jeśli właśnie trafiłeś na wycieczkę szkolną, wśród której króluje etap: byle jak, byle głośniej – to szczerze współczujemy.

IMG_2020
W Muzeum Akordeonów w Kościerzynie

 

Kajakiem po Wdzie

Od początku pobytu chciało mi się na wodę. Wszystko jedno, na czym. Kajak, żaglówka, tratwa, cokolwiek, byle pływało. Stanęło w końcu na kajaku (nie rozumiem, czemu, wiadomo było przecież od początku, że potem będziemy umierać – a mogliśmy wziąć jakąś zdechłą żaglówkę na parę godzin…;). Kajak wzięliśmy z wypożyczalni Navigo w Lipuszu i popłynęliśmy Wdą. To znaczy, najpierw zapakowaliśmy się do kajaka ze wszystkimi tobołkami, wałówkami i diabli wiedzą, czym jeszcze, po czym… zaczęliśmy w tym wszystkim grzebać, przekładać, przebierać się, wyjmować picie, jedzenie, aparat fotograficzny i co nam jeszcze przyszło do głowy. W rezultacie od słów: “Tak, jesteśmy gotowi” do odbicia od pomostu minęło chyba z 15 minut…;)

Na początku było pięknie. Świeciło słoneczko, była czyściutka i przejrzysta woda, rosły różne roślinki, ludzie machali nam z brzegów, przepływaliśmy pod mosteczkami, machaliśmy rączo wiosłami. Potem roślinki w wodzie zamieniły się w chęchy i zaczęły być agresywne: łapały za wiosła, czepiały się kajaka i normalnie chciały nas wciągnąć w swoją mroczną zieloność bezduszną!… Wśród tych chęchów nieraz ukrywały się jakieś niespodzianki typu zwalony konar lub wręcz kamulec. A mosteczki w swoim czasie zaczęły stanowić dla nas główne zagrożenie życia, albowiem ledwo pozostawał prześwit między nimi a kajakiem – takie były nisko zawieszone. Trzeba było bardzo uważać na głowy…

Po drodze zatrzymaliśmy się na kąpiel w jeziorze Schodno. Wilczy:

– Uważaj, bo tu głęboko będzie!

Było. Do połowy ud…;)))

Były też łabędzie, żaby i mała wieżyczka widokowa.

Oraz przenoska. Nieduża, ale wtedy okazało się, jaki ten kajak jest ciężki. Obiecałam wtedy, że jak będzie jeszcze choćby jedna przenoska, to pokonam ją śpiewając “Prząśniczki” i Wilczy stwierdził, że przenoski nam poszły śpiewająco. Na moje (i przenosek) szczęście, nie pojawiła się już żadna więcej…;)

IMG_4560
Kajakiem po Wdzie

Co jakiś czas były tabliczki z informacją o barze “U Jarosi”, który był tam gdzieś przed nami, na szlaku i dawał nadzieję na jakieś żarcie z grilla i zimne piwko. Tabliczki były regularnie, więc wierzyliśmy w ten bar i płynęliśmy do niego niestrudzenie. Aż dopłynęliśmy do tabliczki, że to tu. Ale TU nic nie było, poza jakąś ruiną czegoś i smutnym facetem siedzącym na trawie. Potem dowiedzieliśmy się, że należało tam wysiąść i przejść kawałek przez łąkę i w las do tego baru… No i tej informacji to już na drogowskazie zabrakło, zresztą i tak byśmy nigdzie nie poszli, bo co zrobić z kajakiem?…

To był drugi punkt, gdzie można było skończyć spływ i gdyby bar był na miejscu, to byśmy go skończyli i dali odpocząć ramionom. Ale musieliśmy płynąć dalej.

Dalej było jeszcze bardziej nic. Trzecie miejsce odbioru: ciemny las prawie bez możliwości wyjścia na brzeg, nie mówiąc o wciągnięciu na skarpę ciężkiego kajaka. Co było robić, płynęliśmy dalej – teraz to już musieliśmy dopłynąć do PTTK-u we Wdzydzach, bo tam było ostatnie miejsce odbioru kajaka. Przyznam szczerze, że moje siły się skończyły, ale Wilczy – zamiast trochę odpocząć – dzielnie machał tymi wiosłami, przepędzając na jeziorze Radolnym łabędzie, które uparcie przecinały nam kurs. Usiłowała nas też rozjechać żaglówka, ale jednak się rozmyślili – widocznie wystraszyli się tych łabędzi…;)

22 km szlaku. 22 km w rękach. Masakra! Wieczorem czuliśmy to w każdym jednym mięśniu, ścięgnie i kosteczce 🙂

Ręboszewo, pole namiotowe nad jeziorem Brodno Mł.

Po długich poszukiwaniach znaleźliśmy wreszcie miejsce, gdzie można postawić namiot. Trafiliśmy na mikroskopijne pole namiotowe praktycznie pod wiatrakiem w Ręboszewie. Pole było otoczone lasem, z na stałe postawionymi przyczepami kempingowymi z wybetonowanymi wejściami i daszkami (skorzystaliśmy z jednego takiego daszku ostatniego wieczora, jak znienacka zaczęło siąpić i nie było gdzie usiąść z piwkiem). Wśród drzew ukryta była wygódka w formie tradycyjnej budki z serduszkiem i dziurą w ziemi, był pomost i był dziadek, który tego wszystkiego pilnował. Jezioro – ciepłe i czyste, z wizurą nieco ponad 2 metry, co stanowiło miłą odmianę. Niemiłą odmianę natomiast stanowiły komary, które mieszkały w tej części świata stadnie i rzucały się na każdą świeżą krew z pełnym zapałem. Niestety, dzięki ich aktywności śmierdzieliśmy nieziemsko OFF-em na kilometr, ale przynajmniej OFF działał…;)

Pole to miało też jedną niewątpliwą zaletę: kosztowało 10 zł od namiotu i to były wszystkie opłaty. Po luksusowym i kosztownym Grzybowskim Młynie trafiliśmy na drugą stronę świata noclegów 😉

Wiatrak natomiast stał na wzgórzu i prowadziła do niego ostro nachylona droga, ale Wilczy postanowił przeczołgać mnie drogą w bok, przez las, rżysko i inne chaszcze, jakby nie można było tam dojść normalnie na to jedno piwo…;))) Z góry rozciąga się piękny widok na dwa jeziora, wieje konkretny wiatr, a w wiatraku działa knajpka i jest naprawdę przyjemnie.

IMG_2053
Pole namiotowe w Ręboszewie

Jak poznaliśmy bliżej okolicę, pogratulowaliśmy sobie dobrego wyboru, bo nieco dalej było całe wielkie miasto namiotowo-domkowe, z mnóstwem ludzi i pełną cywilizacją… U nas cywilizacji to ze świecą szukać, ale przynajmniej był spokój 🙂

No dobra… do czasu. Od piątkowego wieczoru na naszym polu namiotowym też było bydło, ale przynajmniej w ograniczonej ilości. Bo pole małe, to dużo się tego bydła nie mogło najechać 😉

Muzeum Ceramiki Neclów w Chmielnie

Muzeum mieści się niedaleko Checzy u Kaszebe, w północnej części Chmielna. Parkingi są przy ulicy nad jeziorem. Wstęp: 5 zł. Muzeum to dwa piętra i sklepik z gotowymi wyrobami. Na pięterku, gdzie normalnie trwa ręczna produkcja ceramiki, można popatrzeć na panów robiących dzbanki na kole i panie malujące kaszubskie wzorki. Dalej jest sala poświęcona historii ceramiki i rodu Neclów oraz informacja o wzorkach kaszubskich. Jest ich siedem i faktycznie – wszystko, co związane z Kaszubami, dekorowane jest tylko tymi wzorkami. Na dole mieści się tradycyjny piec do wypalania gotowych naczyń i mnóstwo gotowizny. Nie byłabym sobą, gdybym nie kupiła michy do bigosu 😉

Checz u Kaszebe to restauracja z daniami regionalnymi, a także mikro-sklepik z rogami na tabakę i z całą masą pamiątek kaszubskich. Karmią dobrze, chociaż na widok dania głównego wyrwało nam się z piersi: “Co tak mało?!…”. Stoliki na zewnątrz ustawione są na pomoście na jeziorze – bardzo przyjemne miejsce, pod warunkiem, że tuż obok żaden młokos nie próbuje wyjąć Ci oka z głowy haczykiem, który jest przyczepiony do wędki, którą właśnie wymachuje… Nam się udało, ale przyznam, że chwilami byłam w strachu ;p

Rezerwat archeologiczny Kamienne Kręgi w Węsiorach

Mało nam było kamulców, pojechaliśmy do Węsior. Z trudem, ale udało nam się trafić na wielki parking (5 zł). Pan, pobierający opłaty, wręczył nam minimapkę rezerwatu z reklamą knajpy swojej żony i zniżką 10% do tej knajpy 😉 Słusznie, biznes jest biznes, gdybyśmy jechali w tamtą stronę, to pewnie byśmy zajechali, ale niestety…

Kamulce jak kamulce. Dużo. W stosach, w patelniach, w kurhanach. Wzgórki, polanki, drzewa wszędzie, obeliski. I ludzie, pełno ludzi, którym kompletnie nie przeszkadzały tabliczki: “Proszę nie łazić po kurhanach, bo to cudze groby są.” Pospacerowaliśmy wśród wzgórków po lesie, odetchnęliśmy pełną piersią i pojechaliśmy dalej…

IMG_2082
Kamienne Kręgi w Węsiorach

Elektrownia wodna w Soszycy

Elektrownia wodna to taka atrakcyjna rzecz, że chcieliśmy koniecznie obejrzeć chociaż jedną od środka. Akurat na Kaszubach jest cały szlak przeróżnych zabudowań wodnych, elektrowni i innych cudów, ale ze wszystkich trafiliśmy do jednej. Mimo, że na tabliczce było napisane, że zwiedzanie do 14.00, pan wpuścił nas bez żadnego problemu do środka i wszystko pokazał. Mieliśmy całe oprowadzanie tylko dla nas 🙂 I dopiero na końcu, jak już wszystko nam opowiedział, pokazał, a ja zrobiłam mnóstwo zdjęć – poprosił o opłatę za wstęp (6 zł).

Obok elektrowni stoi sobie chatka, która jest wynajmowana. Chatka z kominkiem i piwniczką oraz wszelkimi wygodami. Aż się zaczęłam zastanawiać, czy nie pojechać tam kiedyś zimą… Odpowiednio daleko od wszystkiego, aby odpocząć 🙂

IMG_2095
Elektrownia wodna w Soszycy

Same przyjemności

Wakacje wakacjami… Ale kto powiedział, że pod namiotem trzeba się żywić mielonką z puszki na przemian z paprykarzem szczecińskim? 🙂 My wzięliśmy ze sobą salchichon i chorizo (czyli hiszpańskie dojrzewające kiełbasy), nieco dojrzewającego sera, oliwki… Prawie skończyła nam się hiszpańska herbata, mieliśmy wziąć się za angielską, co Wilczy skwitował, śpiewając na modłę “Hiszpańskich dziewczyn”:

– Żegnajcie nam dziś, hiszpańskie herbatki, ku herbatkom angielskim już ruszać nam pora…

Poza tym rozpoczynanie i kończenie dnia kąpielą w jeziorze to naprawdę ogromna przyjemność i chętnie bym tak robiła codziennie…

No i wreszcie pograłam w kometkę, chociaż Wilczy robił, co mógł, żeby mnie odwieźć od tego pomysłu.

A dodatkowo zaliczyliśmy mini-nurkowanie na mini-butli 😉 Zdaje się, że zeszliśmy na całe 3 metry w głąb jeziora, obejrzeliśmy trochę chaszczy, trochę zwierzyńca i staliśmy się obiektem zainteresowania dwóch chłopców w wieku przedszkolnym. Można i tak nurkować 😉

IMG_2238

 

Wyszperane w Sieci:
Kaszubski Park Etnograficzny
Zajazd Fojutowo
Akwedukt w Fojutowie
Centrum Edukacji i Promocji Regionu, Szymbark
Grzybowski Młyn – hotel
Muzeum Kolejnictwa, Kościerzyna
Muzeum Akordeonów, Kościerzyna
Navigo – wypożyczalnia kajaków
Wiatrak w Ręboszewie
Muzeum Ceramiki Neclów

Może Cię także zainteresuje...