Nurkowanie, Podróże, Wyjątkowe

Nurkowanie w Rummu Karjäär

(kwiecień 2015 r.)

Logo wyprawy
Logo wyprawy

Rummu Karjäär (Estonia, prowincja Harju) to zalany kamieniołom przy zamkniętym z końcem 2012 roku sowieckim więzieniu. Gdy zmalał popyt na wydobywane tam surowce (wapień), zakończono eksplorację i odłączono pompy. Wyrobisko automatycznie napełniło się wodami gruntowymi i powstało wyjątkowe jezioro: z zatopionymi budynkami więziennymi, konstrukcjami nieznanego przeznaczenia, fragmentami murów, ruin, siatek. Tajemnicze podwodne miasteczko. Nic więc dziwnego, że przyciąga żądnych ciekawych widoków nurków 🙂 Nurkowanie w Rummu Karjäär wydaje się być na tyle atrakcyjne, że niestraszna jest nawet długa – bo kilkunastogodzinna – podróż.

[DOPISANE: MAJ 2016] Z informacji uzyskanych przez grupę nurków z 4divers wynika, że jezioro zaczęło powstawać już w 1991 roku, kiedy to nastąpiła awaria pomp. Po upadku Związku Radzieckiego nie było nikogo, kto by się tym terenem poważnie zainteresował, zatem wyrobisko pozozstawiono samo sobie, na awarię machnięto ręką i tak przyroda dokończyła dzieła 🙂

IMG_3713
Cztery kraje, dwie stolice, 2350 km, cztery dni. A wszystko po to, żeby zanurkować w zalanym kamieniołomie – Rummu Karjäär.

W wyprawie zorganizowanej przez Centrum Nurkowe Nurkersi wzięło udział 12 osób: Leszek, Grześ, Pitek, Jacek, Sebek, Motyl, Flis, Ernest, Wilczy, Tomek, Helmut i psyche jako wsparcie powierzchniowe 😉

Nurkersi Team
Nurkersi Team

Łatwo nie było. W dniu wyjazdu okazało się, że pożyczony agregat nie ciągnie sprężarki, a bez sprężarki nurki nie działają. Zaczęła się szaleńcza jazda po mieście w poszukiwaniu silniejszego agregatu. Centrum dowodzenia na Lutomierskiej pełne było ludzi przestępujących z nogi na nogę, zjadających zapasy, wypijających litry kawy, biegających na szybki obiad do baru obok, w końcu ze zrezygnowaniem żłopiących piwo w towarzystwie trzech lokalsów, tuż obok śmietnika. Padły propozycje, żeby zamiast do Estonii pojechać do jednego z członków ekipy na działkę, trawka jest, jezioro jest, nawet da się ponurkować, jak już się ktoś naprawdę uprze. Koszulki wyjazdowe mamy, zrobimy sobie zdjęcie na tle płotu i wystarczy, nie?…;)

Drugotorowo trwała dyskusja z Estonią, czy da się podłączyć sprężarkę u nich bezpośrednio do prądu w ścianie. Wilczy, próbujący się czegoś dowiedzieć telefonicznie, usiłował przypomnieć sobie jakiekolwiek zwroty po rosyjsku, ponieważ okazało się, że to jedyny nasz wspólny język. Ostatecznie skończyło się na mailu po angielsku, na który po półtorej godzinie przyszła odpowiedź: siła jest, wtyczka pasuje, można podpinać sprężarkę do ściany, będzie działać.

Jednocześnie znalazł się agregat, zatem zaopatrzeni w backup (niczym GUE) mogliśmy wreszcie zapakować się do dwóch busów i jednej osobówki i ruszyć w trasę. Jakieś 4 godziny później, niż to planowaliśmy 🙂

Tuż tuż przed wyjazdem :)
Tuż tuż przed wyjazdem 🙂

Przed nami około 15 godzin jazdy z krótkimi przerwami na stacjach benzynowych (na wschodzie niektóre stacje są nocą nieczynne). Jak tylko wjechaliśmy na Litwę, wszyscy natychmiast zaczęli recytować: “Litwo! Ojczyzno moja!…”. Przejazd przez Litwę był prosty i przyjemny, trasa omijała miasta i wioski, prawie nie było terenów zabudowanych. Wszystko zmieniło się na Łotwie, gdzie jechaliśmy przez wszystkie istniejące wioski, a i asfalt nieco się spsuł. W Estonii za to trasa wiodła lasami.

Około 8 rano dotarliśmy do Rummu, przedefilowaliśmy główną ulicą wzdłuż murów byłego więzienia i znaleźliśmy zastawioną betonowymi zaporami drogę nad wodę. No ale nie tak się umawialiśmy, prawda?… Po wielu próbach znaleźliśmy wreszcie przejazd nad jezioro, nieco nakombinowany, bo przez teren więzienia, którego część zajmuje teraz prywatna firma. Brama była otwarta, skorzystaliśmy, z drugiej strony wyjechaliśmy dziurą w płocie i dość wyboistą i dziurawą drogą dojechaliśmy w miejsce, gdzie można się było rozłożyć. 1107 km za nami. Wreszcie 🙂

Widok z drugiej strony jeziora
Pod tymi murami rozłożyliśmy obóz
Wzgórze
Dziura w płocie 🙂
Fragment murów więziennych
Mury i wieża strażnicza
Zasieki
Widok ze wzgórza

Po zbadaniu terenu wokół towarzystwo zaczęło się wypakowywać i nastąpiło zakładanie obozu. Każda kuwetka czy skrzynka nurkowa znalazła miejsce dla siebie, panowie zaczęli wyskakiwać z ciuchów i ubierać różnego rodzaju bielizny i ocieplacze pod suche skafandry, a Tomek zaczął wbijać się w piankę. Trochę się z niego podśmiewałam, ale okazało się, że on tak na poważnie i wtedy przestałam się śmiać. Woda miała 4 stopnie…

Przygotowania
Ciężkie jest życie nurka 😉
Niełatwe zejście do wody
Mątwy przybrzeżne 🙂

Nad naszymi głowami co i rusz przelatywał jakiś F-16, robiąc strasznie dużo hałasu o nic. Wiało konkretnie. Hałasowało. Słoneczko świeciło. Usiąść nie było gdzie, bo podłoże kamieniste. Sebek co i rusz coś komuś naprawiał, poprawiał, konfigurował i ustawiał, a potem nastąpiło gremialne zapinanie sobie skafandrów i pojedyncze wchodzenie do wody, gdzie w końcu zebrała się niezła grupka mącących nurków. W oczekiwaniu na tych, co na brzegu, sprawdzali, czy coś im przypadkiem nie cieknie 🙂 W końcu, kiedy już prawie wszyscy weszli, Jacek zrezygnował z atrakcji, stwierdził, że jest zimno, że na 3 metrach są 3 stopnie i on posiedzi na słoneczku. I wyszedł. A reszta rozlazła się po akwenie.

PICT0053
Wilczy w pracy. Foto: Pitek

Wilczy o akwenie
Zalane pozostałości więzienia zajmują stosunkowo niewielki obszar w zachodnim krańcu zbiornika, odgrodzony od reszty akwenu idącym po dnie murem. Bezpośrednio przy plaży nad nurkowiskiem wyrasta usypana z urobku ok. 60-metrowa góra o fantazyjnych kształtach. Pod wodą znajdujemy kilka częściowo zrujnowanych budynków więziennych, do których można wpłynąć. Niektóre z nich nie mają stropów. Są fragmenty murów, siatek i zasieków z drutu kolczastego, sporo metalowego złomu, drutów, dziwnych konstrukcji metalowo-betonowych nieznanego przeznaczenia. Jest trochę ryb i zarośli, są zatopione drzewa. Opis nurkowiska znajduje się w osobnym artykule (klik).  

Po wyjściu z wody Flis zajął się grillem, profesjonalnie przyprawiając mięso w torebce foliowej (miski na stanie nie mieliśmy). Najedzone nurki porozkładały się po w miarę równych płaskich powierzchniach i zapanował marazm oraz chrapanie. Jakby nie było – za nami nieprzespana noc, męcząca droga i znikąd ratunku, a do łóżek daleko. Po pierwszym nurku część wyszła z wody ze skostniałymi fragmentami ludzika, niektórym nie działały dłonie, inni coś mamrotali o zalanych skafandrach. Grzecznie zapytałam, czy będą wchodzić drugi raz. Odpowiedziało mi milczenie…

Po dość długim czasie ktoś się odważył: “No ja to bym wszedł na chwilę…”. Powoli i z oporem, ale zdecydowali się wszyscy 😉 Chociaż niektórzy bardziej przez sen chyba ;)))

Podwodne kazamaty
Podwodne kazamaty / klatka z filmu / foto: Wilczy
Rummu Karjäär
Rummu Karjäär / klatka z filmu / foto: Wilczy

Po drugim nurku zapakowaliśmy się do aut i pomknęliśmy do naszego miejsca zakwaterowania – Holiday Home Veskijõe – domu wypoczynkowego około 30 km na wschód od Rummu, położonego 2 km od morza. W linii prostej 😉 Te 2 km mnie zainspirowały i zażyczyłam sobie romantycznego spaceru nad morze, bo tak. Wilczy zastrzeżeń nie zgłaszał, reszta się nie wypowiadała. Tymczasem przystąpiliśmy do produkcji obiadokolacji i bicia butli. Siła była 🙂 Agregat na szczęście nie był konieczny 🙂 Do ekskluzywnego obiadu w postaci pulpetów ze słoika Motyl pokroił pomidory (zgłosił się prawie na ochotnika :), czym zdobył uznanie gawiedzi.

Siła jest 🙂
Motyl w pomidorach 😉
Sebek się prezentuje
Obiad 🙂

Po obiedzie wyszło na jaw, że na wycieczkę nad morze wybierają się wszyscy. Z odpowiednim wsparciem w postaci płynnej. Peleton rozciągnął się dość szybko na kilkaset metrów, ale dzielnie parł do przodu, chociaż pojawiły się głosy, że tego morza to tu wcale nie ma, że może to w drugą stronę, albo że to chyba 20 km, nie 2. I tak dotarliśmy do drogi przez las, która w końcu mi się znudziła i poszłam lasem bezpośrednio. I znalazłam to morze w końcu, chociaż już się ściemniało 🙂

Nurkersi Team w drodze nad morze
Nurkersi Team w drodze nad morze

Estońskie morze wygląda jak duże jezioro i jest usiane przy brzegu głazami. Ani chybi narzutowymi 🙂

Powrót do domu trwał nieco dłużej, bo i droga powrotna zrobiła się nieco szersza, ale szczęśliwie wszyscy dotarli i kto żyw, kontynuował imprezę. Integrowaliśmy się w jadalni z kominkiem i telewizorem, połączonej z malutką kuchnią. Poza tym parter zajmowały dwa pokoje 3-osobowe, łazienka i sauna 🙂 Na pięterku były jeszcze 3 pokoje, w tym dwa czteroosobowe i jedna trójka, każdy z własną łazienką. Wszystko w drewnie, pięknie utrzymane, chociaż w naszym pokoju brakowało szafy na ubrania, a część okien podobno się nie otwierała. Z domku wychodzi się prosto na spory taras z widokiem na las. Generalnie całkiem przyjemne miejsce 🙂

Nasza chata. Foto: Pitek
Nasza chata. Foto: Pitek

Pobudka w sobotę o świcie wyszła średnio. Poprzednia noc spędzona w podróży, nurkowanie i w końcu konkretna impreza integracyjna zmęczyły wszystkich i wstaliśmy nieco później, niż planowaliśmy. I bardzo leniwie się zbieraliśmy 🙂 Śniadanko, kawka, ogarniamy się i jedziemy znowu do Rummu. Tym razem przez sklep spożywczy, który nieomal przeoczyliśmy, bo nijak nie przypominał sklepu. Jednak po przejściu wewnętrznych drzwi wyglądających zupełnie jak drzwi do kibla w polskim bloku z lat 70 trafiliśmy do całkiem dobrze zaopatrzonego sklepu 😀 Nabyliśmy chleb (polski jest lepszy), napoje i przyprawy do mięska i ruszyliśmy dalej.

Na wjeździe zonk – brama jest zamknięta. Na szczęście nie na kłódkę, ale powstał cień niepokoju, co będzie, jak ją naprawdę zamkną… Będziemy się martwić później. Tymczasem – dojeżdżamy na miejsce, wypakowujemy graty i jest jak zwykle: krzątanina, szybkie naprawy, dopasowywanie sprzętu. Pierwsi śmiałkowie wchodzą do wody, pierwsi zalani z niej wychodzą… Niektórym cieknie rękawica, niektórzy odkrywają nowe dziurki w skafandrze. Tomek wbija się w piankę i grzeje się na słoneczku. Trochę mu zazdroszczę, w końcu też mogłam wziąć piankę ;p Ale po zanurzeniu dłoni w wodzie szybko zmieniam zdanie: 4 stopnie to jakaś masakra 😉 I piękne słońce wcale tej temperatury nie niweluje, tym bardziej, że wieje wściekły wiatr. Dziś za to przynajmniej nic nie lata po naszym estońskim niebie, za to pojawiają się lokalsi, niektórzy żywo zainteresowani całym nurkowym sprzętem. Stajemy się czujni, na szczęście nie dochodzi do żadnych międzynarodowych incydentów.

Brama jakby zapraszała...;)
Brama jakby zapraszała…;) / klatka z filmu / foto: Wilczy

Po pierwszym nurku Grześ wylewa ze swojego suchego skafandra litry wody. Komentarze nie pozostawiają na nim suchej nitki 😉 “A, to na tym właśnie polega półsuchy, tak?” Grześ nic sobie z tego nie robi i spokojnie idzie na drugiego nurka w swoim zalanym suchym skafandrze… W międzyczasie konsumujemy mięsko z grilla. Kiełbasa okazuje się być średnio jadalna. Mamy pierwszą (i na szczęście ostatnią) gastryczną ofiarę: Ernest pokonany przez pożywienie odpoczywa od nurkowania. Jacek grzebie w sprzęcie, ja przysypiam na kocyku. Słoneczko grzeje.

Po nurkowaniu Wilczy zabiera mnie na spacer na wzgórze. Jest niesamowite, składa się z samych żlebów, wyjątkowo uformowane, twarde, ale ze żwirkiem na wierzchu. Spacer nie jest łatwy 🙂 Ale widoki rekompensują niewygody. Wracamy się spakować i zaliczyć jeszcze jedną z wież strażniczych z widokiem na więzienie i jezioro. Pięknie jest!

Panowie na wieży

Psyche&Wilczy
Wsparcie oddolne 🙂

Wyjazd z więzienia okazuje się być nieco utrudniony, bo brama faktycznie jest zamknięta na kłódkę. Nie szkodzi, co by z nas byli za Polacy, gdybyśmy sobie nie poradzili 😉 Nasze “radzenie sobie” nie jest co prawda najmilej widziane przez pracownika firmy, który jeszcze jest na posterunku. Dowiadujemy się, że można było z nim ustalić wjazd na teren, pomógłby… Na szczęście kolejny incydent międzynarodowy zostaje zażegnany (ufff) i po pamiątkowym zdjęciu ruszamy w stronę Tallinna.

Gdzieś na Wzgórzu Toompea
Gdzieś na Wzgórzu Toompea

W Tallinnie okazuje się, że wszyscy wiedzą, dokąd chcą iść, ale każdy wskazuje inny kierunek i nikt nie wie, gdzie jesteśmy na mapie. Mapę obczaja Pitek i przy pomocy miejscowych obieramy jedynie słuszny kierunek: na Basztę Grubą Małgorzatę, bowiem tam jest polski akcent: tablica upamiętniająca brawurową ucieczkę polskiej jednostki ORP Orzeł, internowanej we wrześniu 1939 r. w tallińskim porcie. Tablica znaleziona, obfotografowana, można iść coś zjeść 🙂

Tablica upamiętniająca ORP “Orzeł”
Przy Muzeum Morskim
Ekipa komórkowa
Kaczka 🙂

Trafiamy do sympatycznej przyhotelowej knajpki. Zestawiono stoliki dla całej naszej dwunastki i dostaliśmy menu. Głównie po rosyjsku… Angielskich mieli chyba niedobór. Po złożeniu zamówienia wszyscy wyciągnęli telefony, bo ktoś wyczaił darmowe Wi-Fi ;p Nakarmiono nas smacznie, acz niezbyt obficie. No dobra, pierwszy głód zaspokojny, czas wracać do domu 🙂

Sobotnia impreza ograniczyła się do przygotowania kanapek na drogę, Sebek zarządził wyjazd na 5 rano i wszyscy padli spać – chociaż na chwilę, na te 3 godzinki 🙂 Udało się wyjechać już o 5:20.

Przed nami jeszcze wizyta w Rydze. Łotwa nas jednak nie lubi. Najpierw mamy nieprzyjemne spotkanie z policją, potem pogania nas pogoda. Wjazd do Rygi jest już zachmurzony, a kiedy zatrzymujemy się pod Centrāltirgusem (hale targowe) – zaczyna lekko kropić. Idziemy oglądać targ, zlokalizowany tuż przy starym mieście w starych niemieckich hangarach po sterowcach. Większość ekipy leci na stare miasto, my z Wilczym zachwycamy się serami, wędlinami, rybami i przyprawami jak dzieci. Niestety, w międzyczasie z deszczyku robi się ulewa i to tyle, jeśli chodzi o zwiedzanie miasta 🙁

Centrāltirgus – tak wyglądają hale
Centrāltirgus
Centrāltirgus
Centrāltirgus

Niewątpliwie czas do domu… Planować kolejne nurkowe (i nie tylko) wyprawy 🙂

Gdzieś na via Baltica
Gdzieś na via Baltica

Wyszperane w Sieci:
Więzienie w Rummu
Nurkersi Centrum Nurkowe
Nasz nocleg – Holiday Home Veskijõe
Hale targowe w Rydze na Wikipedii
Hale targowe w Rydze – strona oficjalna

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *