Podróże, Rower

Rowerowa Lubelszczyzna

(sierpień 2013 r.)

Bo plany trzeba realizować

Już od dawna chodziła po mnie wycieczka rowerowa po Lubelszczyźnie. Z racji sprzyjających okoliczności podjęłam decyzję w mgnienia oku i zakomunikowałam ją Wilczemu. Zgodził się, biedak, nie przewidując, że wycisnę z niego ostatnie poty…
Ja zresztą też nie przewidziałam, że Lubelszczyzna to utajone wzgórza, przyczajone pagórki i generalnie będzie NAPRAWDĘ POD GÓRKĘ. Co prawda mapa coś delikatnie sugerowała, ale starałam się bardzo ignorować sygnały, bo przecież gdybym wzięła je pod uwagę, w życiu bym nie ruszyła w drogę.

IMG_1140

Atrakcje zaczęły się już na dworcu, bo jak wiadomo, z kolejami polskimi nic nie wiadomo. Dlatego pociąg, który miał przyjechać opóźniony na nie swój peron, przyjechał o czasie na swój peron, megafon trzeszczał coś niezrozumiale, a my byliśmy zajęci śliweczkami, więc pociąg nam uciekł podstępnie i bestialsko. Szybki research zaowocował innym pociągiem, wzdłuż którego wędrowaliśmy długo do ostatniego wagonu, który nie dał się otworzyć i musieliśmy utknąć w przedostatnim. Potem zaczęliśmy się zastanawiać, czy ten pociąg aby na pewno w dobrą stronę jedzie… Szczególnie, kiedy dojechał niemal do Mińska Mazowieckiego, a miał jechać w dół… Ale udało się i już po półtorej godzinie wysiedliśmy w Dęblinie.
Znalazłam nas na mapie i rozpoczęłam nawigację wprost z rowerowego siodełka, niemal ze śpiewem na ustach. Było gorąco, ale na rowerze całkiem przyjemnie, słoneczko świeciło, łeb się pod kaskiem pocił, a przed nami kilometry po polskiej wsi wesołej, wsi radosnej, no z małymi wyjątkami na miasteczka. No to pojechali!
Wyjeżdżając z Dęblina trochę się zawahałam, kiedy mapa kazała skręcić z asfaltu w drogę polną, ale droga wyglądała nieźle, więc zaufałam mapie.

Bike route 1 662 902 – powered by Www.bikemap.net

 

Potem na drodze pojawiły się koleiny, a między nimi radośnie rosła sobie zielenina. Nieco przykurzona.
Potem droga z koleinami zamieniła się w pojedynczą koleinę, ale nadal szeroką, chociaż pedałowanie powodowało zahaczanie o większość rosnących zielonych badyli.
Potem droga zrobiła się ścieżką dla królików i musieliśmy ustąpić. W dodatku stało się to na hałdzie piachu. Dookoła ewidentny brak cywilizacji, tylko tory kolejowe biegną obok i sugerują, że przynajmniej jedziemy w dobrym kierunku. A właściwie jechaliśmy…
Wilczy przeciągnął rower na nasyp, zlokalizował pod nim strumyczek i kazał mi iść za nim. No więc poszłam, posłuszna jestem. Za nasypem znalazła się droga leśna, co prawda biegnąca nie całkiem we właściwą stronę, ale przynajmniej jakakolwiek…
Czas jakiś później odnaleźliśmy się na właściwej trasie, w okolicach terenów wojskowych i przedszkola. I było pod górkę, delikatnie, acz skutecznie. Ale co tam, nie takie górki żeśmy ze szwagrem po pijaku…
Następnie wjechaliśmy do Ryk i zarządziliśmy postój przy Tesco, żeby uzupełnić napoje. Takie Tesco to niegłupia rzecz, zawsze coś do picia się znajdzie. Dalej było znowu pod górkę, a na samym szczycie było rondo i potem – litościwie – z górki, chociaż krótko, bo trzeba było przebyć szosę warszawską. Potem pozastanawialiśmy się nad aktualnymi przepisami pozwalającymi lub nie jeździć rowerom pod prąd ulicami jednokierunkowymi, przeszliśmy grzecznie pod komendą Policji i wyjechaliśmy z miasta we właściwą stronę, znowu pedałując pod górkę.
Słońce wyciskało z nas siódme poty, Wilczy skopał przerzutkę, ja przeklęłam chwilę, w której wymyśliłam tę wycieczkę, ale chciał nie chciał – pedałować trzeba było. Wtedy życie zrobiło się na chwilę przyjemniejsze, albowiem wjazd do Oszczywilka był z górki i nawet nie jechał żaden pociąg, można było się rozpędzić i wiatr schłodził spocone karki…;)

Oszczywilk nas zafascynował, zatrzymaliśmy się przed zakrętem z kapliczką obstawioną znakami drogowymi, obszczekały nas psy, wystające zza bramy na “zimny łokieć”, obejrzeli nas gospodarze… ze wzajemnością… w końcu trzeba było ruszyć dalej. A dalej był Brusów, las i Jakubówka, znowu las…
Wilczy zarządził leżenie na trawie przy drodze. No dobrze, niech leży, oblezą go robale i inne paskudztwa, ale jak tam sobie chce (oblazł go wielki, biały pająk). Spożytkowałam czas na rozczesanie imponującej wielkości kołtuna, który mi się wyprodukował na karku. O dziwo, udało się, chociaż naprawdę miałam chwilę zwątpienia i myśli o nożycach się całkiem mocno krystalizowały…
Potem były krzyżówki, które coś mi powinny mówić, ale w rezultacie skręciłam w stronę cmentarza, bo przynajmniej wiem, gdzie on jest. A skróconej drogi na wieś nie znam. A pedałowania oboje mamy dość, więc lepiej nie ryzykować…;)
Rodzina powitała nas obiadem i prysznicem, moje sakwy obsrał ptak (na szczęście?), wreszcie zrobiło się nieco przyjemnie i tylko ta chęć na rzucenie się na cokolwiek płaskiego i nieruszanie się przez najbliższe godziny…
Ale nie – przecież nie byłabym sobą!… W ramach dalszych atrakcji pojechaliśmy na basen. Na miejscu okazało się, że wzięłam wszystko, łącznie z zapasowym czepkiem, ale w sakwie zostawiłam klapki. Wiozłam je przez pół świata, napędzając transport własnymi nogami, a teraz musiałam je zostawić?!?… No brawo!…
Niemniej jednak basen został sprawdzony i przetestowany, uzyskał pozytywną ocenę, można będzie jeszcze kiedyś skorzystać, czemu nie 🙂
Jako zwieńczenie uroczego dnia wystąpił grill z komarami. Nie, nie jedliśmy komarów z grilla, to raczej one jadły nas, a skubane upierdliwe były mocno. Jak one przestały nas jeść, to my poszliśmy spać, znużeni całym dniem. Ze świadomością, że taryfy ulgowej nie ma i trzeba będzie jutro wracać. Ale też z nadzieją, że będzie może jednak mniej pod górkę…
Było. Wybraliśmy się w okolicach południa zupełnie inną trasą początkową, aby nie nadkładać drogi i wyjechaliśmy na owych krzyżówkach, które miały mi coś powiedzieć, ale milczały jak zaklęte. W międzyczasie zgubiłam jeden odblask i niech mu ziemia lekką będzie, może ktoś go wykorzysta. Nie zatrzymałam się po niego tylko dlatego, że szkoda było mi tracić pięknej prędkości z górki…;p
Potem okazało się, że istotnie jest z górki. Na całe szczęście! Jechało się z przyjemnością, szybko i bez stresu, że pociąg ucieknie, albo co. Zatrzymaliśmy się na chwilę nad stawem w Rykach, gdzie usłyszeliśmy procesję albo inny wynalazek, więc ruszyliśmy czym prędzej, żeby nas nie zastawili, bo kto wie…;p
Kolejny przystanek to dworek rycki i oczywiście nieśmiertelne Tesco, a potem to już było z górki – znów 😉 Tym razem odpuściliśmy drogę przez chaszcze i pojechaliśmy jak ludzie asfaltem, dzięki czemu odkryliśmy kilka atrakcji.
Po pierwsze, w Dęblinie jest droga dla rowerów – co prawda dużo z niej nie skorzystaliśmy, ale jest! Brawo! 🙂
Po drugie odkryliśmy zabudowania fortu nr 2 – Mierzwiączka, części Twierdzy Dęblin, a przy okazji wywiązał się taki dialog:
– Widziałaś tego gościa, co łowił ryby?
Potakiwanie.
– Taki miał fajny kapelusz…
– Aha, miał.
– I się super odbijał w wodzie.
– Właśnie!
I kolejny raz się okazało, że zauważamy te same rzeczy. No naprawdę, moglibyśmy się czasem czymś różnić ;p
Na dworzec dotarliśmy już niczym nie niepokojeni, nabyliśmy bilety w kasie, zajęliśmy miejsca w przedziale rowerowym i zaczęliśmy umierać z gorąca.
Wieszaki na rowery w tym akurat składzie Kolei Mazowieckich było 5 sztuk. Skonstruowanych tak, aby demolować tylną przerzutkę, która się opierała o stelaż podtrzymujący tylne koło. Okna się nie otwierały inaczej, jak delikatnie uchylnie, klimatyzacji jeszcze nie wymyślono. Drzwi zamykały się niemal natychmiast po otwarciu z głośnym sygnałem dźwiękowym, który nawet głuchy by usłyszał…
Im bliżej Warszawy, tym rowerów w przedziale więcej, głównie poopieranych o siebie, bo nie dało rady inaczej. Im więcej rowerów, tym więcej ludzi, tym goręcej… ja się wcale nie dziwię, że żaden kontroler nie przyszedł sprawdzić biletów – pewnie swój wagon mieli klimatyzowany ;p
Opalona jestem w “Teraz Polska”, na górze – rękawki od koszulki, na dole – urocze falki od spodenek. Mięśnie kiedyś dojdą do siebie, temperatura spadnie i znów przyjdzie zima… A rower zarośnie kurzem 🙂

Wyszperane w sieci:
Twierdza Dęblin

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *