Koparki z Nurkersami, maj 2014 r.

Niewątpliwie padłam ofiarą przemocy domowej oraz nagonki medialnej i w ściśle napięty kalendarz końca tygodnia wepchnęłam to nurkowanie na Koparkach z Nurkersami ku uciesze Wilczego i ku przerażeniu mojemu. Przerażenie nastąpiło w momencie, w którym zapytałam:

– To o której jutro jedziemy?

Wilczy długo milczał. W końcu powiedział:

– Nie powiem ci, o której oni się umówili. Albo powiem – westchnął, po czym spojrzał na mnie, żeby widzieć reakcję. – O 6 rano.

– No chyba cię!… – aż mnie zatkało. – No dobrze, oni, a my? O której MY wstajemy?…

Nie był uprzejmy odpowiedzieć mi na to pytanie, symulując bycie bardzo zajętym pakowaniem drobiazgów.

Potem okazało się, że budzik ustawił na 5:30. Bandyta. Tym bardziej bandyta, że i tak obudziłam się 15 minut wcześniej…;)

Nurkowanie z Nurkersami, Koparki, 24.05.2014 r. from psyche on Vimeo.

Do bazy nurkowej Koparki w Jaworznie dojechaliśmy pierwsi. Szlaban sam się otworzył, podjechaliśmy pod wiatę, wnieśliśmy opłatę (30 zł od łebka) i zaczęliśmy się przygotowywać. Tzn. Wilczy przeniósł rzeczy i zaczął je montować, ja wzięłam się za montowanie kamerki do stelaża i na tych zajęciach zastali nas Nurkersi. Silvertape w wersji black świetnie się nadaje pod wodę, tak btw. 😉

Nurkersi podjechali dwoma autami i przyczepką i nagle zrobiło się głośno, gwarno, ciasno, wesoło i pełno. Pełno płetw, automatów, butli, wężyków, sucharów, butów i wszystkiego. W dodatku okazało się, że obok jest wypożyczalnia sprzętu Maresa, więc zaraz pojawiły się pielgrzymki. Na tę okoliczność sama wypożyczyłam płetwy, coby je przetestować i sprawdzić, jak sobie radzą. One, rzecz jasna, przecież nie ja 😉

W końcu udało się ogarnąć cały ten bajzel, acz ewidentnie trwało to zbyt długo. Pierwsi przyjechaliśmy, ostatni wchodzimy do wody ;p Wilczy na moje plecy zarzucił wielką i ciężką butlę piętnastkę, za co go pobłogosławiłam do trzeciego pokolenia wstecz i kazałam nigdy więcej. Skruszył się niby, potakiwał, ale pewnie dla świętego spokoju…;) Butla była ciężka jak jasny gwint i tłumaczenie, że dzięki temu wezmę mniej balastu wcale mnie nie pocieszyło, bo balast trzymam przy sobie, a butla zaburza moją równowagę przez swój, oddalony ode mnie nieco, ciężar. Na kiwającą się platformę pomostową jakoś weszłam, ale schylenie się celem założenia płetw poskutkowałoby tym, że już bym się nie podniosła. Wilczy sam musiał mi te płetwy zakładać, co wzbudziło salwy śmiechu wśród pojedynczych obserwujących nas sztuk. No dobrze, założył, wlazłam do wody, nalało mi się tej wody do nosa (bom pierdoła), opanowałam w końcu wszystko i poczułam te 12 stopni Celsjusza. No chyba kogoś bogowie opuścili, ja w takiej zimnej wodzie!…

Wilczy ogarnął kamerkę i powoli zaczęliśmy się zanurzać. Na chwilę zapomniałam o temperaturze wody, bo musiałam zająć się nosem, majtającą się na wszystkie strony butlą i pasem balastowym, który ewidentnie poczuł grawitację. Nie, nie zleciał, tylko zmienił pozycję…

Przebalastowana byłam zdecydowanie i straciłam całą masę energii, żeby to jakoś wyrównać. Widoczność pod wodą w stosunku do egipskiej – bardzo zabawna, naprawdę się bałam, że jak na chwilę odwrócę głowę, to Wilczy mi zniknie w tym mleku. Uparłam się na samolot, Wilczy wymyślił sobie świetną wycieczkę przez jedną i drugą koparkę, chociaż mu tłumaczyłam, że samolot jest ważniejszy. A on, że koparki są ciekawsze. No aż dziwne, bo przecież uwielbia samoloty i zna na pamięć numer rejestracyjny każdego samolotu, którym leciał w życiu, po kolei, wstecz i na wyrywki też. I on woli koparkę!…

No dobrze, znalazł koparkę, takie wielkie czarne bezkształtne coś się wyłoniło z mroku i dopiero z bardzo bliska było widać, że to faktycznie jest koparka. Na ogromnej łyżce miała zawieszoną skarpetę na prezenty na Mikołajki, niestety – pustą (sprawdziłam). Bardzo była fajna (koparka, nie skarpeta), ale nie była samolotem, żeby nie wiem, jak bardzo dobrą wolę wykazywać…

Zrobiło się zimno. Pokazałam temu oszustowi matrymonialnemu, że zimno i że do domu, dobrze, pokiwał głową, zaczął się wpatrywać we wszystkie urządzenia na rękach i w końcu popłynął w jakimś kierunku. Popłynęłam za nim, a ten zaczął skręcać. Zrobił kółeczko, no fajnie, bardzo uroczo się pływa w kółeczka, ale ja chcę do domu, bo zaczynają mi zęby strzelać, no halo?…

Zrobił drugie kółeczko (potem się tłumaczył tym, że mu kamera zakłócała kompas).

Poczułam chęć mordu. Tylko jak go zamordować na 10 metrach pod wodą, kiedy się walczy z własnym przebalastowaniem i nieprzyjazną temperaturą? W dodatku ten odwala Jezioro Łabędzie i pływa w kółeczka!… Zdaje się, że wywlokłam go na powierzchnię i zapytałam złym głosem, jak już szczęka zaczęła działać, co jest grane. Zaproponował mi powrót po powierzchni… Na powierzchni morderstwo jest jeszcze trudniej wykonać niż pod wodą, kazałam mu zejść i pojechać do domu, a nie się wygłupiać. Posłuchał tym razem, przy pomoście jeszcze coś pyskowałam, ale w końcu siłami obcymi zostałam wywleczona z wody w stanie stałym, razem z tym tony ważącym sprzętem. Doczłapałam się do wiaty, zdjęłam wszystko z siebie i zaczęłam móc normalnie funkcjonować, tylko zimno mi było jak diabli, szczękę miałam sztywną (co wcale nie przeszkadzało w gadaniu) i zęby mi zgrzytały. Same. Ale ustabilizowałam się na słoneczku i już gdzieś po godzinie się rozgrzałam ;p

Zapomniał wół, jak cielęciem był. Mało mi było jednego marznięcia, polazłam znowu do wody. Samolot miał być, tak? Samolot!… Dla niego tu przyjechałam!…

Tym razem Wilczy zgodził się na samolot, chociaż też nie jakoś tak od razu, o nie, musiał najpierw znaleźć jakąś inną koparkę, uparł się, no dobrze, zgodziłam się, bo faktycznie w tej widoczności trzeba mieć jakieś punkty zaczepienia. Niech będzie.

Wskoczyliśmy do wody, zanurzyliśmy się i popłynęliśmy do bunkra strzałowego. Stoi sobie na nim piękna figurka chłopczyka, ale nadal to nie jest samolot!… No nawet niepodobny. Przy figurce ząb na ząb mi już nie trafiał, najwyraźniej nie było mi dane obejrzeć tego samolotu, wylazłam z wody na zawsze i na stałe, przemarznięta do szpiku kości (a podobno woda miała 2 stopnie więcej ;p) i nawet bardzo narzekać nie mogłam, bo szczękę miałam całkiem zesztywniałą. Dlaczego, na bogów rzeczy utykających w piankach, nie wzięłam docieplenia?!?… Przecież mogłam! Przypomniałam sobie o nim już po założeniu i dopięciu butli i balastu, i nie miałam już siły tego z siebie zdejmować, to jedyne wytłumaczenie, kompletnie zresztą beznadziejne. Wilczy na pocieszenie zaczął mi tłumaczyć, że ten samolot to wcale nie jest ciekawy, nudny jest w ogóle i żadna tam atrakcja, no i ja już nie wiem – może on specjalnie chował ten samolot przede mną? Może tam jest jakiś kompromitujący napis albo co?…

Potem był grill, co przyjęłam z radością i bez zbędnego ociągania się wsunęłam kiełbaskę, potem się pointegrowałam nieco, a potem Wilczy poszedł jeszcze raz zanurkować. Ja odmówiłam współpracy, w tę temperaturę nie wlezę, o nie.

No i co? I co?!? I popłynęli do samolotu!!!…

A na powierzchni zrobiło się ciemno, przyszła wielka chmura i lunęło, po czym padało tak prawie przez godzinę, tworząc kałuże, rzeki i akweny wręcz. Tym tam pod wodą to kompletnie nie przeszkadzało, tych na powierzchni stłoczyło pod wiatami i ewidentnie sprzyjało integracji. Szczególnie przy kawałku suszonej wołowiny, którą częstował Jacek (pyyycha! Wołowina, nie Jacek ;).

Wreszcie powyłazili. Podczas demontowania sprzętu co i rusz padały pytania: a czyje to? A czyj to worek na suchacza? A czyje to buty? A czyj to kaptur?… Chyba na swoich to normalnie stokrotki powyszywam, żeby się nie myliły… Podpisywanie nie zawsze daje radę, podpisy po jakimś czasie się zmywają.

Jeszcze pamiątkowe wspólne zdjęcie, jeszcze zdjęcie w niebieskich bluzach klubowych. Od koloru bluz Nurkersi zostali przezwani na Smerfów i chyba im tak zostanie 😉 Jeszcze uściski i obietnice zdjęciowo-filmowe i w końcu oni pojechali, a my… pierwsi przyjechaliśmy, to wyjeżdżamy ostatni! 🙂

Ten nicpoń potem pokazał mi film z samolotu. Miotali się przy nim wszyscy, ja też chcę!… Ja też!… Wygląda na to, że będzie musiał mnie tam zawieźć jeszcze raz 😉

Podziękowania dla Nurkersów i Batysfery za wypożyczenie sprzętu 😉 A co do płetw Maresa to chyba muszę jeszcze raz je przetestować w bardziej sprzyjającej temperaturze.

 

Wyszperane w Sieci:
Baza nurkowa Koparki
Nurkersi Centrum Nurkowe
Centrum Nurkowe Batysfera

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply