Rejsy, Wyprawy

Rejs po wyspach greckich, maj 2012 r., cz. 6

Rejs po wyspach greckich w odcinkach:
Część 1 – Warszawa-Lavrion
Część 2 – Lavrion-Kithnos-Siros
Część 3 – Siros-Mykonos-Delos-Naxos
Część 4 – Naxos-Amorgos-Santorini-Ios
Część 5 – Ios-Milos-Serifos
Część 6 – Serifos-Kithnos-Kea-Lavrion-Warszawa

Czwartek, Livadhion, Serifos – postój w Lutra, Kithnos – Korissia, Kea
Czyli na koniec jelenie na rykowisku 🙂

Odejście jest o 0630 – godzinie, która nie ma prawa istnieć, szczególnie po imprezie. Wstałam koło 0900 😉
Na deku: Serwan i Wilczy.
Zrobiłam im herbatę, sobie śniadanie (oni nie chcieli, dziwni jacyś).

Potem wstała jOrka i ulokowała się na deku. Ruda stwierdziła:
– O, ja to chyba dzisiaj nie powinnam ruszać się z łóżka…

Posprzątałam, ogarnęłam, poszłam się spisać.
– O, rachmistrz przyszedł – skomentował Wilczy, w gustownych szeleczkach przypięty do pokładu.
Spisuję kurs, pozycję…
– O, przez chwilę wiało nam osiem – mówi Serwan.
– Stan morza?
– Grube trzy!

Buja jak diabli. Kubki, talerze i sztućce szaleją.
– Zrobić wam herbaty?
– A dasz radę?
– No nic zaufania, nic…

Wracając do wiatru. Przeglądam logbooka. Coś mi się rzuca w oczy…
– Taaaa… Pierwszego dnia wiała nam jedynka. Dziś jest przedostatni dzień rejsu. Czyli pod koniec rejsu – ósemka. Jakby ten rejs potrwał jeszcze tydzień, to skala Beauforta by nam się skończyła… Kogo żeśmy zabrali na ten rejs?!?… IMG_0805 W południe przycumowaliśmy w Lutrze, bo rozwiało się bardziej. Prognozy mówią, że po południu wiatr ma zelżeć, więc czekamy.

W Port Office można wziąć prysznic za 3 euro od osoby, więc korzystamy wszyscy z przyjemnością i świat od razu robi się piękniejszy 😉

Część załogi poszła do znajomej już knajpy, a ja, Wilczy i Ruda zostaliśmy na łódce i zrobiliśmy na obiad to, co było przewidziane, czyli ziemniaki, kiełbasa i tzatziki 🙂

Państwo wrócili. Przygotowujemy się do wypłynięcia, wiatr trochę zelżał.
Waluś wyjmuje wino. Ruda groźnym wzrokiem patrzy i każe je schować.
Na pokładzie siedzi Agnieszka ze słuchawkami na uszach i śpiewa: – Zabij mnie, nim ona to zrobi…
Ruda wychodzi na pokład z nożami w rękach…
– Przyszłam zrobić to, o co prosisz…

Odpływamy, Wilczy za sterem. Na pokładzie – koncert.
– Można kupić bilet na miejsce, w którym tego nie słychać?… – pyta ze zbolałą miną Wilczy.
– Już wykupione – odpowiada ze zjadliwym uśmiechem Agnieszka.

Wychodzę na pokład z logbookiem.
– Psyche, uśmiechnij się, ja też czasem cierpię – pociesza mnie Serwan.

Załoga siedzi na deku w szelkach. Ja masuję sobie spuchnięty nadgarstek, znowu go sobie naruszyłam, rano łazienka usiłowała mnie zabić, a teraz ręka boli. Na pokładzie istne pandemonium: jOrka i Agnieszka śpiewają jedną piosenkę, Waluś drugą. Teraz ustabilizował się przy “Stokrotce”.
Wynurzam się z zejściówki…
– I psyche tu wychodzi, i myśli, to jest gie… – kończy Waluś.
– Psyche wyszła i wszyscy ucichli.
– Ma się ten respekt…

Ruda wychodzi na pokład: – Generalnie próbuję złapać pawia… – zwierza się i rozgląda się wokół.
– U nas się puszcza… – komentuje Wilczy.
– Nie, bo znalazł się właściciel tego pawia… – mówi Ruda. I podobno chodziło o książkę 😉

Trochę popadało, trochę zimno, ciągle wieje, chociaż już słabiej, za to pojawiła się piękna tęcza, a zaraz po niej druga. No i jeleniowaty zachód słońca, że szok!

Z dziennika pokładowego:
Tęcza! 🙂 A nawet dwie.
2030 Zapalono światła nawigacyjne. Wilczy kazał zapisać.
2100 Ruda podała melona.
2210 Stoimy w Korissia/Kea.
Kea
Cyklady Północne. Dobre miejsce na ostatni przystanek przed końcem rejsu, bo blisko stąd do Lavrionu. Główny port – Korissia na północno-zachodnim wybrzeżu.

W basenie portowym sporo jachtów na kotwicach. Nam udało się stanąć do nabrzeża. No i ruszyliśmy w miasto 🙂

Gyros pita kotopoulo w miejscowej knajpce, potem spacer między domkami po schodkach i ojej, jak tu pięknie. Na koniec wylądowaliśmy na cmentarzu na wzgórzu, oczywiście z widokiem na morze. Nieźle traktują tu swoich zmarłych…;)

Wieczorem w łódce Waluś szwenda się w tę i z powrotem i narzeka:
– Dlaczego te progi są tutaj tak wysoko?
– Żeby woda się nie przedostawała dalej. A tak naprawdę, żeby sobie można było wybijać zęby. Producenci jachtów mają zmowę z dentystami. IMG_0858

Piątek, Korissia, Kea – Lavrion
Czyli ostatni dzień na morzu

Pobudka na spokojnie, przed 1000.
Po śniadanku poszłam do bakery po słodkie i lepkie – czyli ewidentny brak cukru w organizmie 😉

Serwan odpalił silnik, a mnie się przypomniała przyuważona wczoraj ośmiornica. Poczułam, że jak stąd teraz odpłyniemy, to stracę jedyną okazję… i wynegocjowałam z Serwanem jeszcze 3 minuty na postój, a Agnieszka poleciała ze mną 🙂
Nabyłyśmy różowe, pluszowe ośmiornice (i tak członkiem mojej rodziny stała się niejaka Zuzanna Octopus) i biegiem na łódkę. No przecież i tak nie odpłyną bez nas, ale niech będzie, że się staramy 🙂
Wbiegamy po trapie, a Serwan mówi:
– To psyche za karę robi odejście.

No dobra. Plaża, więc nie powinnam za bardzo narozrabiać. Rudą umieściłam na cumie (była pod ręką, Ruda, nie cuma), Wilczy stał obok i mnie pilnował, Serwan polazł do kotwicy i udawał, że mnie nie słyszy, więc wysiliłam płuca, wyszliśmy bez żadnego problemu, ufff. Szkoda, że wcześniej nie było okazji potrenować 🙂

Z kapowniczka:
1056 Ruda robi striptease na pokładzie.

Na obiad stanęliśmy w zatoczce.
Wilczy poszedł się kąpać, a ja tkwiłam w środku przy kuchence i robiłam obiad.
Poszła reszta kiełbasy w sosie pomidorowym, brokuły w sosie serowym, ryż.
Zjadamy resztki.
Herbata się skończyła…;)

Po obiedzie siedzę w mesie, słońce pada mi na twarz.
– Coś mi tu świeci – stwierdzam, krzywiąc się.
– Dobra, już sobie idę – odpowiada Waluś. Gwiazdeczka jedna…

Z dziennika pokładowego:
Obiad w zatoczce. Nie przejedli 🙂

IMG_2645 Do Lavrionu był już rzut beretem, więc dość szybko weszliśmy do basenu portowego, gdzie przejął nas ponton Navigare Yachting, czyli właściciela łódki.
Na pokład wsiadł pan z obsługi, mnie tuż przedtem Serwan wywlókł na dziób do kotwicy, więc już tam zostałam. Dzięki polarkowi od Rudej nie zamarzłam całkiem, bo wiało jednak co nieco…
Gość o aparycji Georga Clooneya stanął za sterem. Reszta osób na pokładzie stała obok i z szacunkiem patrzyła na mistrza.
George pokazał mi trzy gesty na trzy różne akcje dla kotwicy: dół, stop, góra, dogadał się ze mną, że rozumiem i zaczął podejście.
Tymczasem ja starałam się patrzeć jednym okiem na niego, a drugim na łańcuch, żeby wiedzieć, ile metrów poszło. Akurat w tym przypadku było to pięknie opisane na klapie od pilota od kotwicy – duże, kolorowe oznaczenia z ilością metrów. Bardzo pozytywnie 🙂
Łańcucha poszło niemal 50 metrów.
George zatrzymał łódkę, cumy zostały rzucone.
George przyszedł do mnie, sprawdził napięcie, kazał trochę podebrać, uśmiechnął się i podziękował, po czym sobie poszedł.
Wracam do kokpitu…
– W rezultacie miałaś najważniejsze zadanie podczas cumowania – powitała mnie załoga.
– Bo wszyscy inni to stali i się gapili tylko…
– Uśmiechnął się do mnie – pochwaliłam się, budząc zazdrość u dziewczyn.

Potem zaczęliśmy sprzątać łódkę, bo trzeba ją było zdać. Uporządkowaliśmy, co się dało, kapoki i szelki poukładaliśmy równo i ładnie, żeby nie tracić czasu na szukanie.

Przyszła osobna pani od kuchni, pozaglądała tylko, czy są talerze, nawet ich nie liczyła, zapisała w kajeciku, że są i poszła.

Osobna pani od reszty.

W sumie to tylko zdawanie ogólne łódki trwało nieco więcej, ale też jakoś się nie przejmowali nami – jak zobaczyli te poukładane kapoczki, to stwierdzili, że jesteśmy super i zdaliśmy na 5+ 🙂

Wieczorem, jak zwykle – zakupy (bo do domu trzeba przywieźć trochę przysmaków), knajpa, wino i sery na deku, pakowanie… I oczywiście małe dramaty w stylu: o matko, jeszcze o tym zapomniałam, jak ja to wepchnę do plecaka?!?…

Waluś odnalazł w plecaku zapomniane Kopalnioki i wszystkich częstował, upychając zamiast nich fetę. Każdy pchał do bagażu kolejne zakupy, słodycze do pracy, prezenty dla rodziny.
– Może jeszcze coś się kupi na lotnisku – pocieszaliśmy się, patrząc na maksymalnie wypchane plecaki i worki żeglarskie.

Jeszcze ostatnie łyki tego, co zostało na łódce…

Sobota, Lavrion (Ateny) – Warszawa
Czyli czas do domu

Śniadanie w sobotę wyglądało tak, że wyżeraliśmy absolutnie ostatnie resztki z lodówki. To, co mimo wszystko zostało, dziewczyny wyłożyły miejscowym pieskom, które jednakowoż majtnęły ogonami i nie wyraziły większego zainteresowania.
– Zgłodnieją, to zjedzą – stwierdziła jOrka i też zignorowała sprawę. stado Agnieszka co i rusz biegała ze śmieciami, my dopychaliśmy plecaki, jeszcze ostatnie zdjęcie na łódce.

Drepczemy do autobusu.
Przyjechał wcześniej niż powinien.
Szybka przesiadka na drugi w Marcopulo i już jesteśmy w Atenach.
Bagaży mamy mnóstwo, przydałby się wózek.

Przyprowadzili… platformę!… Rzuciliśmy wszystkie bagaże na nią, na wierzchu usiadłam ja i była jazda bez trzymanki przez parkingi lotniskowe… aż do drzwi do terminala. Tam dopadł nas jakiś gość z obsługi i zrobił raban, że nie wolno.
– Ale jak nie wolno, przecież stała sobie, bidulka, nikt jej nie chciał, akurat się idealnie przydała, nie?…
– Ale nie wolno i już!
No i skończyło się rumowakowanie. Gość zabrał platformę, a tak fajnie się jechało…

Walusiowi się spodobało, więc usadowił się na zwykłym wózku do przewozu bagaży, jOrka robiła za siłę pchającą.

Odprawiliśmy się, bagaże oczywiście musieliśmy odwieźć do bramki numer 77 i już mogliśmy iść do kontroli. Przeszliśmy przez nią po obrzydliwie dokładnej kontroli sprzętu fotograficznego, którego w Warszawie nie wyjmowałam w ogóle z plecaka, a tutaj musiałam włączyć i pokazać, że obiektyw się odkręca i jest naprawdę obiektywem. Hm… Pakowanie sprzętu z powrotem zajęło mi ładnych kilka minut…

Mastiha Shop na lotnisku w Atenach jest w szczątkowej formie. No jest, ale malutki i prawie nic w nim nie ma. Oczywiście spędziliśmy w nim trochę czasu, ale byliśmy niepocieszeni.

W samolocie padliśmy na swoje miejsca. Wilczy siedział po przeciwnej stronie przejścia, bo samolot podstawili większy niż miał być na początku i miejsc się zrobiło więcej. Ruda za nami siedziała sama na trzech miejscach. Nie, nie siedziała: leżała!…

Po wylądowaniu w Warszawie żegna nas kapitan samolotu. Jesteśmy w koszulkach rejsowych, widać łódeczkę. Kapitan nas zaczepia:
– Żeglarze?
– Tak!
– A gdzie pływaliście? A ile czasu? A na jakiej łódce?…
No i się zaczynają morskie opowieści w przedsionku samolotu. Wymiana spostrzeżeń na temat różnych łódek, informacji o miejscach, gdzie warto trenować, odnajdywanie wspólnych znajomych z kursów SRC… No fajnie mieć takiego kapitana – żeglarza! 🙂

Epilog

I wiecie co? Słowa “Już nie wrócę na morze” nigdy nie są aktualne… A nawet Waluś, jakiś czas po rejsie, przyznał się publicznie: “Nigdy bym nie przypuszczał… chcę na morze!” 😀

Zbierałam się do pisania tej relacji okrutnie długo, to fakt. Niedługo minie pół roku od rejsu. Ale może właśnie dlatego naprawdę fajnie było przeżyć to wszystko jeszcze raz, nie czując już bólu w nodze po upadku na Delos, nie mając spuchniętej ręki po dyskusjach z drzwiami od łazienki i tak dalej…;)

Ruda z jOrką coś wspominały o porejsówce, więc… może będzie warto o tym pomyśleć 😀

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply