Podróże, Włóczęga

Nasza Camino de Santiago, cz. 9 – Boente – Santa Irene

Spis treści naszej Camino de Santiago w odcinkach:
Camino de Santiago praktycznie
Nasza camino, cz. 1 – przygotowania
Nasza camino, cz. 2 – Warszawa – Charleroi – Santander
Nasza camino, cz. 3 – Santander – Oviedo – Pedrafita – O Cebreiro
Nasza camino, cz. 4 – O Cebreiro – Triacastela
Nasza camino, cz. 5 – Triacastela – Sarria
Nasza camino, cz. 6 – Sarria – Portomarin
Nasza camino, cz. 7 – Portomarin – Rosario
Nasza camino, cz. 8 – Rosario – Boente
Nasza camino, cz. 9 – Boente – Santa Irene
Nasza camino, cz. 10 – Santa Irene – Santiago de Compostela
Nasza camino, cz. 11 – Santiago de Compostela

17 maja, Boente – Santa Irene

Nocny deszczyk nie odpuścił, poranek też jest deszczowy. W nocy było strasznie gorąco i duszno, pomimo otwartego okna. Klamka od drzwi straszliwie skrzypiała i jak wychodziłam do toalety, to chyba obudziłam pół sali. A na pewno tego gościa, co spał tuż przy drzwiach. Przed świtem, przed 7 rano, pakujemy nasze plecaki, chronimy je od deszczu (torebka foliowa do komina!), zakładamy buciory i… na śniadanie do sąsiedniego pomieszczenia. Alberga jest połączona z knajpą, więc daleko nie mieliśmy 🙂 A potem w drogę. Tylko jeszcze wilczy kostur, bo byśmy się wracali…;p

Spotkaliśmy kota. Kot miauczał, co było samo w sobie dziwne, bo koty na nasz widok zazwyczaj uciekają. Ten miauczał i przyszedł się do nas pogłaskać. O nas. Jak już dopieściliśmy kota, to Wilczy powiedział, że on na pewno ma wszy. Jak na komendę spojrzeliśmy na swoje ręce… Znowu jest pod górkę. Wilczy mnie pociesza:

– Zaraz będzie zejście – chwila ciszy – śmiertelne.

Wilczy to ma jakieś chody na camino. Chce zawiązać buta – proszę bardzo – od razu ma jakiś kamień czy schodek. Jak ja chcę zawiązać buta, to nic z tych rzeczy. Jak muszę usiąść, żeby zdjąć buty – nigdzie nie ma nawet murka kamiennego, nic. Za to wszędzie jest mokre bagno.

Tak też można znaleźć pokój 🙂
Kolejny drogowskaz
Pogoda znowu marna
Chociaż droga piękna
Interesująco przycięte drzewo, nieprawdaż? Potem znaleźliśmy jeszcze kilka takich.

Zatrzymaliśmy się w barze i sprawdziliśmy profil trasy. Do Arzuy pod górkę. Ale nikt nie mówił, że tak stromo i że tak od razu z baru… Toczę się więc, Wilczy mi śpiewa, że no future. Wokół pełno wróbli. Tłuste wróble. Fruwają, ćwierkają… Skąd one mają tyle energii??? Dookoła pola, drzewka, łąki, daleko chmury w górach. Palmy. Asfalt. Podgórkas. Nagrywam to wszystko na dyktafon, a Wilczy na to:

– Czy ty wiesz, że jak gadasz podczas podchodzenia pod górkę, to się bardziej męczysz? Potem będziesz narzekać, że nie masz już siły!

– Bo nie mam! – odwarkuję. – Ja tej siły nie mam już od sześciu dni!

– Blabla bla blabla bla!

Pojawiły się kosze na śmieci. Tabliczek na słupkach kilometrażowych oczywiście nadal żadnych nie ma. Wydłubali tabliczki z kilometrami, z muszlą i tylko strzałek nie wydłubali, bo już były wydłubane fabrycznie.

Doszliśmy do Arzua. Tutaj z kolei do Camino Frances dołącza Camino del Norte, czyli szlak północny. Bardzo chciałam dojść do centrum, tylko nie bardzo było wiadomo, gdzie to centrum jest. I tak przeszliśmy całe miasto i trafiliśmy w końcu – żeby się nie wracać – do ostatniego baru. NAJGORSZY BAR EVER. Wzięliśmy herbatę. Oni mają tutaj niedobrą wodę, w kawie tego tak nie czuć, ale herbata po prostu smakuje obrzydliwie, zażelaziona ta woda jest albo coś, nie wiem. Ale niedobra. Poprosiliśmy o kartę, pani nie mogła tej karty znaleźć…  w ogóle oglądała serial i niestety jej przeszkodziliśmy. Chcieliśmy zjeść krokiety, krokietów nie było, to wzięliśmy kalmary. To był też straszny błąd… Kalmary były usmażone na starym tłuszczu, niedobre, śmierdzące. W knajpie było brudno. Nigdy więcej! Omijajcie to miejsce z daleka, chociaż leży na szlaku. No fucking way!

Arzua wita nas pomnikiem
NIGDY TU NIE JEDZCIE. To najgorszy bar ever!
Kalmary, którym ktoś zrobił straszną krzywdę. Niejadalne.

Dalej szliśmy jakimiś opłotkami, potem wróciła rozszalała przyroda, droga znów biegła wąwozem. Drzewa obrośnięte jakimś bluszczem. Bardzo tu ładnie. Jakoś mniej ludzi spotykamy, pewnie dlatego, że większość ani chybi nocowała według przewodnika – w Arzua, więc cały ten tabun się już przewalił tędy ze dwie godziny temu. Nie narzekam 🙂 Właściwie nie pada. Ale cały czas idziemy dróżką kamienisto-błotną.

Co jakiś czas zatrzymujemy się na zdjęcie butów, gdzieś w plenerze, jak jest miejsce, żeby posadzić zady. Po jednym z takich postojów Wilczy zakłada kurtkę, plecak, spina się pasem biodrowym i ze zdziwieniem komentuje:

– Jak to, przytyłem?!?…

– Jeszcze batonika, kochanie? – odpowiadam natychmiast.

Zatrzymaliśmy się w jakimś barze po drodze. Spotkaliśmy tam nasze Szwedki, ale też parę młodych Niemców z dzieckiem. Widujemy ich od kilku dni regularnie w różnych barach i uśmiechamy się do siebie, ale nie nawiązaliśmy bliższej znajomości. Dziecko było naprawdę malutkie i jechało w wózku. No szacun i podziw, bo czasami te drogi są strasznie niefajne do wędrowania, nie mówiąc już w ogóle o wózkach czy rowerach. Na przykład kamienne zejście w dół, które byłoby schodami, gdyby kamienie były lepiej ułożone, a tymczasem idąc musisz przemyśleć każdy krok. Gdzie postawić teraz stopę, żeby nie zjechać po mokrych kamulcach i nie rozwalić sobie głowy ani kręgosłupa?… No naprawdę szacun. I otóż okazało się, że to chyba nie do końca są Niemcy, bo gaworzyli z naszymi Szwedkami w języku kompletnie niezrozumiałym. Ale kto ich tam wie 🙂

Zaraz po wyjściu z baru minęła nas banda rowerzystów, którzy jechali zdecydowanie zbyt szybko. Niestety, takie kwiatki też się na camino zdarzają. Cudem nie wpadli na nas i nas nie pozabijali, a razem z nami też siebie, bo nie zachowali bezpiecznej odległości, a z górki było. No i musisz mieć, pielgrzymie, oczy dookoła głowy, bo inni nie myślą ;p

W pewnym momencie minęła nas babcia Szwedka, Britta, która postukując swoimi kijkami powędrowała szybciej przed siebie. Kilka chwil potem dotarła do nas druga Szwedka, Elisabeth, pytając czy widzieliśmy Brittę. Jasne, minęła nas przed chwilą, zaraz ją dogonisz. Za jakiś kilometr minęła nas znowu Britta i zapytała, czy widzieliśmy Elisabeth.

– Bo ja zgubiłam drogę – stwierdziła radośnie. W efekcie tak się goniły obie całą dzisiejszą trasą i spotkały się dopiero w alberdze – dobrze, że trafiły do tej samej…:)

Camino w wąwozie
Psyche robi sobie szybki masaż stóp
Babcia Britta
Wilczy w galicyjskiej wiosce

Wilczemu się poprawiło i popyla z kijaszkiem pod ręką. Ja mam wrażenie, że cały czas czuję się gorzej od niego. On to wygląda na zadowolonego z życia, a mnie bolą stópki. I nie mogę zdjąć buciorów, bo jest zimno i mokro.

Natrafiamy na ścianę złotych myśli. To się nazywa „The Wall of Wisdom” („El muro de la sabiduría”) i jest pełne karteczek z tekstami po hiszpańsku i tłumaczeniem na angielski. Trochę czytamy, potem się orientujemy, że wszystko jest w internetach, więc idziemy dalej. W internetach jest jednakowoż wyłącznie po hiszpańsku, czyli trzeba się uczyć języka 😉

The Wall of Wisdom
The Wall of Wisdom

Co jakiś czas spotykamy miejsca upamiętniające innych pielgrzymów, którzy zostali na camino na zawsze. Leży przy nich dużo kamyków, które zostawiają inni pielgrzymi. Na pamiątkę. Czasami w takich miejscach są święte obrazki, kartki z modlitwami, jakieś wstążeczki czy inne ozdoby. Zawsze przyciągają wzrok i warto się na chwilę zatrzymać.

O pielgrzymie, który został na szlaku na zawsze

Camino sprowadza wszystko do najprostszych rzeczy. Robi ci pranie z mózgu. Masz podstawowe potrzeby: znaleźć miejsce do spania, znaleźć jedzenie. Usiąść i zdjąć buty. To najbardziej podstawowa potrzeba caminowicza. Żadnych tam wyższych celów. Zdjąć buty…

Dotarliśmy do A Salceda. Planowaliśmy tutaj zostać na noc. Ale gdy dotarliśmy do jakiejś albergi, to bardzo nam się nie spodobał pan, który tę albergę prowadził i nawet nie bardzo nam się chciało oglądać ją od środka. Odpoczęliśmy tylko chwilę przed nią na krzesełkach plastikowych, miejsca zajęła banda rowerzystów, a my przeszliśmy kawałeczek dalej i klapnęliśmy w knajpie. Na herbatce. Podjęliśmy decyzję, że idziemy dalej, do Santa Irene. Miało być co prawda lekko pod górkę, ale za to lasem, nie szosą. Wilczy zadzwonił do prywatnej albergi w Santa Irene, żeby zarezerwować nocleg, bo jakby tam nie było miejsc, to mogiła. Średnio się dogadał, ale idziemy z nadzieją…

Do Santiago prowadzą drogowskazy. Ciągle jeszcze czytelne 😉
A oprócz drogowskazów są też reklamy ablerg 🙂

Dotarliśmy wiele jęków i narzekań dalej. Kilometr przed albergą była knajpa, ale uznaliśmy, że chyba nas w tej alberdze nakarmią. Okazało się, że i owszem, będzie i kolacja, i śniadanie, jeśli je sobie zamówimy, natomiast pani była przekonana, że przyjdziemy… jutro! Na szczęście były wolne łóżka i to jakie! Też piętrowe, ale drewniane, przepiękne. Zajęliśmy dwa dolne w dormitorium na 11 osób. Lampki przy łóżkach, duży stół z księgą gości, ręczniki, pościel, koce, zamykane prysznice, a w części wspólnej – kominek, pianino!… Szaleństwo. Oczekiwaliśmy tu naszych Szwedek, ale musiały nocować w innej alberdze. My natomiast poznaliśmy Niemca, który idzie od Pampeluny i powiedział, że nigdy więcej. Że w domu ma żonę i jemu się nudzi na tym camino, że on tęskni za domem. Poza tym rozmowa przebiegała tak:

– Rozumiecie po niemiecku? – zapytał Niemiec po angielsku.

– Nie bardzo, raczej po angielsku – odpowiedział Wilczy.

– Aha – przyjął do wiadomości Niemiec i dalej zasuwał do nas po niemiecku. No i Wilczy bardzo się starał zrozumieć 😉

Podano kolację, do kolacji wzięliśmy standardowo butelkę wina. Po kolacji proponowano nam jeszcze po kieliszeczku naleweczki. Nasz Niemiec wziął, wypił i stwierdził, że mocna, oj mocna. Wilczy chlapnął i stwierdził: „E, maksymalnie ze 35%” ;))) Co oni wiedzą o mocnych alkoholach!… A po kolacji  usiedliśmy przy kominku i porozmawialiśmy z Włochami, którzy razem to mieli ze 140 lat 😉 Zaczęli w Saint-Jean-Pied-de-Port i chcą dojść do Finisterry. Takiemu dziadkowi to nawet skarpety do sandałów się wybacza. Włosi zrobili dokładnie ten sam manewr co Niemiec, czyli rozmawiali z nami po włosku. Wilczy był zachwycony, lingwista jeden, ale prawdę mówiąc rozumiał z 10% tego, co oni tam gaworzyli…;)))

A jak usiłowaliśmy zasnąć, to za oknem ptaszki urządziły właśnie koncert i darły dzioby. A była to 21:30.

Nasza alberga
Nasza camino ma też luksusowe momenty
p&W w jadalni z kominkiem
Nasze dormitorium. Fantastyczne drewniane łóżka, pościel, ręczniki…

Czytaj dalej, część 10 – Santa Irene – Santiago de Compostela

(maj 2017 r.)

Może Cię także zainteresuje...

2 thoughts on “Nasza Camino de Santiago, cz. 9 – Boente – Santa Irene

Leave a Reply to Zbyszek Cancel reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *