Poznaj swój kraj, Rower, Wyprawy

Rowerowy weekend majowy, wiosna 2010 r.

Dzień pierwszy – nie jestem z cukru

Stęskniona za rowerowaniem, takim porządnym, a jednocześnie zestresowana, czy dam radę, w sobotni ponury poranek wsiadłam na obciążony sakwami rower i popedałowałam na Dworzec Wschodni. Tam już czekał na mnie Yoshko z biletami na pociąg. Na dworcu, mimo święta, wszystko było czynne, dzięki czemu dopełniłam zapasy rewelacyjnymi bułami z jogurtem (a jest jeszcze wariacja z jagodami, genialne!…) i już pakowaliśmy się do pociągu z miejscami do przewzu rowerów.

PKP zadbała o rowerzystów we właściwy sobie sposób: miejsc do przewozu rowerów było 3, chętnych – dwa razy więcej. Pociąg typu tramwaj był o tyle przyzwoity, że przynajmniej tych rowerów nie trzeba było taszczyć do przedziału, wieszaki były od razu w bardzo szerokim przedsionku. Poustawialiśmy zatem sprzęt pod ścianami i patrząc za okno, na padający deszcz, pomknęliśmy do Dęblina.
Miasto lotników przywitało nas mokrym powietrzem i parkingiem dla rowerów. Wysypaliśmy się z pociągu i ruszyliśmy przed siebie, pełni zapału, sił i dobrych chęci. Pogoda postanowiła nam udaremnić tę radość, bo ni stąd ni zowąd zaczęło kropić. Potem przestało. Potem znów zaczęło. Potem znów przestało i tak w kółko, nie wiadomo było, ubierać się w kurtkę przeciwdeszczową, czy nie?… Czy aby na pewno nic mi w sakwach nie zmoknie?… A może by tak na kawę?…;)

IMG_2783
Jedna z bram Twierdzy Deblin

Najpierw pojechaliśmy obejrzeć Twierdzę Dęblin, jednak aura nie sprzyjała zwiedzaniu, zamknięte szlabany i tabliczki: “Teren wojskowy, wstęp wzbroniony” też nie. No dobra. No to pojechaliśmy w okolice szkoły lotniczej, potem wzdłuż lotniska, jakimiś opłotkami, drogą polną, z lewej – kolorowy płot z napisem: “WP”, z prawej – łąki, pola, zarośla, krzaczory. Nawet było widać jakieś samolociki, ale chyba kryły się przed deszczem, bo kto by w taką pogodę chciał się plątać po świecie!…
Ano my. Na asfalt wyjechaliśmy w Bobrownikach i skryliśmy się zaraz pod wiatą przystanku PKS. Padało. No dobrze, to bułka, łyk wody, kurtka i w drogę, żeby nie tracić czasu. Ruszyliśmy, kiedy wydawało się, że właśnie przestało padać, ale było to złudzenie – lunęło porządnie, kiedy tylko oddaliliśmy się od przystanku…;) Kurtka przeciwdeszczowa okazała się być przeciwdeszczowa rzeczywiście, poddupnik był o tyle sprytny, że chronił cokolwiek zad przed deszczem, ale całe nogi miałam mokre. Na szczęście buty nie przemakały…

Dojechaliśmy do Gołębia, gdzie mieliśmy zwiedzić prywatne Muzeum Nietypowych Rowerów. Oczywiście nie mogliśmy do niego trafić 😉 I co z tego, że podany był adres, skoro diabli wiedzą, w której części miejscowości jesteśmy, w którą stronę jest reszta tej miejscowości i gdzie są nazwy ulic, a do tego pada deszcz, a my właśnie dojechaliśmy do drogi wojewódzkiej, po której pędza w deszczu samochody i rozchlapują wodę w koleinach. Co prawda nam to już i tak było wszystko jedno, bo byliśmy mokrzy, no ale jednak!…;-p

W Muzeum Nietypowych Rowerów
W Muzeum Nietypowych Rowerów
W Muzeum Nietypowych Rowerów
W Muzeum Nietypowych Rowerów

Wybraliśmy drogę na południe, jak się potem okazało, słusznie – przy następnym zjeździe pojawiła się reklama muzeum i wreszcie trafiliśmy. Trudno było nie trafić, muzeum jest od razu po prawej stronie, zaraz za zjazdem do Gołębia 🙂 Na podwórku był tłum ludzi, z czego większość z własnymi rowerami, ewidentnie jakaś wycieczka. Dokleiliśmy się do niej, przycupnęliśmy pod daszkiem (ufff, przez chwilę można było poschnąć!…) i popatrzyliśmy na wynalazki, które kłębiły się pod ścianami budynku. Część z nich była prezentowana przez właściciela muzeum, na niektórych nawet jeździł, potem można było spróbować własnych sił 🙂 Przekonałam się do małego rowerku z wielkimi kołami dookoła, który służy do… przekręcania człowieka w kółko jak na karuzeli, tyle, że głową naprzód 😉 Wzbudziłam radość wszystkich zebranych, kiedy na hasło: “Proszę się trzymać!” odpowiedziałam nerwowo: “Nie trzymam się!… Nie trzymam się!…”, ale zaraz potem utrzymały mnie pasy bezpieczeństwa, więc alarm – choć zabawny i może dwuznaczny – podniosłam bezcelowo 🙂 Rowerów – wynalazków było mnóstwo. Riksze, bicykle, rowery z napędem na przednie koła, poziome, bez pedałów… Cała masa przedziwnych tworów, które – czasami to niewiarygodne – jeździły!…;) Za oglądanie tych cudów właściciel pobiera opłatę 5 zł.

Trochę podeschliśmy, w międzyczasie przestało padać. Skierowaliśmy się do jedynej w Gołębiu knajpy – naprzeciwko kościoła, rzecz jasna (takie rzeczy zawsze są w swoistej symbiozie), ale knajpę okupowała już spotkana w muzeum wycieczka. Herbaty na wynos państwo nie serwowali, rowerów postawić nie było za bardzo gdzie, wsiedliśmy więc na nie i popedałowaliśmy dalej. Opłotkami na Puławy.
Droga była zupełnie sympatyczna, wzdłuż torów kolejowych, w lesie. Co prawda dawał się we znaki dziurawy brak asfaltu (no, czasami asfalt był, czasami…), ale praktycznie zero ruchu samochodowego było bardzo przyjemne. No i nie padał deszcz…;)
Tak dojechaliśmy do Zakładów Azotowych w Puławach, potem opłotkami, pod rurami, pod trasami, pod torami kolejowymi dojechaliśmy wreszcie do miasta i skierowaliśmy się w stronę Pałacu Czartoryskich. Ale po drodze zahaczyliśmy o obiad. Najwyższy czas 🙂 Przygarnęła nas pizzeria w centrum Puław, zjedliśmy ciepłe żarcie, wypiliśmy po herbatce, odpoczęliśmy. Okazało się, że torba na kierownicę nie jest bynajmniej nieprzemakalna i wszystkie papiery, które w niej miałam (a także tabaka ;), mapy, wszystko jest mokre/wilgotne/okropne 🙂 Trudno, co zrobić, trzeba się teraz obchodzić z tą ligniną delikatnie. Na szczęście jedna z map miała foliowego kondomika, dzięki któremu zniosła podróż w strugach deszczu całkiem dzielnie i bezboleśnie. No to pojechaliśmy oglądać te zabytki 🙂


Najbardziej interesowała mnie Świątynia Sybilli, tam też podjechaliśmy, pogapiliśmy się na budyneczek, na łachę, na okolicę i ludzi, aż wreszcie przyszedł czas jechać dalej. Kawałek w dół ulicą, można się było ładnie rozpędzić, ale zaraz potem skręt w prawo i początek ścieżki rowerowej. Wreszcie zjechaliśmy na wał nad Wislę i spory kawałek drogi przejechaliśmy drogą ułożoną z kostki bauma – ale wyjątkowo równo i przyzwoicie 🙂 Dopiero za miastem zamiast kostki pojawiła się ścieżka wydeptana (wyjeżdżona?) w trawie i takie warunki panowały aż do Bohotnicy, gdzie zjechaliśmy na szosę. To był odcinek, który najbardziej mnie stresował. Wąska szosa, spory ruch samochodowy… Ale udało się bez problemu dojechać do Kazimierza Dolnego, niebawem zaczynał się bulwar. Ustaliliśmy, że zjeżdżamy na niego, żeby już dalej nie jechać szosą. No i tu nastąpił mały zonk…;)
Gdybym podjeżdżała pod ten krawężnik pod kątem prostym… Gdybym zsiadła z roweru i wprowadziła go na ten bulwar… Gdybym…;) Ale nie. Postanowiłam podjechać, bo tak prościej… No i glebnęłam z wdziękiem na podjeździe, aż ziemia zajęczała, a ja zaklęłam.
Jakiejś wielkiej sensacji chyba nie wzbudziłam, bo zaraz się podniosłam i sprawdziłam, czy wszystko działa. Wszystko we mnie, rzecz jasna. Lewa dłoń lekko zadrapana, kolana dotarły do ziemi najszybciej, więc też dostały za swoje, reszta w porządku. Prawe kolano okazało się być zdarte, co odkryłam, podwinąwszy spodnie rowerowe – na spodniach nie było widać jakichkolwiek zmian 🙂 Rower jednakowoż działał, ja także, więc wsiadłam na niego i popedałowałam dalej…;)

Dotarliśmy do przystani jachtowej, ulokowaliśmy się w zakątku, gdzie było żelastwo do przypięcia rowerów i wreszcie poszliśmy w miasto. Na rynku odbywał się targ czy inna impreza, pełno było budek, w większośc już zamkniętych. Obiecaliśmy sobie powrót tu dnia następnego 🙂 Kolacji to w sumie nam się nie chciało, ale możnaby się napić piwa…:) W rezultacie trafiliśmy do pensjonatu Joanna z restauracją, ochłonęliśmy trochę po całym – dość męczącym dniu, wypiliśmy po perełce, a potem poszliśmy dalej. Tym razem do restauracji Kwadrans, z zegarami wiszącymi wszędzie, tam jakaś przekąska i karafka wina. I kompletnie zmęczeni padliśmy spać 🙂

Dzień drugi – zawody w błocie

Obudziłam się cokolwiek obolała. Chyba trochę od twardego spania, nogi działały bez zarzutu, nawet rozwalone kolano nie protestowało przeciwko używaniu go czynnie. Po ogarnięciu się poszliśmy do apteki po wodę utlenioną. Jeszcze była zamknięta, ale pani właśnie podchodziła do drzwi od środka z kluczami. Tyle, że zamek kraty był od strony ulicy. Pani, kompletnie nieprzejęta sytuacją, podała mi klucz i poprosiła o otwarcie…:) Potem sprzedała mi plaster oraz wodę utlenioną w żelu i nawet użyczyla nożyczek do pocięcia plastra. O. 🙂
Następnym punktem było śniadanie. Wróciliśmy do Joanny, twarożek ze szczypiorkiem i rzodkiewką był pyszny i postawił mnie na nogi. Tymczasem w naszej przystani zorganizowano piknik (jak się dowiedzieliśmy, organizatorem był burmistrz, a w pikniku brała udział wycieczka rowerowa chyba z Puław). Grill, imprezka, przemówienia, plany rejsów po Wiśle… z których nic nie wyszło, bo znów zaczął padać deszcz. Obadaliśmy zatem prysznice, potem przeczekaliśmy deszcz i w końcu poszliśmy na obiad, bo zrobiła się już taka pora…;) Schabowy, mniam, chciało mi się go od wczoraj!…
Przyszedł czas na wycieczkę – wreszcie. Postanowilismy pojechać w górę rzeki, szlakiem rowerowym, potem zrobić kółko i wrócić od strony Nałęczowa. Plan prawie wyszedł…;)
Do przystani promowej dojechaliśmy bez większych problemów. Potem droga prowadziła bardzo mocno pod górkę, a kiedy wydawało się, że to już koniec górki, okazywało się, że to nieprawda, bo to tylko lekko spłaszczone, ale nadal “pod górkę”. Echhh!… Wdrapaliśmy się wreszcie na szczyt, szlak rowerowy prowadził teraz w dół oczywiście, do wsi Męćmierz. Bardzo pionowo w dół. Po kamieniach. Tak bardzo pionowo i tak bardzo po kamieniach, że przez najgorszy fragment prowadziłam rower, bo bałam się, że w razie czego nie pozbieram swoich zębów… Na dole było uroczo, wioska jak sprzed lat, na rozstaju dróg mapa okolic i opisany szlak rowerowy. Prowadził dalej – oczywiście – pod górkę… Cudownie!…
Samo pod górkę nie byłoby problemem, gdyby droga była jakkolwiek utwardzona. Tymczasem był to wąwóz pełen mokrego i śliskiego błota, w którym zapadałam się na kilka centymetrów, jechać nie dałam rady wcale, a idąc – z każdym krokiem zsuwałam się trochę w dół. Szlak rowerowy, szlag by to trafił!…


Dotarliśmy na szczyt. Szczyt wszystkiego chyba… Z prawej – wiatrak, z lewej – trochę bardziej podeschnięta droga, na wprost – dalszy ciąg szlaku. W dół. Oczywiście. A potem znów pod górkę. Jakość drogi niewiadoma, ale po tym, co właśnie przeszłam, wątpliwa. Asfaltu!… Litości!… Z nikąd ratunku?…
Zaprotestowałam gwałtownie, mój rower zrobił się ze dwa razy cięższy od oblepiającego go błota, ja nie chcę, ja chcę na asfalt, ja chcę do cywilizacji!…
– Ale tam będą samochody – ostrzegł mnie Yoshko lojalnie.
– Nie szkodzi, niech będą samochody, kocham samochody, wszystko, byle nie taka droga!…

No więc dobrze, skręciliśmy w lewo i jakimiś opłotkami dotarliśmy do asfaltu. Od razu zrobiło mi się lepiej i nabrałam wiatru w żagle. Górki i dołki przestały być takie straszne (acz nie, żebym je pokochała, ja żeglarz jestem, nie góral!…), dało się jechać. Zatoczyliśmy kółeczko, zjechaliśmy na dół, wjechaliśmy pod górkę, skręciliśmy na Kazimierz i będąc na szczycie kolejnego wzniesienia zatrzymaliśmy się, coby popodziwiać widoczki. Nagle z szosy zjechał w naszym kierunku rowerzysta. Pełna profeska, strój kolarzowy, podjechał, przywitał się i spytał mnie:
– Byłaś w zeszłym roku na pielgrzymce?…
Yyyyy???
– No bo taka podobna jesteś. I rower też!…
Aha.
Okazało się, że kolega jest z Kurowa i tak sobie jeździ po okolicy. I oczywiście wybiera się na tegoroczą pielgrzymkę. Rowerową. Przez Kraków i Wadowice… Na co nas serdecznie zapraszał 🙂
Do Kazimierza wróciliśmy drogą o mocnym nachyleniu w dół. Rozwinęłam prędkość kosmiczną, 46,5 km/h, jak spojrzałam na licznik, to się wystraszyłam i pomyślałam o crash testach robionych samochodom przy prędkości 50 km/h. Niewiele więcej, a jak wiadomo, już niebezpiecznie. A ja luzem, bez metalowej obudowy samochodu, tak sobie leeeecę… A tu kury, które mają zdolności pakowania się prosto pod nadjeżdżający pojazd… na samochodzie nie zrobią wrażenia, rower mogą wywrócić na lewą stronę… Dziury zaczęły się pojawiać… Na szczęście doleciałam do płaskiego i mogłam się już przestać wygłupiać.

Wróciliśmy do przystani, porzuciliśmy rowery i powędrowaliśmy na rynek, obejrzeć, co za atrakcje tutaj sprzedają. Otóż sprzedawali głównie jedzenie. Chleb ze smalcem był wszędzie, raz zdarzył się chleb z boczkiem i przyprawami. Miody pitne, wina polskie, browar Edi. Zakotwiczyliśmy przed browarem, nabyliśmy po plastikowym kufelku piwa ciemnego i oglądaliśmy ofertę. Zainteresowanie moje wzrosło przy piwie Mętnym, ale przecież nie będę go targała w sakwie… Obeszliśmy jeszcze kiełbasy i inne wędliny, kindziuki, pieczywo, sery… Potem, spoglądając na ten cały bałagan z ławeczki, dokończyliśmy piwko i poszliśmy na spacer. W kierunku góry Trzech Krzyży. W zapadającym zmroku jednak zgubiła się gdzieś dróżka, zachciało się jeść i w ogóle spać, więc wróciliśmy do Joanny, gdzie obsługa nas nie zauważyła, więc wyszliśmy i trafiliśmy do grilla prowadzonego przez właściciela Piekarni Sarzyński – tej od kogutów kazimierskich 🙂 Dostałam placki ziemniaczane i pięć plastrów boczku z grilla. No liczyłam na trzy i też więce w siebie wrzucić nie zdołałam 🙂
Po ciężkim dniu można było oddać się zasłużonemu wypoczynkowi…

Dzień trzeci – PKP rulez

Pobudka nie wyszła zbyt wcześnie. Po wczorajszych zjazdach poczułam za to ramiona… Oj, ruszać to ja się dziś za energicznie nie będę…;)
W ramach śniadania uskuteczniliśmy pakowanie się i zwijanie bajzlu oraz remont mojego roweru, który nagle postanowił, że on zaprotestuje przeciwko takiemu traktowaniu. No i zaprotestował, dzięki czemu rozregulowały się wszystkie przerzutki i w ogóle cały świat 🙂 Yoshko majstrował, majstrował, w końcu rower – acz mocno niechętnie – zaczął jeździć, zapakowaliśmy bagaże i pojechaliśmy na… no dobrze, na obiad, bo to już ta pora była. Znów do Joanny, było miejsce na wstawienie rowerów…

Powrót wymyśliliśmy inną trasą, żeby nie było ciągle tak samo. Pojechaliśmy zatem na przystań promową do Janowca, przeprawiliśmy się na drugą stronę Wisły (a na prom wchodzi 7-8 samochodów… a tam kolejkaaaa… i deszcz, deszcz…) i popedałowaliśmy… pod górkę!… Parszywe górki kiedyś mnie wykończą, no naprawdę 🙂 Jak rejs, to też wysokogórski od razu…


Potem droga była już prosta i jechało się nieźle, chociaż czasami śmigały obok nas samochody, a moje przerzutki czasami protestowały głośno przeciwko pracy. Pacyfikowaliśmy je permanentnie, acz nie na długo…
Z krótkim postojem na leśnym parkingu na czekoladę Złoty Kasztanek od Wawela (rewelacja!…) dotarliśmy do mostu na Wiśle w Puławach, przejechaliśmy przez miasto do dworca PKP, kupiliśmy bilety i po krótkiej wycieczce po okolicznych uliczkach wytaszczyliśmy się na peron.

Obok pojawili się ludzie, z którymi jechaliśmy w tamtą stronę. Ustabilizowaliśmy się bliżej początku peronu, na końcu za to zebrała się dziatwa – ze 40 skautów czy coś, z plecakami, pod dowództwem kilku trochę starszych gości, starających się ogarnąc kuwetę. Do tego pojawiła się wycieczka rowerzystów. Na peronie zrobiło się ciasno i cokolwiek niepewnie…
Wjechał pociąg. Ludzie się rzucili. Zakotłowało się…
Kilka minut później okazało się, że ludzie stoją stłoczeni w drzwiach i bez szansy przepchania się dalej. To znaczy – gdyby chcieli, to by się przepchali, ale na widok rowerów rozdymali się jeszcze bardziej i w rezultacie trzebaby ich taranować…
Skauci się wepchnęli, pewnie piętrowo.
Wycieczka rowerowa poustawiala rowery również piętrowo, jedne na drugich i też jakoś się wepchnęli.
Pociąg nabył tak ze 20 minut opóźnienia przez to wpychanie się do środka. My odpuściliśmy. Zostaliśmy na peronie razem z tymi, z którymi jechaliśmy w tę stronę…;)

Następny pociąg – za półtorej godziny, z wagonem rowerowym. A przynajmniej PRAWDOPODOBNIE… z wagonem rowerowym 😉 Panie w kasie są kompletnie niezorientowane, za to toaleta jest bezpłatna (acz kiedyś była ewidentnie płatna, ale chyba się popsuła). No, o jakości litościwie nie wspomnę…
Napiliśmy się kawy, zupełnie przyzwoita. Pogadaliśmy z ludźmi. Oni zdecydowali się pojechać osobowym do Dęblina i stamtąd Kolejami Mazowieckimi, my twardo czekaliśmy na TLK, do którego MUSIMY się już wepchnąć, żeby nie wiem, co.
Przyjechał… Ludzie się rzucili 🙂 Acz było ich jakoś mniej i jakoś się rozleźli. I udało nam się znaleźć nawet wagon rowerowy!… Prawdziwy!… Zatem rozpoczęliśmy żmudną procedurę wpychania się tam z rowerami, tłumacząc ludziom w wejściu, że my naprawdę MUSIMY, bo do poprzedniego się nie zmieściliśmy i to jest nasza OSTATNIA szansa. Udało się, wepchnęliśmy się, hurra!…
Od ludzi obok dowiedzieliśmy się, że warto pojechać na Roztocze, a oni właśnie wracają z Soliny (pociąg jedzie z Przemyśla). Czas do Warszawy Wschodniej minął szybko, a na dworcu zaczęło się gremialne wypakowywanie rowerów. Od razu w wagonie rowerowym zrobiło się jakby przestronniej i już tylko trochę więcej rowerów, niż miejsc…;)
Powoli zapadał zmrok, zatem wyciągnęłam światełka, coby je kulturalnie przyczepić. Wówczas okazało się, że jednak rower ucierpiał bardziej – śrubka od mocowania lampki (mocowanie mocno nietypowe) odpadła i zginęła w odmętach historii. Przymocowałam przednią lampkę do tego, co zostało, ale po pewnym czasie jednak ją zdjęłam i schowałam, bo nie miało to zbyt wielkiego sensu 🙂
A potem nawet udało mi się wtachać rower z sakwami po schodach do domu…;)

Wyszperane w sieci:
Lubelskie szlaki rowerowe
Muzeum Nietypowych Rowerów
Pensjonat Joanna – tu się stołowaliśmy
Browar Edi
Moje statystyki rowerowe

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply