City break, Podróże

Praga, Czechy

Pragę postanowiliśmy zwiedzić niejako przy okazji pobytu na Śląsku, bo przecież to już rzut beretem. Potem okazało się, że to jeszcze 400 km ;p No ale są autostrady, nie panikujmy!… Potem okazało się, że są, ale chyba poniemieckie – układane z płyt betonowych, autem trzęsło tak, że zastanawiałam się, czy już zgubiłam wszystkie śrubki… Prognozy pogody tydzień przed wyjazdem były optymistyczne i zapowiadano +3 do +5 stopni. Potem okazało się, że było -12… 😉 Planowaliśmy czeskie piwo, potem okazało się, że pierwszego dnia ja byłam umierająca i ciężko chora, a drugiego dnia Wilczego rozłożyło. No chyba musimy do tej Pragi pojechać jeszcze raz!…:D

IMG_3572
Ulica Nerudova, podejście do zamku

24 godziny w Pradze

Szukając hotelu zgubiliśmy się tylko raz, a nie mieliśmy dokładnej mapy. Korzystaliśmy – jak zwykle – z GPS i map offline, co generalnie działa zupełnie nieźle 🙂 Hotel Inturprag jest położony w Pradze 9, czyli niezbyt blisko centrum miasta, za to niedaleko stacji żółtej linii metra, dzięki czemu dotarcie do centrum nie było problematyczne. Dostaliśmy ogromny pokój z ciasnym wejściem. Oddzielna toaleta miała zamocowaną pod sufitem rurę odpływową z wyższego piętra. Rura wisiała i straszyła, szczególnie odgłosami 😉 W pokoju na szczęście było cieplutko, bo temperatura na zewnątrz straszyła i nie zachęcała do zwiedzania. Mimo to jednak poszliśmy w miasto.

24-godzinny bilet na metro i resztę komunikacji miejskiej kosztuje 110 czeskich koron, bilet 30-minutowy – 24 korony. Można je kupić w automatach na stacjach metra albo u pani w kiosku. A bramek nie ma – są słupki z kasownikami. Taki widocznie porządny i ufny naród…;)

Zegar Orloj na Ratuszu
Zegar Orloj na Ratuszu

Zwiedzanie zaczęliśmy od Starego Miasta, ale ponieważ przygotowani byliśmy na +3 a było -12°C, nasze zainteresowanie głównie przyciągały wszelkiego rodzaju knajpki. Wędrowawszy zatem wąskimi uliczkami, podziwiając piękne praskie kamienice (to Wilczy), wyłapując potykacze i szyldy restauracji (to ja) przeszliśmy przez Stare Miasto, zahaczyliśmy o Most Karola, przebiliśmy się przez ciżbę na Starometskim namesti i wyszliśmy poza najbardziej uczęszczane szlaki. I tak trafiliśmy do maleńkiej knajpki, która bardziej wyglądała na kawiarnię, ale serwowała hovezi gulasz oraz grzane wino (i nie wiem, z czego ucieszyłam się bardziej ;). Mięso co prawda nie rozpadało się z ustach, a nawet składało się z licznej rodziny żył i przerostów, a grzane wino szybko stygło, ale i tak zrobiło nam się lepiej i mogliśmy iść dalej, tym razem już bardziej świadomie (to ja ;).

Widok na miasto spod zamku
Widok na miasto spod zamku

Jednym z punktów dla mnie obowiązkowych była galeria Jana Saudka na Celetnej 9, o której wyczytałam w przewodniku. Niestety, jak się okazało, galeria już nie istnieje i nikt nic o niej nie wie 🙁 Ulicę Celetną przeszliśmy w obie strony bardzo uważnie, numer 9 wręcz obmacaliśmy, obwąchaliśmy i zajrzeliśmy we wszystkie stojące otworem drzwi, a także – ponieważ to była kamienica narożna – obeszliśmy ją z pozostałych możliwych stron. Potem – co było do przewidzenia – zmarznięci weszliśmy do jakiejś przytulnej knajpki, zaordynowaliśmy grzane wino i zaczęliśmy podpytywać kelnerki. Bez skutku.

Następnego dnia spróbowaliśmy dowiedzieć się czegoś w Informacji Turystycznej. Pan za ladą wspomógł się nawet internetem (niepotrzebnie, ja go już przeszukałam samodzielnie) i rozłożył ręce. Nikt nic wie o galerii Saudka, jednego z najbardziej znanych czeskich fotografów. Galeria nie istnieje. No wiecie co?!?…

Hotelowe śniadanie nie było może mistrzostwem świata, brakowało mi głównie świeżych warzyw (w grudniu, no już bez przesady!…;p), ale zadanie swoje spełniło i z pełnymi brzuszkami wymeldowaliśmy się z hotelu. Miła pani w recepcji pozwoliła nam zostawić auto na parkingu hotelowym, wyjazd z miasta zaplanowaliśmy na około 17.00 i powędrowaliśmy znowu w miasto.

Tym razem celem był zamek, do którego wspinaliśmy się ulicą Nerudovą, oglądając lepy na turystów. Oczywiście najwięcej było magnesów, nawet znaleźliśmy całą bramę wylepioną magnesami po wszystkich ścianach (to na Starym Mieście), szaleństwo! Ale nie brakowało też ceramiki, szkła i produktów użyteczności kuchennej. No dobra – mieli przepiękne emaliowane gary w kotki!…;)))

Tymczasem dotarliśmy pod zamek, trafiliśmy na jakieś atrakcje zmiany warty, dzikie tłumy i kolejki. Na przykład monstrualna kolejka do Katedry św. Wita – wiła się wzdłuż katedry i kończyła się gdzieś pod Wrocławiem. Doszliśmy do wniosku, że aż tyle czasu to my nie mamy i może przyjedziemy tu kiedyś na miesiąc, rozłożymy obóz pod katedrą i uda nam się ją gdzieś pod koniec pobytu zobaczyć w środku.

Wejście główne do katedry
Drzwi boczne do katedry

Poszliśmy dalej, w stronę Złotej Uliczki, no tam nie powinno być aż takich kolejek – chyba. W każdym razie łatwiej będzie wejść.

Tiaaaa. No tośmy się zdziwili. Dawno mnie w Pradze nie było, ale Złota Uliczka kiedyś była uliczką. Teraz na wejściu do niej stoi kołowrót, za nim pan w mundurku i nie ma opcji wejścia bez biletu. No dobrze, skierowaliśmy się do najbliższego sklepu z pamiątkami, sprzedającego także bilety. Przed wejściem wielka tablica informacyjna o rodzajach biletów, cenach i na co są właściwie ważne. Czytamy, czytamy i coraz mniej rozumiemy. Okazało się, że nie ma osobnych biletów na samą Złotą Uliczkę. NIE MA i już. Można kupić jeden z dwóch monstrualnie drogich biletów na tysiąc atrakcji, w tym między innymi na Złotą Uliczkę, ale nie inaczej. No i teraz to już się zdenerwowałam.

Mogli zarobić na nas niezbyt może dużo, ale takich chętnych tylko na Złotą Uliczkę – sądząc z rozwoju wypadków przed tablicą informacyjną o biletach – było sporo. Wszyscy odchodzili z kwitkiem, bo albo nie mieli czasu na zwiedzanie reszty zamku albo nie chcieli. Interesowała ich tylko uliczka. Tymczasem zarządcy zamku uznali widocznie, że więcej zarobią sprzedając bilet łączony. No niestety, w tym przypadku to nie zadziałało. Złotą Uliczkę obejrzeliśmy sobie na zdjęciu i powędrowaliśmy w dół. Nie, to nie.

Dalej był słynny i obowiązkowy Most Karola (tłuuuumy!), no i restauracja Kamienny Most (pod mostem 😉 z zupą w chlebie i smażonym serem. Tutaj Wilczy miał okazję zrealizować swój kupon na piwo 🙂

Kupon na piwo zrealizowany :)
Kupon na piwo zrealizowany 🙂

Na koniec praskiego spaceru przeszliśmy się po placach ze straganami. W Pradze właśnie trwał Jarmark Bożonarodzeniowy, co skutkowało tym, że wszędzie, na każdym placu Starego Miasta (i nie tylko :), stały jakieś stragany. A to z pamiątkami, a to z jedzeniem, a to z alkoholem, a to z dekoracjami i rękodziełem. Były przepiękne grube skarpeto-kapcie (co przy panującej temperaturze bardzo dobrze się kojarzyło ;), były miody i nalewki na nich (kojarzyły się jeszcze lepiej ;), były zegary z praskiego ratusza oraz słodkie trdelniki czy słone langosze. Nic, tylko kupować 🙂

Stragany Jarmarku Bożonarodzeniowego
Stragany Jarmarku Bożonarodzeniowego
Tak się robi trdelniki :)
Tak się robi trdelniki 🙂

Nam jednak skończył się już czas i pieniądze, więc przejechaliśmy się ostatni raz metrem i pożegnaliśmy się z Pragą. Wyjechać z miasta było łatwo 🙂 A autostrada do Polski już nie chciała pozbawić śrubek mojego auta. Jechało się całkiem przyjemnie, na ostatniej stacji benzynowej przed polską granicą wydaliśmy resztę koron na czeskie piwo (nawet nam 5 koron zabrakło i pan machnął na to ręką…;), za to po wjechaniu do Polski natychmiast zmienił się stan dróg. Zupełnie jakby w Czechach panował inny klimat. Tam był asfalt, w Polsce w tym samym czasie było lodowisko. I z przyjemnej jazdy do domu zrobił się taniec na lodzie…

No ale – pierwsze koty za płoty. Po cichu gdzieś tam w kąciku kombinujemy, jak wrócić do Pragi niekoniecznie autem i niekoniecznie zimą, za to tak, aby jednak zobaczyć tę katedrę… 🙂

 

Wyszperane w Sieci:
Hotel Inturprag
Transport publiczny w Pradze

(grudzień 2014 r.)

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *