City break, Wyprawy

Madryt

(kwiecień 2016 r.)

Madryt

Ciągle odkładany na później, na inną, lepszą okazję. Bo nie nad morzem i statków pooglądać się nie da… Wreszcie doczekał się naszej atencji – kiedy planowaliśmy niespodziankę urodzinową dla Seniora, Madryt wydał się całkiem niezłym rozwiązaniem. W końcu to Hiszpania, czyli piękny język, pyszne jedzenie i wspaniałe wino 🙂  No to jedziemy! 🙂

Madryt, reklama Tio Pepe na Puerta del Sol
Madryt, reklama Tio Pepe na Puerta del Sol

Do Modlina pojechaliśmy samochodem. W okolicach lotniska jest mnóstwo parkingów, na których można porzucić auto i odebrać je spokojnie po wylądowaniu. Być może zainteresuje Was informacja, że warto rezerwować miejsce na takim parkingu przez internet – jest wówczas sporo tańsze 🙂

Samolot, nie wiedzieć czemu, wystartował z godzinnym opóźnieniem, co przełożyło się potem na ogromny pośpiech na lotnisku docelowym. Z Madrid-Barajas najwygodniej (i najtaniej) dostać się do centrum miasta metrem, które jednakowoż przestaje jeździć przed 2 w nocy. Kiedy więc wylądowaliśmy około 1 w nocy, razem z całym tłumem rasowych chodziarzy galopowaliśmy przez kolejne terminale lotniskowe za piktogramem “metro”. Więcej o metrze madryckim na końcu artykułu 🙂

Gdzieś w środku nocy, lawirując między tłumami bawiących się ludzi (sobotnia noc!) doturlaliśmy się pod naszą kamienicę z Chueca Gran Via Apartamentos. I tutaj nastąpiło deja vu znane nam z Trapani na Sycylii: kiedy podeszliśmy pod bramę z domofonem, na jednokierunkowej i szerokiej na jedno auto ulicy zatrzymał się samochód z panem, który miał nam przekazać klucze do apartamentu i nas zameldować. Pan upewnił się bardzo łamanym angielskim, że my to my, powiedział, że musi gdzieś porzucić auto i zaraz do nas wróci, więc chwila.

Faktycznie wrócił po kilku minutach, zaprowadził nas na pierwsze piętro kamienicy (po drodze schody, dużo schodów), zaprosił do apartamentu, przekazał wszystkie ważne informacje i pozostawił samym sobie. W apartamencie było gorąco (grzejniki grzały jak wściekłe). Marne światło oświetlało sypialnię, salon, kuchnię, przedpokój i garderobę (to funkcje tego jednego pomieszczenia 🙂 Widok z okna – na mur, który natychmiast określiliśmy jako więzienny. Sprzęty mocno zużyte, narzuty na łóżko cokolwiek poplamione, woda spod prysznica spływała na słowo honoru. Mieliśmy tu jednak tylko spać, więc machnęliśmy rękami na niedostatki i padliśmy na łóżka. Dla niektórych podróż trwała wszak cały dzień.

Nasza uliczka – Calle de Valverde. Po lewej wystaje pierwszy madrycki wieżowiec – Telefonica, ukończony w 1929 roku.

Zobacz nasze miejsca w Madrycie:

Madryt w dzień targowy

Niedzielę zaczęliśmy od wycieczki na El Rastro. El Rastro to uliczny pchli targ z wielowiekowymi tradycjami, rozciągający się pomiędzy Ronda de Toledo a Calle de Embajadores. Czego tam nie było!… Stare (ale też całkiem nowe, cyfrowe) aparaty fotograficzne, książki, płyty, monety, zabawki, garnki, albumy ze zdjęciami, żelazka z duszami, gramofony, maszyny do pisania, młynki do kawy, centralki telefoniczne, świeczniki, obrazy, figurki ceramiczne, ozdoby, ubrania a nawet meble. Oraz tłumy ludzi. Faktycznie, miejsce ma swój klimat 🙂 Poza rozłożonymi na chodnikach stoiskami w zabawie bierze udział kilka sklepów. Wybór jest zacny i z pewnością można stracić tam majątek… albo portfel, jeśli się nie uważa. Targ działa tylko w niedziele i święta, w godzinach 9.00-15.00.

Na targu El Rastro
Na targu El Rastro
Na targu El Rastro
Na targu El Rastro
Na targu El Rastro
Na targu El Rastro

Madryt jest smaczny

Z El Rastro jest już bardzo blisko do El Madroño – tawerny, w której można spróbować madryckiego specjału – likieru z owoców madroño, czyli drzewka poziomkowego. Polska nazwa tej rośliny to chróścina jagodna 🙂 W centrum Madrytu, na Puerta del Sol, stoi pomnik symbolu miasta – El oso y el madroño, czyli niedźwiedzia wspinającego się na drzewko poziomkowe, ku małym owocom. Likier podawany jest w kieliszkach – wafelkach, oblanych w środku czekoladą. Podwójna przyjemność: najpierw wypijamy likier, potem zjadamy kieliszek 🙂

Tawerna El Madroño
Tawerna El Madroño
Kieliszki z wafelka oblanego czekoladą. Pełne likieru el madroño :)
Kieliszki z wafelka oblanego czekoladą. Pełne likieru el madroño 🙂

Ale nie samym likierem człowiek żyje 🙂 Następnym punktem programu był najsłynniejszy madrycki targ, tym razem spożywczy: Mercado de San Miguel. Konstrukcja ze stali i szkła była pełna ludzi, zapachów, dźwięków i kolorów. Widoki oszałamiały – wszelkiej maści owoce morza, stosy oliwek, ogromne ryby, skrzynie warzyw, owoców, wystawa nóg jamón… Wszystko serwowane na miejscu dla zgłodniałej tłuszczy 🙂 Tutaj przychodzi się na fast food w wersji hiszpańskiej, na szybką przekąskę z usmażonych panierowanych kalmarów, na ostrygi z szampanem, na czarną paellę albo w końcu na chocolate con churros, wszystko popijając piwem albo winem. Ogromny wybór tapas w jednym miejscu! Jest nawet kilka stolików, przy których można stanąć, ale spróbuj zdobyć tam miejsce 🙂 Można tu spędzić mnóstwo czasu, próbując coraz to nowych przekąsek. My skusiliśmy się na świeżutkie ostrygi prosto z muszli, skropione cytryną. Okazało się, że były także doprawione morskim piaskiem i nieco zgrzytały w zębach 🙂

Mercado de San Miguel
Mercado de San Miguel
W Mercado de San Miguel
W Mercado de San Miguel
W Mercado de San Miguel
W Mercado de San Miguel
W Mercado de San Miguel
W Mercado de San Miguel – ostrygi w komplecie do szampana 🙂
W Mercado de San Miguel - chocolate con churros
W Mercado de San Miguel – chocolate con churros

Jednym z madryckich specjałów są… flaki, czyli callos, przyrządzane zupełnie inaczej, niż w Polsce. Tutaj flaki pocięte są na kwadratowe fragmenty i podawane w tłustym i ostrym sosie, zupełnie nie przypominają zupy. Niezłe, ale dla nas ciut za tłuste 🙂

IMG_2751
Flaki, czyli callos

Warto spróbować pulpo a la gallega, czyli ośmiornicy po galicyjsku. Oczywiście ze względu na ośmiornicę 🙂 Hiszpanie jedzą dużo ziemniaków (wystarczy wspomnieć chociażby patatas bravas albo patatas aioli) i jajek, ośmiornicę po galicyjsku podają więc na ziemniakach 🙂 Często łączą owoce morza właśnie z ziemniakami i jajkami.

Pulpo a la gallega
Pulpo a la gallega

A na deser koniecznie chocolate con churros! Podobno Madrytczycy jadają churrosy na śniadanie 🙂 Długie, smażone w głębokim tłuszczu paluchy z ciasta przypominającego nasze pączki, maczane w gorącej czekoladzie – czego chcieć więcej? Niebo w gębie! My spróbowaliśmy ich w Chocolaterii San Gines, która je podaje od 1894 roku. I jest otwarta 24 godziny na dobę! 🙂 Stolik zajęliśmy w piwniczce, strasznie irytując tym pana porządkowego, bo okazało się, że najpierw należy odstać swoje w kolejce do baru, gdzie składa się zamówienie, a potem z dowodem zakupu można dopiero zajmować stoliki. Zamówienie cudownym sposobem trafia do nas przyniesione przez pana porządkowego. My, jak zwykle, postąpiliśmy inaczej, w kolejce ustawiając jedną sztukę, żeby reszta mogła spocząć po całym dniu zwiedzania i na siedząco poczekać na swoją czekoladę. Panu było bardzo nie w smak, ale chyba jako grupa obcojęzyczna mieliśmy dużą siłę przebicia i determinację wypisaną na twarzy, bo nas nie wyrzucił 😉

Chocolate con churros
Chocolate con churros

Do czekolady i churrosów mieliśmy ochotę na kieliszek manzanilli. Manzanilla to specjalna odmiana jerezu, wzmocnione wino, które idealnie pasuje do takiego deseru. Manzanilla to także… oliwki i rumianek 🙂 Do dziś nie jesteśmy pewni, czy pan, przyjmujący zamówienie, zażartował sobie z nas, czy po prostu w lokalu nie podają alkoholu, bo dostaliśmy manzanillę w wersji bezalkoholowej, czyli zaparzony rumianek 🙂 Swoją drogą, chyba dobrze nam zrobił po tym obżarstwie 😀

Dla tych, którzy ze słodyczy to najchętniej wybierają szynkę, mamy coś specjalnego: Museo del Jamón 🙂 Z muzeum to nie ma nic wspólnego, natomiast z jamón i owszem. To sieć sklepów-restauracji z szynką, serami i przekąskami. Doskonałe miejsce, jeśli chce się spróbować najlepszych szynek, o ile nas na nie stać ;p Jeśli jednak jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami kuponu degustacyjnego (można go pobrać z tej strony) – otrzymamy darmowe demo przekąsek. Zawsze to coś, a chodząc od jednego Museo do drugiego można nawet zaspokoić mały głód 😉

Museo del Jamón - jedno z wielu w Madrycie
Museo del Jamón – jedno z wielu w Madrycie
W Museo del Jamón
W Museo del Jamón
Demo za kuponik :)
Demo za kuponik 🙂

Wracamy do słodkości. Caramelos de violeta to landrynki. Fiołkowe 🙂 La Violeta to uroczy sklepik, w którym można kupić słodycze zrobione z fiołków 🙂 Oprócz landrynek jest tam mnóstwo innych wyrobów: czekolady, praliny, marmolada a nawet herbata, serwetki czy chusteczki 🙂 Landrynki można kupić w marketach, ale sklepik warto odwiedzić ze względu na niebanalny wystrój.

La Violeta
La Violeta
La Violeta
La Violeta

Madryt za darmo 🙂

Każdy przewodnik po Madrycie w kategorii “zobacz koniecznie” wskazuje między innymi na Museo del Prado. Jest to jedno z najbogatszych muzeów na świecie. Jego zbiory to między innymi malarstwo hiszpańskie, włoskie, flamandzkie i wiele, wiele innych atrakcji. Bilet normalny kosztuje 14 €, ale jeśli całe pieniądze postanowiliście przejeść, mamy dla Was dobre wieści: muzeum można zwiedzić za darmo! Od poniedziałku do soboty w godzinach 18.00-20.00 (a w niedziele – 17.00-19.00) obowiązują bilety za 0 €. Trzeba jedynie stanąć w (bardzo długiej) kolejce do kasy, gdzie dostaje się darmowy bilet, potem przejść przez bramkę bezpieczeństwa (jak na lotnisku) i już można obcować ze sztuką. Dwie godziny to niezbyt dużo jak na obejrzenie dostępnych dla publiczności zbiorów, ale wystarczy, żeby poczuć klimat. Na wystawy czasowe obowiązuje w tym czasie 50% zniżki.

Fontanna Neptuna niedaleko Museo del Prado

Zdecydowanie warto też zwiedzić Palacio Real de Madrid. Bilet kosztuje 10 €, ale tutaj też można zaoszczędzić, pod warunkiem, że jesteście obywatelami Unii Europejskiej (i macie przy sobie jakiś dokument to potwierdzający, np. paszport). Wówczas na darmowe wejście można liczyć od poniedziałku do czwartku w godzinach 16.00-18.00 (od października do marca), lub w godzinach 18.00-20.00 (od kwietnia do września). Rodzina królewska już nie mieszka w pałacu, dzięki czemu hordy turystów nie plączą im się pod nogami, ale wystrój jak najbardziej pozostał. Mnie rozśmieszyły pozwijane ogromne dywany, produkowane do konkretnych pomieszczeń, z dziurami na kolumny i inne elementy stałe. Do dyspozycji zwiedzających jest np. pół takiego pomieszczenia, w drugiej połowie leży sobie częściowo zwinięty dywan, coby tłuszcza nie deptała cennych splotów 😉 Pałac jest iście królewski jeśli chodzi o wyposażenie i wystrój, niestety, nie wolno we wnętrzach robić zdjęć. Nam najbardziej podobała się zbrojownia, leżąca nieco na uboczu szlaku wędrówki, dzięki czemu trafiało tam mało zwiedzających. A zdecydowanie warto! 🙂

Palacio Real de Madrid
Palacio Real de Madrid

Na koniec – muzealna perełka wśród madryckich muzeów, czyli Museo Naval (Muzeum Morskie). I też można je zwiedzić za darmo 🙂 Co prawda wymaga to większego samozaparcia, bo przed wejściem siedzi pani, która prosi o donację na muzeum w wysokości 5 euro (lub w dowolnie wybranej kwocie), ale wpuszcza także za darmo. A zbiory muzeum zdecydowanie warto obejrzeć. Na nas największe wrażenie zrobiły przekroje żaglowców. Świetnie widać, gdzie mieścił się i jak był rozłożony balast, jak wyglądały pomieszczenia dla załogi, gdzie trzymano kule do armat… Fantastyczna sprawa! 🙂 Poza modelami, także tymi w całości 😉 w muzeum jest sporo osprzętu, są odtworzone kajuty i fragmenty oryginalnych statków – na przykład zbiór galionów. Absolutnie warto, szczególnie biorąc pod uwagę, że Hiszpania ma długie tradycje morskie.

Museo Naval – fragment makiety
Museo Naval
Museo Naval
Museo Naval – galiony
Museo Naval

Madryt jest zielony

Mieliśmy tę przyjemność być w mieście wiosną, kiedy zieleń jest soczysta i jeszcze niespalona słońcem. A w Madrycie jest tej zieleni dużo 🙂 Pomijam skwerki, drzewka, trawniczki i klombiki. Głównymi płucami miasta jest Casa de Campo – ogromny zielony teren, pełen drzew, zarośli, łąk i ścieżek do spacerowania. Są tam też jeziorka i rzeczki. A najłatwiej się tam dostać… kolejką linową Teleferico 🙂 Przejażdżka kolejką kosztuje 4,20 € w jedną stronę lub 5,90 € w obie strony. Miejska stacja kolejki mieści się niedaleko Świątyni Debod, w Parque del Oeste, obok Ogrodu Różanego (Rosaleda Gardens). Przejażdżka trwa kilkanaście minut, podczas których słuchamy opowieści o okolicy i o kolejce (można sobie zażyczyć zmiany języka z hiszpańskiego na angielski, ale to nagranie nie jest specjalnie interesujące). Wagoniki są niewielkie, komfortowo mieszą się w nich 4 osoby, ale obsługa nie upycha wagoników na siłę, dlatego najczęściej siedzą w nich raptem dwie osoby (a kolejka rośnie ;). Podczas przejażdżki można obejrzeć z góry Ogród Różany, linię kolejową i dworzec Príncipe Pío, Río Manzanares. W oddali widać ośnieżone szczyty górskie. Naprawdę jest ładnie 🙂 (a kolejka idzie mimo wszystko szybko ;).

W stacji kolejki Teleferico
W stacji kolejki Teleferico
Widok na miasto ze stacji Teleferico w Casa de Campo
Widok na miasto ze stacji Teleferico w Casa de Campo
Widok na dworzec kolejowy Príncipe Pío, a nad nim po lewej – Pałac Królewski, po prawej – katedra.
Widok na dworzec kolejowy Príncipe Pío, a nad nim po lewej – Pałac Królewski, po prawej – katedra.
Río Manzanares
Río Manzanares
Widok na góry
Widok na góry

Bardzo ładny park okala egipską Świątynię Debod. Pierwotnie wzniesiona została w II wieku przed naszą erą w okolicy Asuanu. W 1960 roku zaczęto budować tamę i ujęcie wody w Asuanie, co spowodowało groźbę zalania okolicznych zabytków. Hiszpanie wzięli udział w ratowaniu zagrożonych świątyń, w zamian za co otrzymali od władz egipskich właśnie świątynię Debod. Można ją zwiedzać, ale jak byliśmy obok, akurat była zamknięta…:)

Kolejnym dużym terenem zielonym jest Parque del Retiro – park pełen atrakcji: są w nim jeziorka, pomniki (na przykład pomnik upadłego anioła ;), pałace, fontanny i dużo miejsca do spacerowania. Niestety, nie udało nam się go obejrzeć, bo akurat wtedy Madryt postawił przed nami ścianę deszczu 🙂 Tak, kwiecień bywa kapryśny ;p Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – będziemy musieli po prostu tam wrócić 🙂

Świątynia Debod
Świątynia Debod
Park obok świątyni
Park obok świątyni

Madryt i metro

Sieć metra jest w Madrycie bardzo rozbudowana. Szczególnie w porównaniu z Warszawą 🙂 Dzięki temu metro jest bardzo wygodnym środkiem poruszania się po mieście, szczególnie, że nie stoi w korkach. I można nim dojechać na lotnisko 🙂 Bramki biletowe znajdują się przy wejściu na perony, a na lotnisku także na wyjściu. Ceny biletów zaczynają się od 1,5 €, ale zależą one od strefy, długości przejazdu, a jadąc na lotnisko trzeba dodatkowo wykupić suplement w wysokości 3 €. Można też kupić Kartę Turystyczną, czyli bilet kilkudniowy (dostępne są 1-, 2-, 3-, 5- i 7-dniowe). Pozwala ona na poruszanie się transportem publicznym bez limitów, działa także na dojazd do lotniska. Według nas jest to najbardziej korzystna opcja 🙂

Bilety (także te wielodniowe) można kupić w automatach na każdej stacji. My zdecydowaliśmy się na Kartę Turystyczną z zakodowanym biletem pięciodniowym. Okazało się, że w automacie można naraz kupić tylko jeden bilet pięciodniowy (26,80 €). Mieliśmy banknoty 50 €. Automat resztę wydawał wyłącznie monetami, więc po czwartym bilecie mieliśmy pełne monet trzy kieszenie oraz dwie garście…

Karta miejska to zwykły bilet kartonikowy z paskiem magnetycznym. I naprawdę trzeba uważać, gdzie się go chowa 🙂 Przekonałam się o tym zaraz pierwszego dnia pobytu. Rano bilet zadziałał bez problemu, wieczorem – jak wracaliśmy już do domu – wszyscy przeszli, a ja zostałam za bramkami. Mój bilet wyskakiwał z czytnika, światełko zapalało się na czerwono, a bramka pozostawała zamknięta. Próbowałam kilka razy, nic z tego. Utknęłam.

Sytuacja nieco głupia 🙂 Cała wycieczka, z siatami pełnymi żarcia, stała za bramkami i patrzyła na mnie bezmyślnie, a ja myślałam tylko o tym, że oni to wszystko zeżrą, zanim ja zdążę dojść lądem do domu 🙂 Wilczy podał mi swój bilet, który – należało się tego spodziewać –  nie zadziałał. W końcu poprosiliśmy o pomoc ochroniarza.

Przy każdym wejściu na perony jest albo budka z obsługą, albo coś w rodzaju telefonu – połączenia z obsługą. Trzeba nim zgłosić problem i poczekać na kogoś, kto go rozwiąże 🙂 Pracownik metra sprawdza bilet wizualnie (jest na nim wydrukowana data zakupu i obowiązujący czas) i dzięki swoim specjalnym kodom wyprodukuje nowy bilet w automacie. Nowy bilet trzeba schować w miejsce, w którym nie będzie on narażony na rozmagnesowanie…:)

Na peronie metra nie zawsze znajduje się oznaczenie linii, która się tam zatrzymuje. Na stacjach przesiadkowych, zamiast informacji, co tu jeździ, jest informacja, którędy dotrzeć do innych linii. Generalnie oznaczenia są duże i dosyć czytelne, więc dotarcie do odpowiedniej linii nie nastręcza problemów. Niektóre perony natomiast zbudowane są na łuku 🙂

W niektórych wagonikach drzwi otwierają się automatycznie, w innych – trzeba nacisnąć wajchę. Mocno i zdecydowanie. Bo inaczej miejscowi będą musieli pomagać nieogarniętym turystom…;)

Metro
Metro
Metro
Metro

Nasz Madryt

Madryt usiłował nas mocno zniechęcić do siebie. Podtruł nas nieco, zafundował nam oberwanie chmury… ale przecież my się nie damy! Zmokliśmy straszliwie, ale potem się nieźle najedliśmy. Prawdopodobnie skażona woda dała nam popalić, ale przecież nie wszystkich przeczołgała po okolicznych sedesach i w końcu to też przetrwaliśmy. W Hiszpanii coraz mniej lubią turystów, ale przecież my nie jesteśmy typowymi turystami…;p I owszem, mamy w planach powrót do Madrytu. Wszak nie widzieliśmy Pomnika Upadłego Anioła! 😀

Wyszperane w Sieci:

Chueca Apartamentos – nasz nocleg
Targ El Rastro
Chocolatería San Gines – chocolate con churros, koniecznie!
Museo del Jamón
La Violeta – fiołkowe słodycze
Museo del Prado
Palacio Real de Madrid
Museo Naval
Kolejka linowa Teleferico
Świątynia Debod
Madrycka karta turystyczna

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply