City break, Podróże

Kurcgalopkiem przez Londyn

(listopad 2014 r.)

Lecimy do Portugalii, czyli jak zwiedzić Londyn ekspresowo

Wcale nie zamierzaliśmy zwiedzać Londynu. Wcale, a wcale! Przyplątał się przypadkiem, kiedy zdecydowaliśmy się wreszcie na dramatycznie krótki urlopik w Portugalii. Okazało się wówczas, że żeby nie wiem jak się starać, to do Faro każda droga z Polski wiedzie przez Londyn. Lotnicza droga. Naziemna pewnie byłaby przyzwoitsza…

Trudno, co było robić. Polecieliśmy do Londynu przed świtem z Modlina (taki tam podmiejski dworzec autobusowy…), o poranku pojawiliśmy się na lotnisku Stansted, pożarliśmy zapasy na czarną godzinę (właśnie nadeszła 😉 ) i – ponieważ Wilczy twierdził, że mamy 11 godzin pomiędzy lotami – udaliśmy się do stanowiska autobusów Terravision, gdzie za 16 £ od głowy nabyliśmy bilety powrotne do Victoria Station. Z powrotem zdecydowaliśmy się jechać z Liverpool Street, co dało nam potem nieźle w kość 😉

Do pierwszego autobusu się nie zmieściliśmy, następny odjeżdżał za pół godziny. Postaliśmy w coraz ciaśniej kłębiącej się kolejce, trochę zmokliśmy, trochę zmarzliśmy i w końcu udało nam się zająć miejsca. Zasnęłam natychmiast, jeszcze zanim autobus ruszył…;)

London Eye
London Eye

Obudziłam się w mieście. Z jakichś przyczyn autobus przejechał nad Tamizą. Dwukrotnie 🙂 Być może kombinował, jak tu szybciej dojechać na miejsce, acz niewiele to pomogło, bo i tak utknęliśmy w korku, i w sumie jechaliśmy blisko dwie godziny. Londyn był jednym wielkim korkiem. Z okien autobusu oglądaliśmy sobie city oraz sprawdzaliśmy ceny żarcia w knajpach 😉 Dzięki czemu nic nas nie mogło potem zaskoczyć!…:D W ten sposób także zwiedziliśmy miasto, bo potem nie mieliśmy już za bardzo czasu… Przez okna autobusu widzieliśmy na przykład Tower Bridge oraz HMS Belfast. No co? Zaliczone ;p

Po wyjściu z Victoria Station zwiedziliśmy jeszcze dworzec kolejowy, odwiedziliśmy toaletę na pieniążek (byli ludzie mniej zorientowani, jak to działa, niż my!…) i powędrowaliśmy w miasto. Na pierwszy ogień poszła Katedra Westminsterska (zapewne dlatego, że jej zwiedzanie nic nie kosztuje ;). Wilczy na jej widok nieco się oburzył:

  • To?!?… Ja myślałem, że to fabryka jakaś!…

No fakt, katedra wygląda wyjątkowo 😉 Wewnątrz także. Nie przesadzili z dekoracjami… Za to w środku odkryliśmy toaletę! Bardzo rozsądne podejście 🙂

Plącząc się po ulicach, zwracaliśmy uwagę oczywiście na napisy “look left” czy “look right”, ale i tak rozglądaliśmy się na wszystkie strony i to dosyć nerwowo. Ludzie tam głównie przechodzą przez ulicę wtedy, kiedy im pasuje (na przykład na czerwonym świetle), więc trochę zaczęliśmy się do tego przystosowywać, ale nijak nam nie wyszło przystosowanie się do tego, że samochody nadjeżdżają ze złych stron, a autobusy są wściekle wysokie i też jadą pod prąd 🙂 A taksówki nie ustępują pieszym na ulicach ;p

Potem powędrowaliśmy do Big Bena, ignorując Buckingham Palace i Hyde Park. Życie to sztuka wyboru 😉

Big Ben
Big Ben

Big Ben został obfotografowany na równi z London Eye. Na zwiedzanie czasu już nie mieliśmy, niestety. A na London Eye nie mieliśmy za to budżetu 😉 I tak, oglądając wszystko z pozycji naziemnej, powędrowaliśmy nad brzegiem Tamizy dalej, w stronę Trafalgar Square. I prawie tam dotarliśmy, ale zatrzymało nas przecudne miejsce o niebywałej urodzie: Sherlock Holmes Restaurant przy Northumberland Street. W końcu przyjechaliśmy do Londynu na obiad, kiszki marsza grają, do autobusu powrotnego mamy jeszcze trochę czasu, co prawda mieliśmy plan, aby coś zjeść w Soho, ale skoro Sherlock Holmes sam się narzucił…;)

Restauracja Sherlock Holmes
Karta 🙂
Tak wygląda bar
Piwko jest! 🙂

Było przepysznie. Zamówiliśmy oczywiście fish&chips – dla nas punkt obowiązkowy (prawie 11 £). Dostaliśmy po wielkim rybsku z górą frytek, do tego mus z zielonego groszku i sos tatarski. Wilczy był głodny, bo wziął jeszcze krążki cebulowe. Wszystko było przepyszne, pewnie zjedlibyśmy jeszcze niejedną taką porcję, zanim by nam się znudziło 🙂 Do tego nie żałowaliśmy sobie przyjemności z kraników: Sherlock Holmes Ale (delikatne piwko, w sam raz jak dla psyche) oraz Abbot Ale. W ramach rozrywki przeczytaliśmy kartę. Były tam takie atrakcje, jak pieczony camembert Robera Downey’a juniora, domowy stek i ciasto Pani Hudson, tradycyjny niedzielny lunch doktora Watsona…;) I ten klimat angielskiego pubu, ciemny drewniany bar, barmanka mówiąca do każdego gościa per “my love”, jacyś jegomoście pijący winko przy barze… Chyba mogłabym tam zamieszkać 😉

Trafalgar Square i niebieski kogut
Trafalgar Square i niebieski kogut

Niestety, czas nas gonił, więc powędrowaliśmy dalej: przez Trafalgar Square z kolumną Nelsona raz z wielkim, niebieskim kogutem (WTF??? – znaczy, wymienna rzeźba na czwartym cokole na placu, dzieło niemieckiej artystki) do Piccadilly Circus, rzucić okiem na te słynne reklamy. No reklamy, jak reklamy, nie wiedziałam, że mogą na kimś robić takie wrażenie 🙂 A potem to już trzeba się było mocno spieszyć (nasze 11 godzin mocno się skurczyło, biorąc pod uwagę londyńskie korki oraz atrakcje związane z kontrolą bezpieczeństwa na lotnisku), więc popędziliśmy do najbliższej stacji metra – Oxford Circus, gdzie za jakieś absolutnie koszmarne pieniądze nabyliśmy w automacie pojedyncze bilety na podróż.

Piccadilly Circus
Piccadilly Circus

Metro londyńskie jest tak bardzo pod ziemią…

Jedne schody, drugie, trzecie. Mapka linii metra mówiła, że musimy iść jeszcze dalej i głębiej. W końcu dotarliśmy na jakiś peron kilka kilometrów w głąb ziemi, aż dziw, że siarką nie śmierdziało ;p Za to było bardzo gorąco. I ciasno. I klaustrofobicznie, bo wagoniki są półokrągłe od góry. Przejechaliśmy przez pół miasta, oglądając lokalny koloryt i wydostaliśmy się na powierzchnię na Liverpool Street. A potem trzeba było znaleźć miejsce odjazdu autobusu. Tylko gdzie?…

Wysłałam Wilczego na spytki do pobliskiego policjanta. Stał sobie i ewidentnie robił za informację turystyczną, bo co i rusz podchodził do niego ktoś zagubiony, a on usłużnie pokazywał kierunek. Nam też pokazał, przyzwoity człowiek, dzięki czemu zdążyliśmy na przystanek przed autobusem. Jakieś półtorej minuty 🙂

I potem można było znowu zasnąć w autobusie, który w drugą stronę jakoś sprytnie ominął korki i jechał nieco krócej, acz i tak dłużej niż podawany czas przyjazdu 🙂

Londyn? No pewnie kiedyś tam jeszcze wrócimy, chociażby na burgera Moriarty’ego i na Baker Street, ale przedtem rozbijemy jakiś bank 🙂

Aha, zapomniałabym: stanowczo odmawiam wędrówek po świecie z ciężkim plecakiem pełnym sprzętu fotograficznego… Pełnym jakiegokolwiek sprzętu!

Wyszperane w Sieci:
Autobusy Terravision
Restauracja Sherlock Holmes
Katedra Westminsterska
Big Ben

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *