Nurkowanie w Zakrzówku, lipiec 2014 r.

Wilczy zerwał mnie o 5:05 nad ranem i kazał jechać nurkować 🙂 Za oknem było bardzo mokro i bardzo jesiennie. Padało opadem ciągłym i nie zamierzało przestać. Termometr pokazywał 14 stopni. Był 12 lipca…

Wsiedliśmy w auto i ruszyliśmy w strugach deszczu do Krakowa. Padało całą drogę, potem na chwilę przestawało, potem znowu padało i ciągle było mokro, szaro, buro i ciemno. Oraz nieoptymistycznie.

Na Zakrzówek dojechaliśmy już w nieco lepszych humorach, bo na chwilę przestało padać. Przytuliliśmy się do jakiejś wiaty i zmontowaliśmy sprzęt. W międzyczasie objawili się znajomi i Jezzy pocieszył mnie, że do 8 metrów jeszcze jest ciepło, a potem to… 12 stopni… Aha.

smiglo

Zakrzówek to zalany kamieniołom i jedno z popularniejszych miejsc do nurkowania w Polsce. Zorganizowano tam bazę nurkową (wjazd 30 zł od osoby), stoją wiaty, można nabić butlę i wypożyczyć sprzęt. Co ważne – swój kącik ma tam Ramzes, który karmi wszystkich wiejskimi kiełbasami 🙂 

Ustaliliśmy plan nurkowania, zapakowaliśmy wszystko na plecy i powędrowaliśmy z tym całym balastem na drogę. Bo do Zakrzówka wchodzi się drogą, normalnie – asfalt wjeżdża do jeziora. Wjechaliśmy i my po asfalcie, założyliśmy płetwy, maski i wsadziliśmy głowy pod wodę. Okazało się, że wizura jest szalona – w porywach na jakiś metr. Poza tym stoimy na wjeździe do jeziora, a ruch jest jak – nie przymierzając – na Marszałkowskiej w Warszawie w godzinach szczytu. Ruszyliśmy więc dalej, co i rusz wpadając na jakieś zabłąkane grupki nurkowe, wyłaniające się z zielono-szarego mroku tuż przed naszymi nosami. Reakcje musiały być natychmiastowe, aby uniknąć zderzenia. Kilku nurków przepłynęło bezpośrednio po mnie, zdeptało mnie i staranowało, przed kilkoma uciekłam do góry, w końcu udało się wypłynąć z gąszczu i dojechaliśmy do samotnego komputera z klawiaturą i myszką z przerostem ego. Mysz była gigantyczna i bezprzewodowa (ktoś jej odgryzł ogonek? ;). Dalej trafiliśmy na policyjną skodę z rozwaloną przednią szybą, a potem na samolot.

drzwi samolot

No wreszcie!… Samolot miejscowy, zakrzówkowy, w pełnej krasie! Można było oglądać i macać do woli. Poprzedni samolot, obiecany na Koparkach, także przewędrował (no bo nie przeleciał…) w międzyczasie na Zakrzówek, więc do kompletu miałam dwa samoloty i mogłabym się wreszcie od nich odczepić. Opłyneliśmy oba, drugi z koparkowymi ludzikami w środku, jednego pieszczotliwie poklepałam po główce. Zrobiło się chłodno, bo jednak temperatura spadła razem z głębokością i zaczął mi pysk drętwieć, więc zarządziliśmy odwrót i popłynęliśmy drogą, aby się nie zgubić, do brzegu. A tam, po wynurzeniu, ustaliliśmy plan na ciąg dalszy.

Jasne było, że jeśli wyjdziemy z wody i rozbierzemy się z mokrych ciuchów, to przynajmniej ja już potem nie wlezę w nie z powrotem. Powietrze w butli zostało. Siły mamy. To idziemy dalej, na drugą drogę, poszukać innych atrakcji. Trzeba było tylko opłynąć cypelek z chaszczami…

Widzialność nadal niemal zerowa. Wpłynęliśmy w owe chaszcze, które wyłaniały się z niczego jak w jakimś fantastycznym świecie. Zbiory badyli sterczących w górę pod różnymi kątami nie sprawiały przyjaznego wrażenia. Zastanawiałam się, kiedy któryś się o mnie niechcący zahaczy albo wyrwie mi automat z pyska. Czy może wręcz od razu rzuci do gardła albo nadzieje moją wątrobę… W dodaku jeden mi chciał zabrać płetwę i bardzo mi się to nie spodobało. Ale w końcu chaszcze minęły, pojawił się beton a zaraz potem stanowisko komputerowe z telefonami dla odmiany. Telefony były dwa, jeden stacjonarny, jak to na biurku, a drugi komórkowy. Ale myszki nie było, ja protestuję 🙂

Zaraz potem była platforma, na której poganialiśmy się z rybkami. Usiłowaliśmy popłynąć dalej, w bok, do zaplanowanych atrakcji, ale na 10 metrach zrobiło mi się znowu tak zimno, że dość szybko zrezygnowałam ze zwiedzania na rzecz właściwej temperatury otoczenia. Trochę czasu spędziliśmy jeszcze na platformie, pokazując sobie różne głupoty i trykając się automatami, a potem grzecznie powędrowaliśmy do domu przez tych wszystkich usiłujących nas rozdeptać nurków.

Teraz już zdecydowanie trzeba było wyjść z wody. Zaraz po zdjęciu sprzętu i przebraniu się poczuliśmy głód. Jeszcze był mały i spokojny, ale miał wielkie perspektywy. I z chwili na chwilę rósł w siłę…:)

Na wielki głód pomogła kiełbasa od Ramzesa. Oczywiście zamiast od razu zamówić, musieliśmy się wdać w dyskusję na temat egipskiej herbaty… ale w końcu dostaliśmy swoje wielkie kawałki kiełbasy, świeżą musztardę, chleb i ogóra i mogliśmy się zająć konsumpcją. Do towarzystwa przyplątały się dwa psy, jeden z nich ślinił się niemożebnie. Na szczęście były nieupierdliwe i poza ślinotokiem oraz patrzeniem z wyrzutem nie robiły nic.

Tak więc kolejne nury zaliczone i znów zostało coś “na później”. Nie pozostaje mi nic innego, jak stwierdzić groźnie: ja tam jeszcze wrócę! 🙂

Zakrzówek podwodny from psyche on Vimeo.

Wyszperane w Sieci: Baza nurkowa Zakrzówek

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply