Muzyka naszych podróży – dźwiękowe wspomnienia z wyjazdów

Podróże często kojarzą się z muzyką. Słyszymy ją na miejscu, niekiedy podczas przygotowań do wyjazdu lub dopiero porządkując informacje po powrocie. Oto muzyka naszych podróży – zobaczcie jak ją poznawaliśmy.

Lizbona – muzyka z góry zaplanowana

Jeszcze przed naszym pierwszym pobytem w Lizbonie (start rejsu na Pogorii) obejrzeliśmy pozycję obowiązkową czyli film Wima Wendersa “Lisbon Story”. Efekty dźwiękowe i muzyka zespołu Madredeus grają w nim ogromną rolę, tak więc i my nasiąkliśmy tymi dźwiękami. Mam wrażenie, że czasem słyszałem je gdzieś w głowie spacerując uliczkami miasta. Powiązanie z filmem i jego muzyką nasiliło się, kiedy – podobnie jak główny bohater filmu – pojechaliśmy do Lizbony samochodem przez pół Europy. Tyle, że my mieliśmy dalej 😉

Santa Luzia – piosenki poznane na miejscu i to na żywo

Podczas jednej z wycieczek do ulubionego miejsca wypoczynkowego w Algarve na południu Portugalii postanowiliśmy w końcu zasmakować fado na żywo. Ale nie przepłacać w turystycznych pułapkach lizbońskiej Alfamy, tylko podejść do tego lokalnie i kameralnie. Dlatego wybraliśmy koncert z cyklu “Grande Noite do Fado” w sali miejscowej Junta de Freguesia (mówiąc po naszemu: w gminnym domu kultury). Na miejscu okazało się, że jesteśmy jedynymi turystami, a miejscowi niespecjalnie mówią po angielsku. Poratował nas przesympatyczny chłopak, który wyjaśnił nam co i jak, i dlaczego dzisiejszy koncert jest szczególny – była to gala naprzemiennie śpiewających wykonawców (fadistas). Później okazało się, że pomógł nam Márcio Gonçalves, animator całego wydarzenia i zarazem jeden z wykonawców tego wieczoru.

Dublin – usłyszane przypadkiem, niemal w biegu

Szliśmy z psyche szybkim krokiem na skróty przez jakieś wyludnione centrum handlowe w okolicach O’Connell Street i właśnie to wykonanie „The Auld Triangle” leciało z głośników. The Pogues śpiewający w Dublinie piosenkę właśnie o tym mieście to naprawdę idealna kombinacja.

Psyche twierdzi, że tego nie pamięta, a z Dublinem to jej się raczej wszelakie „Molly Malone” kojarzą. Też słusznie, w końcu pomnik „the tart with a cart” czyli Molly widzieliśmy, a piosenek i szant o Dublinie trochę znamy. O Molly śpiewali m.in. Mechanicy Szanty (po polsku) czy człowiek-legenda Ronie Drew (po angielsku).

Edynburg (Leith) – muzyczne wspomnienie pracy na żaglowcu

Kiedy w pocie czoła szykowaliśmy JDL-a do pierwszego (po dziewięciu latach stania przy nabrzeżu) wypłynięcia w morze, mieliśmy krótkie chwile wytchnienia, kiedy mogliśmy wyskoczyć na zwiedzanie Edynburga. Najbliżej mieliśmy do sąsiadującej z portem dzielnicy Leith, niegdyś osobnego portowego miasta. Jak to w Szkocji, w dodatku w marcu, towarzyszył nam głównie deszcz i mgła, tak więc “blask słońca” z tytułu piosenki The Proclaimers moglibyśmy traktować czysto metaforycznie.

Moglibyśmy, gdybyśmy znali ten zespół wcześniej. Jednak poznałem go dopiero po rejsie, kiedy tradycyjnie przeszukiwałem sieć uzupełniając informacje o Leith, Edynburgu i Szkocji w ogóle. Podróże kształcą? Tak, ale samo przyswajanie wiedzy o jakimś miejscu wychodzi najsprawniej, kiedy się stamtąd właśnie wróciło.

Grecja – zaskakująca ewolucja muzyki do naszego filmu z rejsu

Kiedy montowaliśmy z psyche filmiki z naszych greckich rejsów, zaczynaliśmy od tradycyjnego podkładu dźwiękowego. Najpierw klasycznie pojawiła się grecka muzyka (z nieśmiertelną “zorbą”) i żeglarska, jak np. “Bo kapitan nasz szalony był” (bo to prawda, nasz przecież był) czy “Szkuner I’m Alone” (w ramach skargi na grecki Coast Guard, który przepływając blisko nas wylał nam kisiel z kubeczka!). Była też muzyka z “Wielkiego Błękitu” (byliśmy przecież na Amorgos, pływaliśmy i snorklowaliśmy przy grającym w tym filmie wraku MV “Olympia”). W trakcie okazało się jednak, że do filmu najbardziej pasuje muzyka heavymetalowa, a do scen z szaleństw na quadach po plaży czy zwiedzania nad ranem portu w Symi najlepiej pasuje Black Sabbath.

Madryt – nasz prywatny hymn wyjazdowy 😉

Gdy szykowaliśmy się do rodzinnego wypadu na kilka dni do Madrytu, psyche znalazła taką oto perełkę muzyczną. Później okazało się, że muzyka madryckiej grupy Pereza nie tylko poprawia nam humor przed wyjazdem, ale też dobrze pasuje do klimatu żywego i przyjaznego miasta, jakim okazał się dla nas Madryt.

Gruzja – pokaz zdjęć dla przyjaciół też wymaga muzyki!

Kiedy szykujesz się do trwającego godzinę albo i dwie opowiadania o wrażeniach z niedawnego wyjazdu, wybór lecącej w tle muzyki jest naprawdę ważny. Masz wtedy okazję poznać twórczość kraju, który właśnie odwiedziłeś. W dodatku uświadamiasz sobie, że niektóre utwory znasz całkiem dobrze. Czasem aż za dobrze, kiedy przypominasz sobie, że to właśnie one ryczały ci wprost do ucha z rozregulowanego radia w pędzącej po górskich serpentynach marszrutce. Nie zmienia to faktu, że często jest to naprawdę fajna muzyka i łatwo wpada w ucho, jak chociażby twórczość Jgufi Bani.

Ale nie ma to jak własne muzykowanie 🙂

Nie ważne, gdzie jesteśmy – blisko czy daleko, w górach, na morzu, czy własnym mieszkanku – samodzielne śpiewanie daje najwięcej satysfakcji. Trzeba tylko się przemóc i zdjąć z szafy mocno zakurzoną gitarę, a najlepiej zaprosić grono śpiewających przyjaciół.

Niech muzyka zawsze będzie z Wami 🙂

Leave a Reply