Podróże, Wydarzenia

Masters of Rock, Vizovice’2010 r.

Powrót do przeszłości, vol. 2 😉

Zamiast poważnej relacji będzie spis rzeczy, które się działy, a o których przypadkiem nie zapomniałam 🙂
Osoby dramatu:

  • psyche,
  • Yoshko, czyli A’mal, czyli Łukasz, właściwie to kto wie?…
  • Radek, czyli jednokomórkowiec zapalony oraz przetestowany już kierowca,
  • Piotrek, czyli kabaret w Vizovicach
zaloga
Załoga

 

Działo się…:

  • Pewne rzeczy są niezmienne, czyli umawiam się z Radkiem na 7 rano, a on przyjeżdża o 8 – przewidziałam to, na bogów 😉 Tylko czemu nie pospałam godzinkę dłużej?…
  • Nieśmiertelne: “Uwaga! Jedziemy!” zostało wypowiedziane na początku podróży przez Piotrka. No to jedziemy 🙂
  • Nawigacja – rzecz święta. I nie próbuj przekonywać Radka, że tak nie jest ;p A Polska jest w remoncie. Cała…
  • Cieszyn i kantor z koronami po 16 groszy. Oraz obiad na wynos, zjedzony wokół samochodu. Piotrek jadł w bagażniku, ja na tylnym siedzeniu, Radek z Łukaszem na masce 😉
  • Czechy to kraj górzysty, o czym przekonaliśmy się, jadąc do Vizovic drogami ostatniej kategorii odśnieżania i pełnymi serpentyn. Uroczo…;)
  • Da się wjechać na krzywy ryj na parking za 1500 koron, ale nie da się potem dostać do samochodu… Jednak doceniliśmy tę kwotę w ciągu następnych dni, kiedy mogliśmy bez problemu i bez ograniczeń korzystać z prysznica, fontanny oraz cywilizowanych kibelków 🙂 Oraz otwartej knajpy pod dającym cień dachem, kranu z wodą do picia i gniazdek z prądem.
  • Pierwszy prysznic, czyli nie zastanawiając się nad niczym polazłam z chłopakami do męskiej. Standard taki 🙂 Nie zauważyłam, że istnieje oddzielna damska 😉
  • Dało się znaleźć na namiot mniej pochyłe miejsce, niż cztery lata wcześniej, dzięki czemu zjeżdżało się z materaca/karimat tylko trochę i nawet udało się wkopać kuchenkę gazową tak, że stała bez trzymanki 🙂
  • Sklepik festiwalowy, w którym wszystko, co fajne skończyło się w ciągu 3 godzin, a cała reszta skończyła się w ciągu jednego dnia… hmmm?
  • Następna nieśmiertelna rzecz – to kłódka do radkowego namiotu. Nadal istnieje 🙂 Na pytanie:
    – Co tam macie w tym namiocie? – Radek odpowiadał:
    – Ciuchy…
  • Pierwsze piwo: Gambrinus, inaczej zwany Gamczakiem, weszło w nas od ręki jeszcze w środę wieczorem w knajpce przy stacji kolejowej. Ale nie obyło się bez przygód: mnie wysłali do zajęcia miejsca przy ławie, ale piwa to już mi nie przynieśli ;-p
  • Trafiliśmy idealnie na rekordy temperatury – była najwyższa od 150 lat. Cudownie, nieprawdaż? ;-p To dzięki niej nie dało rady się wyspać, bo o 7 rano wywalało nas na kopach z namiotów, a potem cały dzień snuliśmy się w poszukiwaniu cienia, ewentualnie wchodziliśmy na zmianę: pod prysznic i pod fontannę, którą jakiś genialny człowiek urządził z węża podpiętego do wody z nasadką rozpraszającą i położył obok pryszniców na parkingu… Niestety, po 15 minutach człowiek był z powrotem suchy :/
  • Wycieczka kolejowa do Zlina na obiad, zakończona pilnym poszukiwaniem toalety…
  • Autograph session i Manowar, który… “No foto! No foto!” ;-p
  • Howno, czyli – mówiąc po ludzku – gówno, które wchodziło (a może wjeżdżało?) nam w paradę w postaci pomarańczowego hownowozu, przebijającego się przez tłum pod sceną, jadącego w kierunku toi-tojek gdzieś na końcu strefy festiwalowej. A po jakimś czasie – z powrotem 🙂
  • Langosze, czyli węgierskie placki z czosnkiem i serem żółtym, bramboraki, czyli palcki ziemniaczane, parek w rohliku, klobasa, smażeny syr i veprzowy rizek, a nawet knedliki czy sałatka owocowa w opozycji do pasztetów i chińskich zupek, ale zjeść dało się wszystko…
  • Rzeźnik, który pojawił się ostatniego dnia festiwalu i ulokował się ze swoim stoiskiem przy trzech ogromnych kontenerach na śmieci, a sprzedawał kiełbasę, boczek, ser – wszystko luzem leżące na stole, bez lodówki, przesiąkające zapachem ze śmietników 🙂
  • Pociąg ze Zlina, wjeżdżający kilkanaście razy dziennie do Vizovic, praktycznie w tereny festiwalowe. Zero problemu, że pociąg rozjedzie pijanych uczestników imprezy. Można?…
  • Mnogość rodzajów piwa. Łukasz:
    – Będę codziennie próbował innego rodzaju.
    Miał wybór: Gambrinus, Velkopopovický Kozel, Richtar, Pilsner Urquell, Budweiser, Radegast, Staropramen… Fakt, że na końcu stwierdził i tak, że Gambrinus rulez 🙂
  • Woda smakowa “PodebRADKA”, którą – nie wiedzieć, czemu – upodobał sobie Radek 🙂
  • Wycieczki po Vizovicach, czyli krótsza droga do miasta ze sklepem i knajpami po drodze, oraz zwierzątkiem lokalnym, do dziś nieokreślonym. Zwierzątko, choć szczuropodobne, wywołało entuzjazm w społeczeństwie i stało się atrakcją niedzieli 🙂
  • Lokalny Jezusek, tłukący się na dmuchane gitary z lokalnym diabełkiem na koncercie Grand Magusa…
  • Restauracja – pizzeria, która przygarnęła nas w niedzielę na obiad, z toaletami podpisanymi: PANI i DAMY. Zgadnijcie, która jest dla kobiet? ;-ppp
  • Czeski Cieszyn, czyli miejsce, gdzie alkohol sprzedaje się w każdym możliwym sklepie bez względu na jego asortyment. Czyli: wchodzisz do obuwniczego, prócz butów masz flaszki. Wchodzisz do sklepu z galanterią skórzaną oraz plastikową i prócz torebek masz flaszki… Za to nigdzie nie można kupić ceramicznych kufli na piwo ;-p
Bilet
Bilet

O festiwalu okiem i uchem Piotrka 😉

Słowo wstępu: w tym roku główną scenę festiwalu nazwano Ronnie James Dio Stage na cześć zmarłego w maju legendarnego wokalisty, znanego z Rainbow, Black Sabbath i swojego zespołu – Dio. To bardzo ładny gest, a dodatkowo bardzo wielu wykonawców zdecydowało się na zagranie coveru któregoś z wcieleń tego małego Wielkiego Muzyka. Long Live Dio!

Ronnie James Dio Stage
Ronnie James Dio Stage

Dzień pierwszy

Axel Rudi Pell
Pierwszy dzień, pierwszy wart obejrzenia koncert i od razu taka gratka! Axel Rudi Pell – legenda i wirtuoz gitary z Niemiec. Od ponad 20 lat w swoim solowym projekcie raczy nas swoją melodyjną odmianą hard rocka i heavy metalu (choć ostatnie płyty nie są już takie wspaniałe i świeże) i zawsze otacza się znakomitymi muzykami. Spotkać Pella na koncercie poza Niemcami to rzadkość, dlatego jednym z magnesów, który przyciągał na tegoroczny MoR był występ właśnie tego zespołu.
Intro i Too Late – tak zaczął się koncert – czyli najnowsze utwory. W ogóle ze starszych “rzeczy” usłyszeliśmy tylko Fool Fool. Nic nie było z czasów współpracy Pella z Robem Rockiem (szkoda, bardzo na to liczyłem). Koncert trwał w najlepsze, wszystkie utwory z 3 ostatnich płyt, ale ja czekałem na ten jeden, chyba najlepszy w karierze. I w końcu stało się – jeden akord na “klawiszu” – i poszło Masqurade Ball – miazga! Oddałem pokłony. Później utwór ten przeszedł i inny, równie wspaniały, czyli Casbah i… koniec? Prawie, na zakończenie panowie pozamieniali się swoimi miejscami tak, że np.: Pell grał na basie, Gioelli na perkusji, a śpiewał Mike Terrana! I to co śpiewał! My way! I to już naprawdę koniec, szkoda, bo koncert bardzo udany z jednym minusem: set w ogóle nie był przekrojowy.

Tarja
Tarja Turunen po swoim rozstaniu z Nightwish próbuje sił w karierze solowej, z jakim efektem? O tym później… Koncert przyciągnął na płytę przed sceną ogromną rzeszę fanów (chyba koncert Tarji miał największą frekwencję), którzy czekali na wielkie wydarzenie: Tarja i Zlińska Filharmonia! Zaczęło się! Měsíčku na nebi hlubokém – to fragment z opery Dvořáka. No dobrze, ładny ukłon w stronę publiczności, ale co dalej? Chcemy mięsa! Po kilku kolejnych utworach szczęka mi opadła, bo… ziewałem! Ludzie zaczęli opuszczać plac. Nuuuuuudaaaa! Spodziewałem się w jakimś stopniu kontynuacji tego, co Turunen robiła z Nightwish, a tu niby coś grają, ale tak naprawdę nie bardzo, jakieś takie to rozmydlone i rozwleczone… Jedynym mocnym punktem występu było I Walk Alone – świetny utwór! Dodatkowo mieliśmy 2 covery Nightwisha w jakimś dziwnym aranżu i największą pomyłkę wieczoru jak dla mnie: Still of the Night z repertuaru Whitesnake. Tarja nie poradziła sobie zupełnie – ona potrzebuje długich fraz, a te “wykrzyki” Coverdale’a ją zabiły!
Okazało się, że najlepiej by było gdyby Turunen wróciła do Nightwish, bo tak to ani ona, ani zespół nie stanowią osobno nawet połowy tego, co razem.

Mike Terrana

Mike Terrana jak zwykle do Czech przyjechał ze swoim bębniarskim show. Ale tym razem, w tym konkretnym dniu, miał za zadanie pobić rekord Guinnessa w długości występowania na scenie. Najpierw Axel Rudi Pell, póżniej Tarja i K2, a na zakończenie swój solowy występ. I udało się – rekord został pobity: prawie 4 godziny grania jednego dnia, w 4 różnych konfiguracjach. A sam występ? Mike zagrał podkłady perkusyjne do utworów muzyki klasycznej, nic odkrywczego, ale zagrał je z właściwą dla siebie zwierzęcą wściekłością.

Sabaton
Po przynudzającej Tarji i mało zaskakującym Terrana Show przyszedł czas na żołnierzy z Sabaton. Pierwsze dzwięki i… sen, znużenie, a także ból nóg minął! Cóż za energia! Przyznam szczerze, że coraz bardziej przekonuje mnie ten zespół, mimo że wokalista nie jest najwyżych lotów. Utwory Sabaton aż ociekają witalnością, energią i czadem. Jest melodyjnie i dynamicznie, chóralnie i podniośle – czyli to, co tygryski lubią najbardziej! Nie będę opisywał, co grali, bo to nie ma żadnego znaczenia, każdy utwór to wulkan! Albo nie,… o jednym wyjątkowym “numerze” napiszę. Joakim Broden zapowiada: ” a teraz coś o polskich braciach” i wykrzykuje “Warsaw rise!”, czyli zaczyna się Uprising! Nie dość, że utwór świetny, to jeszcze traktuje o Polakach, a dokładnie o Powstaniu Warszawskim. To bardzo miłe uczucie usłyszeć właśnie ten “numer” za granicą i móc wykrzyczeć na całe gardło: “Warszawo walcz!” Ech, mam ciarki nawet teraz, na samą myśl…

Dzień drugi

Metalforce
Metalforce to nowa nazwa znanego Majesty. Zmiana ta nie pociągnęła za sobą zmiany stylu. Bo niby po co? Ekipa z Niemiec gra true metal w stylu przypominającym Manowar. Podczas występu mieliśmy hymny o wyższości metalu nad każdą inną formą muzyki i inne równie poważne rzeczy… Na tym porównania się kończą, ponieważ wokal w Metalforce, niejaki Tarek Maghary, nie dorasta Adamsowi do pięt. Ogólnie występ bez rewelacji, ale można było posłuchać.

Epica
Występ Epiki, subiektywnie, to niewypał. Zespół niby gra symfoniczny metal. Jednak majac całkiem niezłą wokalistkę w osobie Simone Simons, połowę, jak nie więcej, “wokaliz” odwala za nią gitarzysta – rycząc jak zarzynany knur. To niewątpliwie psuje odbiór koncertu. Ostatnio coraz więcej zespołów gra a’la Nightwish, gdzie jako drugi wokal lub chór występuje jakiś ochrypły zwierz. Jak będę chciał usłyszeć ryki to pójdę do rzeźni albo… na koncert Behemoth.

Queensryche
To chyba największe rozczarowanie podczas MoR 2010. Oczekiwałem wspaniałego popisu wokalno-instrumentalnego z domieszką progresu. A co dostałem? W zasadzie to nie wiem. Na pewno Geoff Tate nie śpiewa. Tego jestem pewny. Facet zupełnie stracił głos. Najlepiej z całego seta wyszła najbardziej znana ballada zespołu Silent Lucidity. Reszta to mizeria… Jakieś stęki (np.: I don’t believe in love) i ogólna nuda. Ech, jednym słowem strata czasu. Szkoda…

Manowar
Headliner Masters of Rock 2010! Muzycznie w zasadzie bez zmian. Bez zmian od 30 lat. Ciągle mamy motycykle, metal, miecze, Odyna, królów itd… Tym razem również panowie uraczyli nas porządną dawką heavy metalu, choć wydaje mi się że występ z 2005 roku był lepszy. Wpływ na odbiór koncertu miał na pewno upał, który lał się z nieba przez cały dzień i odebrał nam siły. Co do występu Manowar: mieliśmy przejażdżkę po karierze zespołu, choć widać, że zespół coraz bardziej stawia na ten nowszy materiał z 3 ostatnich płyt. Bardzo mocno wypadło Heaven&Hell z repertuaru Black Sabbath. W środku koncertu oczywiście swoją wypowiedź na temat wyższości metalu miał DeMayo, a na koniec obowiązkowe rwanie strun i prężenie muskułów. To o muzyce. Chciałem jeszcze coś dodać o zachowaniu zespołu poza sceną. Podczas podpisywania autografów, na które łaskawie się zgodzili, amerykańskie “gwiazdy” nie pozwoliły się fotografować!!! Ze swoimi fanami , z ludźmi dzięki którym są tam gdzie są!!! Najwidoczniej zdjęcia Manowar może mieć tylko oficjalne, w pozie, jako niezwyciężony wojownik, więc spotkanie ich np. w sklepie jest dla nich hańbą i zdjęcia robić nie można. Wojownik z chlebem, widzicie to?

Holy Hell
Na Holy Hell nie mieliśmy już siły…. A zespół zaprezentował się całkiem nieźle, może nawet najlepiej z całego dnia. To była solidna i soczysta dawka heavy/power metalu z kobietą na wokalu. Szkoda, że koncert był tak późno (skończył się w okolicach drugiej w nocy), bo z tego, co pamiętam, warto byłoby posłuchać ich muzyki w stanie przytomności umysłowej.

Początki – piwo w Vizovicach 🙂
Tradycyjnie – Radek i kufel
Nasze pole namiotowe – jedno z mniejszych
Genialna sprawa – fontanna!
Radek i PodebRADKA 🙂
Zaobrączkowanie podwójne
Fani
Fan
To oni. Moje towarzystwo…;)
W oczekiwaniu na ciepły posiłek 🙂
Fani
Fani

Dzień trzeci

Grand Magus
Na sobotnie śniadanie (początek koncertu – 10:30) dostaliśmy solidną dawkę hymnów w wykonaniu Szwedów z Grand Magus. To odkrycie ostatnich lat, jeden z niewielu zespołów, który potrafi przyciągnąć słuchacza jakąś niebanalną melodią. Chłopaki grają prosto i na temat, bez zbędnych ozdobników, wspomagaczy itd. Bębny, gitara, bas, wokal i wystarczy. Jedynym mankamentem koncertu była nie do końca opanowana gra basisty z jednoczesnym śpiewaniem. Ale co tam… śniadanko przepyszne!

Primal Fear
Intro, riff, wejście perkusji i basu, niesłychanie wysokie wokalne “jaaaaauuu” i są! Matt Sinner i Ralf Scheepers. Primal Fear!!! Koncert znakomity. Niemcy zagrali bardzo dużo nowego materiału, który wypadł o niebo lepiej, niż na płytach. Jakaś drapieżna energia rozpierała ich tamtego wieczora. Żałuję tylko, że pominęli album “Nuclear Fire”. Ach…, jakże chciało by się usłyszeć choćby “Angels in black”. No cóż, trudno, nie można mieć wszystkiego. Na razie dzień trzeci – najlepszy ze wszystkich.

Gamma Ray
Proszę państwa, szkoda że państwo tego nie widzieli i nie słyszeli! Warto było przyjechać choćby tylko na ten jeden występ. Gamma Ray dało najlepszy koncert z całego MoR 2010! W ogóle był to jeden z najlepszych koncertów na jakich byłem kiedykolwiek. Fan-tas-ty-cznie! Setlista palce lizać, wykonanie mistrzowskie! Ten luz, ta energia i chęć grania! Półtoragodzinny występ, wydawało się, że trwał tak naprawdę z 5 minut… szybko zleciało. A co było w menu? W zasadzie same frykasy: “Gardens of the sinner”, “New world order”, “Rebellion in dreamland”, “Send me a sign”, “Ride the sky”, “I Want out” i wiele innych.

Bloodbound
Niestety, Bloodbound nie miał szczęścia. Rozpadało się okropnie! Pod sceną została garstka najwierniejszych fanów. I tych, którym po wypiciu kilku piw było wszystko jedno. Ja starałem się, jak tylko deszcz zelżał na chwilę, meldować się pod sceną. W momentach kiedy tam byłem, zauważyłem, że zespół radzi sobie znakomicie z materiałem, jednak po odejściu Urbana Breeda nowy wokalista nie jest w stanie wyśpiewać tego, co tak znakomicie naznaczył swoim wokalem jego poprzednik. Czekałem na hitowe “Nosferatu”. Było, ale zespół potrzebuje lepszego wokalisty.

Dzień czwarty

Doro
Nie jestem najwierniejszym fanem Doro, ale trzeba było być na koncercie Królowej Metalu. Występ pani Pesch szczególnie mnie nie zaskoczył. Utwory utrzymane w jednym klimacie lat 80-tych. W zasadzie jednostajne, ale melodyjne i przyjemne dla ucha. Jedyny utwór jaki znałem to “All we are”. Wypadł całkiem nieźle, ale nadal nie jest to zespół, który by mnie porwał bez reszty, mimo przyzwoitego koncertu.

Unisonic
Na występ tego zespołu czekałem szczególnie. Otóż po 17 latach na scenę wraca Michael Kiske!!! Wraca do śpiewania na żywo, bo albumy studyjne co jakiś czas wydaje. Unisonic to nowy projekt, który do czasu Masters of rock nie miał swojego materiału. Więc co zagrali? Oczywiście covery. Mieliśmy coś z Asii, Krokusa, Place Vendome i oczywiście Helloween (Kids of the century i A little time). A jak śpiewa pan Kiske po tych latach? Ci, którzy znają go tylko z Helloween i przespali te 17 lat, pewnie byli zawiedzeni, bo Michael już nie ten sam, co kiedyś. Skala i vibratto stały się płytsze, ale ciągle jest to kawał znakomitego głosu. Dobrze, że przyjaciele namówili go na występy, bo widać było, że Kiske jest trochę speszony i jeszcze nie tak pewny swoich poczynań scenicznych.

Accept
Kolejny powrót. Tym razem 14 lat trzeba było czekać na kolejny album Accept. Niestety, bez udziału Udo, ale Mark Tornillo poradził sobie bardzo dobrze. Zaczęli od razu z grubej rury, ponieważ pierwszym utworem było “Metal heart” . Wydawało się, że już nic ciekawego się nie może wydarzyć, ale przecież Accept ma w swoim repertuarze wiele świetnych utworów spod znaku tradycyjnego metalu. I rzeczywiście, zarówno stare jak i nowe utwory (znakomite “Teutonic Terror”) wypadły znakomicie. Szkoda, że wzajemne animozje doprowadziły do tego, że obecny na festiwalu Udo nie pojawił się choćby w jednym utworze.

Lordi
A na koniec dostaliśmy kabaret. Lordi bardziej nadaje się na wieczory humoru i satyry, niż na festiwal rockowy. Muzycznie jednostajnie, przewidywalnie, wtórnie i nudno. Wydawało się, że przez cały koncert zespół gra jeden utwór. To co najciekawszego działo się w warstwie pozamuzycznej. Były jakieś miniatury teatralne, odcinanie głowy, wybuchy itd., a wszystko oblane sosem żartu. Cóż, bronią się jak mogą, bo dla ucha tam było niewiele. Chociaż nie!! Na scenie na chwilę pojawił się Udo Dirkschneider i wykonał razem z zespołem “They only come out at night”. Tyle.

(lipiec 2010 r.)

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *