Piran – perła Adriatyku, bliżej niż Chorwacja

grudzień 2016 r

Gdzieś, kiedyś przeczytałam o Piranie, że dobrze tam karmią. Utkwiło to głęboko w mojej świadomości i jak zastanawiałam się, jak miło i smacznie spędzić kilka dni, Piran nasunął się niejako sam. Z Łodzi to raptem 1100 km (niby nic, a w sumie zrobiliśmy ponad 2600 km), a wizja przywiezienia włoskich serów, suszonej szynki i słoweńskiego wina była bardzo kusząca. Nie było wyjścia, zapakowaliśmy się w auto i pomknęliśmy na południe 🙂

Piran to miasteczko położone na półwyspie
Piran, niby słoweński, a trochę włoski 🙂

Piran

To słoweńskie miasto z bardzo długą historią, położone na cyplu wysuniętym w Morze Adriatyckie. Ruch samochodowy jest mocno ograniczony: do miasta wjeżdża się przez szlaban, pobierając bilet, który pozwala na pobyt w mieście przez jedną godzinę, co wystarcza na wyładowanie bagaży pod hotelem. Przed szlabanem mieszczą się płatne parkingi. Hotele zazwyczaj oferują zniżki na parkowanie dla swoich gości, a miasto zapewnia transport bezpłatnym autobusem między centrum a parkingami.

Ostatnie piętro parkingu wielopoziomowego
Parking z widokiem na morze? Czemu nie? 😉
Parking jest naprawdę duży 🙂
Żeby wejść na parking od strony autobusu, potrzebna jest karta parkingowa.
Bezpłatny autobus odjeżdża co 15 minut.

Piran został przyłączony do Jugosławii w 1954 roku, wcześniej (od I wojny światowej) był włoski (do Triestu jest stąd niecałe 40 km, warto pojechać na wycieczkę ;). Nie dziwi więc dwujęzyczność miasta i jego mieszkańców, napisy są po słoweńsku i włosku, sporo mieszkańców Piranu to Włosi. Na szczęście bez problemu można dogadać się także po angielsku i niemiecku, aczkolwiek czasami dla nas łatwiej jest mówić po polsku, a słuchać po słoweńsku 🙂

Dobrodošli, czyli nie: “Dobrze trafiliście”, tylko: “Witajcie” 🙂 Ale w sumie to to samo przecież 😉

Co można robić w Piranie, jak już się porzuci auto pod miastem, a rzeczy w hotelu? To oczywiste: spacerować od knajpy do knajpy, czyli to, co p&W lubią najbardziej! 🙂 Przed Wami subiektywny przewodnik po kilku knajpkach, ale żeby nie było, że pojechaliśmy tam tylko żreć… Będzie też strawa duchowa, bo okazuje się, że Piran to także kilka naprawdę interesujących muzeów (i piszę to ja, która muzea omija szerokim łukiem, bo nie ma tam nic do jedzenia ;p).

Foodporn po słoweńsku

Piran restauracjami stoi. I nie ma w tym żadnej przesady. Cały zachodni bulwar od portu na północ to same restauracje, w środku miasta co druga kamienica to restauracja, albo chociaż bar. Mimo tego, że w najlepsze trwały święta Bożego Narodzenia, dużo knajpek było pootwieranych. Restauracje w głębi miasta częściej były zamknięte lub miały kuchnię czynną tylko do 20.00, ale te na bulwarze dzielnie pełniły wachtę karmiąc głodnych turystów i mieszkańców okolicznych hoteli. Trzeba pamiętać, że Piran to była Jugosławia, a więc wpływy kuchni bałkańskiej są ogromne. Jeśli zachwycaliście się na wakacjach w Chorwacji ćevapčići albo pljeskavicą, to w Słowenii przeżyjecie powtórkę z rozrywki. Dołóżcie do tego absolutny kunszt w przygotowaniu ryb i owoców morza oraz wpływy włoskie i… z Piranu nie chce się wyjeżdżać 🙂

W bliźniaczych restauracjach Pavel i Pavel 2 jedliśmy klasykę, czyli mieszane mięso i rybną platę, do tego frytki i domače wino. Jedliśmy też tu ostrygi i zupę rybną, wszystko ok, chociaż szału nie było. Menu mają identyczne, karmią całkiem smacznie, kelnerzy mówią we wszystkich językach i jak na restauracje typowo turystyczne, śmiało można ich polecić. Można usiąść w budynku, można i w ogródku wygrzewać się w promieniach słońca 🙂

Restauracja Pavel mimo świąt pełna ludzi.

Na najlepszą zupę rybną z owocami morza na świecie, absolutnie obłędną w smaku i do tego najsmaczniejsze pod słońcem nadziewane baby-kalmarki poszliśmy do restauracji Pri Mari. To był całkiem świadomy wybór, wyszukany w TripAdvisorze i jednocześnie strzał w dziesiątkę. Bardzo żałuję, że zostawiliśmy sobie tę restaurację na koniec, bo wielu dań jeszcze chciałabym tam spróbować. Znaczy: trzeba będzie wrócić 🙂

Restauracja Pri Mari, strzał w kulinarną dziesiątkę
Najlepsza zupa rybna z owocami morza na świecie. NAJ – LEP – SZA!
Obłędnie pyszne baby-kalmary nadziewane prszutem i serem. Rewelacja! 🙂

Kiedy już wydamy wszystkie pieniądze na wino, sery i zupy rybne, czas poszukać tańszego odpowiednika restauracji, czyli fast foodu. Tak, dobrze widzicie: fast food po słoweńsku nie ma nic wspólnego z tym, do czego przywykliśmy w Polsce. Tuż obok naszego apartamentu mieliśmy taki bar, dań oferował z 10, w tym pieczonego kurczaka. Wilczy zamówił ćevapčići, ja pljeskavicę w lepinji. Pan wszystko przygotował na naszych oczach, dodając do mięsa warzywa, buły i nieodłączny ajvar. Było pysznie i tanio, jak na fast food przystało, a porcje – ogromne! 🙂

Pljeskavica w lepinji
Ćevapčići, sztuk 10 🙂

Widzieliśmy w Piranie jeszcze kilka knajpek, których nie zdążyliśmy odwiedzić, a wyglądały kusząco. Natomiast najlepszą w życiu gorgonzolę, odpowiednio pikantną i rozpływającą się w ustach, jedliśmy zupełnym przypadkiem, na prywatnej uczcie świętujących Święto Niepodległości (25. grudnia) Słoweńców, na ulicy, w drzwiach sklepiku z pamiątkami… Przy okazji zakupów (z muszli mają wszystko, nawet gitarę!) zostaliśmy zaproszeni na kubeczek własnego wina i “czym chata bogata”. Bardzo miła niespodzianka 😀

Coś dla ducha, czyli muzea

Jak już się najemy, to przychodzi czas na strawę dla ducha. Piran co prawda jest niewielki, ale dużo oferuje 🙂 Przekonaliśmy się o tym już w momencie meldowania się w Villa Piranesi. Nasz apartament leżał dokładnie nad akwarium morskim. Nie mogliśmy nie skorzystać! Bilet do akwarium (5 EUR, aquariumpiran.si) uprawnia do 1 EUR zniżki na bilet do Muzeum Morskiego (które notabene leży naprzeciwko). Poza wbudowanymi w ścianę niedużymi akwariami możemy przyglądać się rybom w basenach, w jednym z nich pływają małe rekinki, chyba spragnione kontaktu, bo co i rusz wystawiały noski nad wodę 😉 Poza tym pełno było kolorowych rybek i morskich potworów, łącznie z mureną i ośmiornicą. Ośmiornica nieco wstydliwa, ale murena nic sobie nie robiła z ciekawskich spojrzeń. Bardzo fajnie spędzony czas! 🙂

Akwarium morskie w budynku Villa Piranesi. Okno nad wejściem – to nasz salon 😉
Ciekawskie rekinki 🙂
Dużo ślicznych ślimaczków 🙂
Skorpena, w środowisku naturalnym nie jest łatwo ją wypatrzyć, bo jest bardzo podobna do podłoża. Jej kolce zawierają jad, może być niebezpieczna dla człowieka.

Prosto z akwarium pobiegliśmy do Muzeum Morskiego (bilet bez zniżki: 3,5 EUR, www.pomorskimuzej.si). Muzeum zajmuje dwa piętra narożnej kamienicy i jest trochę muzeum historycznym, bo ma wystawę dotyczącą urodzonego tu kompozytora i skrzypka, Giuseppe Tartiniego. Kolejna wystawa to archeologia podwodna, bardzo ładnie zaaranżowana. No i cała reszta, czyli cudne modele żaglowców, piękne drewniane meble, akcesoria żeglarskie, ubrania marynarzy i dokumenty. Bardzo ładne eksponaty, można było spędzić tu mnóstwo czasu.

Muzeum Morskie w Piranie
Wystawa o archeologii podwodnej
Model statku i piękne wnętrza muzeum
Tak kiedyś wyglądał świat 🙂
Chciałabym mieć takie krzesła…;)
Model zrobiony z ogromną dbałością o szczegóły

Następne w kolejce to Muzeum Nurkowania (4,5 EUR, www.muzejpodvodnihdejavnosti.si), niestety z zakazem fotografowania. Być może stąd ten zakaz, że muzeum nie miało zbyt wiele do zaoferowania – raptem kilka strojów nurkowych z lat 50., 60. i 70., kilka sztuk hełmów i bucików nurkowych, a cała reszta to zdjęcia. Naprawdę warszawskie Muzeum Nurkowania ma znacznie ciekawszą wystawę i znacznie więcej eksponatów, więc te 4,5 EUR wydaliśmy bez sensu. Nawet ładnego biletu nie dostaliśmy ;p

Ostatnim odwiedzonym muzeum było maleńkie Muzeum Muszelek, do którego wejście jest sprytnie ukryte w bramie kamienicy naprzeciwko akwarium, blisko Muzeum Morskiego i trzeba wiedzieć, jak tam trafić (3 EUR, www.svet-skoljk.si). Muzeum jest faktycznie maleńkie (i także z  zakazem fotografowania), ale całe zastawione wielopiętrowymi gablotami z muszelkami z całego świata. Mają tam chyba wszystkie muszle świata, w dodatku skatalogowane i poukładane według rejonów świata. Zafascynowani kolorami i kształtami, porzuciliśmy katalog i karmiliśmy zmysł wzroku. Dotykać nie można 😉 Muszle były we wszystkich kolorach tęczy, w arcyciekawych kształtach, niektóre bardzo błyszczące, niektóre mikroskopijne – do tych dołączony był właśnie mikroskop 😉 Było też kilka naprawdę potężnych muszli, na bardzo duże ślimaki. Zastanawialiśmy się, ile kilogramów mięsa wchodzi do takiej muszli… z drugiej strony, sama muszla musi nieźle ważyć. Na koniec pan pokazał nam krótki filmik o tym, jak ślimak poluje na rybę, film był z gatunku strasznych i czym prędzej muzeum opuściliśmy.

Muzeum muszelek jest tu na pięterku
Muzeum Muszelek

Generalnie wiele biletów jest łączonych lub daje zniżkę na wstęp do kolejnych muzeów. To akurat całkiem niezły patent 🙂

Ale nie tylko muzeami Piran stoi. Jako całkiem niezła atrakcja dla spacerowiczów jawią się mury miejskie. Jest to wycieczka pod górę, a na murach jeszcze trzeba się wspiąć na baszty, ale za to w nagrodę dostaje się przepiękny widok na okolicę. Te najładniejsze zdjęcia Piranu to właśnie stamtąd…;)

Widok z murów miejskich na główki portu
Mury miejskie
Mury miejskie
Piran z murów miejskich
Port
Wąskie uliczki
Widok na port i Tartinijev trg, czyli plac Tartiniego
Falochron też może być dziełem sztuki

A co robić, jak nam się Piran opatrzy?

Nie wierzę w to co prawda, ale jest kilka atrakcji w okolicy, które warto obejrzeć.

Można pojechać do Triestu (niecałe 40 km) na włoską kawę , ciastko  i pizzę 🙂 Zobacz zdjęcia.

Można zwiedzić Jaskinię Postojną i Zamek Predjama (niecałe 80 km). Już niebawem o nich napiszemy!

Można też zwiedzić Ljubljanę, stolicę Słowenii (120 km). Zobacz zdjęcia.

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply