Nurkowanie w Jeziorze Powidzkim, Giewartów, sierpień 2013 r.

Powroty i spotkania po latach

W wyniku splotu różnych okoliczności w sobotę rano wypożyczyliśmy nieco sprzętu i ruszyliśmy w stronę Giewartowa, nie spodziewając się większych atrakcji. Tymczasem…;)

DSC_0747_2

DSC_0738_2

Wjechaliśmy na teren ośrodka Podwodniak, zaczęliśmy negocjować z panią ewentualny nocleg i “gdzieby tu można było postawić samochód” i nagle usłyszeliśmy zaskoczony głos, który niewątpliwie kogoś mi przypominał. Podniosłam wzrok – o bogowie, przecież to Siostra! Wyściskaliśmy się z Asią i padły sakramentalne pytania: co tu robisz?
Okazało się, że Asia kończy kurs OWD, a właściwie już go skończyła. No i w życiu byśmy się nie spodziewali…;)
Zresztą potem objawiło się więcej znajomych, między innymi Centrum Nurkowe Nurkersi, które poratowało mnie częścią sprzętu 🙂
Rozkładanie sprzętu, wbijanie się w piankę. To drugie – mocno problematyczne. Właścicielka pianki powiedziała: przynajmniej spróbujcie, ja porządna jestem, więc przynajmniej spróbowałam. Po wepchnięciu mnie w piankę zaczęłam się powoli acz skutecznie podduszać. Ruszać się nie mogłam za bardzo, do palców przestała mi dopływać krew, kaptur z suwakiem zgniotły mi grdykę. Doczłapałam się do jeziora ledwo-ledwo. W wodzie okazało się, że wcale nie jest lepiej, że nadal nie mam czym oddychać, że jest mi ciasno i ruszać się nie mogę, że nawet mam problemy z przekręceniem głowy na bok… Po dwóch czy trzech próbach odpuściłam, wyniosłam sprzęt i na tym się skończyło nurkowanie w piance – morderczyni. Wilczy, mistrz cierpliwości, wepchnął mnie w swój docieplacz i spróbowaliśmy jeszcze raz, ale byłam już tak zmęczona psychicznie walką z pianką, zgnieciona i z początkami klaustrofobii, że skończyła mi się para do nurkowania, a dobre chęci dawno powędrowały w świat. Za to odezwał się żołądek, więc po ogarnięciu całego sprzętu powędrowaliśmy na rybkę nieopodal, gdzie dogadaliśmy się z ekipą wrocławską i zaklepaliśmy sobie nocleg.
Wieczór spędziliśmy na słuchaniu muzyki znad jeziora, siedząc przy czarnej Fortunie w altance obok naszego noclegu (pokoje “Dębinka”) i narzekając na piankę. W pensjonacie skrzypiało wszystko, co tylko mogło: podłogi, drzwi, łóżka. Gdzieniegdzie ciężko pracowały pająki. Klamka od drzwi do naszego pokoju siedziała na słowo honoru. Łazienka była koedukacyjna. Okna co prawda wychodziły na jezioro, ale także na ruchliwą szosę przez miasteczko. Ale przynajmniej było gdzie spać 🙂 Bo byliśmy przygotowani na ewentualny powrót do domu, a szkoda by było tracić możliwości pięknej niedzieli…

DSC_0749_2
Po sytym śniadaniu (jajecznica plus ewentualne kanapki) wróciliśmy do bazy i tym razem miałam spróbować zanurkować w jeszcze innej piance. Dla odmiany – męskiej 🙂 Szybko ogarnęliśmy sprzęt, zapakowaliśmy się w neopren i powędrowaliśmy do jeziora. Stonki było niewiele, w miasteczku akurat był odpust, więc pewnie wszyscy najpierw pobiegli odwiedzić stoiska z tandetną chińszczyzną, a dopiero potem planowali wycieczkę nad jezioro.
Tym razem okazało się, że wszystko gra. No, niemal wszystko – miałam samonapełniający się jacekt, który powoli acz skutecznie pobierał powietrze z butli non stop kolor. Musiałam pamiętać o upuszczaniu powietrza co jakiś czas, bo powoli wyrzucałoby mnie na powierzchnię… I zazwyczaj pamiętałam 🙂 Ogarnęłam zatoki, uszy już nie bolały, do maski nie wlewała się woda, pianka nie chciała mnie zabić, miałam czym oddychać i wreszcie mogłam skupić się na tym, co dookoła 🙂
A dookoła… zmącony przestwór Jeziora Powidzkiego!… Zmącony, bo jednak kąpielisko, stonka i dzieci. A taki mąt unosi się jeszcze daleko, daleko od brzegu. Opadamy na najbliższe dno, tam trawa, całe podwodne łąki szaro-zieloności, czasem z jakimś piprztykiem na wierzchu. Od czasu do czasu atakował nas okonek wielkości palca, podpływał, łypał groźnie okiem i przybierał postawę bojową, ale ponieważ nie baliśmy się nastroszonych piórek (no dobra, ości grzbietowych ;p) – odpływał z godnością w siną, zmąconą dal.
Od czasu do czasu Wilczy pokazuje mi głębokościomierz. Szaleństwa nie ma, ale jak już jesteśmy na głębokości około 5 metrów, tak kompletnie znienacka, to już robię się z siebie dumna, szczególnie mając w pamięci wczorajszą walkę o życie i to jeszcze na lądzie. Nurkowanie zabija, ale żeby od razu na piasku i trawce?… No i ostatnio nurkowałam na kursie, w Egipcie, 6 lat temu. Może tego też się nie zapomina, jak jazdy na rowerze, ale przypomnieć sobie trzeba, a tym większa to sztuka, jeśli robi się to w niesprzyjających okolicznościach – z samonapełniającym się jacektem i pianką – mordercą…
Oglądamy sobie rybki, głównie okonki, ale czasem przepływają mini-ławiczki czegoś malutkiego i błyszczącego. No i nagle jest – rodzynek – szczupaczek, ewidentnie gówniarz straszny, no aż miałam ochotę mu powiedzieć: “Idź i bez rodziców nie wracaj!”…;)
I trafiamy na poręczówkę. Więc idziemy wzdłuż niej, docieramy do dwóch opon uroczo obrośniętych, potem postanawiamy zawrócić i trafiamy na tunel opon – kilka sztuk ładnie związanych, można przez nie przepłynąć, a w środku – taaaaaakie ryby!… No i to już byłby porządny obiadek 🙂 Od tunelu idzie inna poręczówka, początkowo idziemy wzdłuż niej, ale robi się coraz ciemniej i coraz bardziej mętnie, więc w końcu zawracamy i powoli kończymy tę zabawę. Ewidentnie potrzebuję tabliczkę do pisania wrażeń pod wodą!
Wilczy mówi, że nurkowaliśmy blisko godzinę i byliśmy na jakichś 7 metrach. Jak na pierwszy raz po latach – kompletne szaleństwo. Znów czuję bakcyla, nawet mimo zmąconej wody, a może jednak nie jest tak bardzo źle?…;)
W ramach obiadu występuje znów rybka, a ja się zastanawiam – znowu! – nad zakupem pianki i powrotem pod wodę…

Wyszperane w Sieci:
Baza nurkowa Podwodniak
Nurkersi – serdeczne dzięki za pożyczenie części sprzętu 🙂

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply