Nurkowanie, Podróże

Safari nurkowe, Egipt

(listopad 2013 r.)

Nurkowanie w stereo i w kolorze

Splot niesprzyjających okoliczności sprawił, że w końcu się zdecydowałam. Dobrze, pojadę na to safari nurkowe, ale skoro już jadę, to nie po to, żeby siedzieć na łodzi. Jadę, żeby nurkować! Czy Wilczy mnie słyszy?…
Słyszał. Zorganizował sprzęt, przedstawił nas sobie, zapakował, ogarnął i pojechaliśmy na lotnisko. Jak zwykle w środku nocy (czy my nie możemy nigdy się wyspać?…). Przed 4 znaleźliśmy się na Okęciu, nie zmrużywszy oka nawet na chwilę. Rozkładamy bagaże na dostępnych krzesełkach.
– No dobrze – powiedziałam. – To rozłóżmy się i zastanówmy się.
– Powiedziałaś: “zdrzemnijmy się”? – zapytał Wilczy. No tak…
Usiedliśmy niedaleko wejścia i komentowaliśmy zastaną okoliczność. A tłumy się tam przewalały w tę i z powrotem (no o tej porze?!?…).
Zlokalizowaliśmy Małgosię, a wraz z nią resztę ekipy. Okazało się, że stoją już w kolejce do odprawy, więc stanęliśmy i my. Było nas 6 sztuk, reszta naszych miała przylecieć z Katowic wieczorem.
Na pokładzie samolotu bardzo kolorowych linii Small Planet zasnęłam zaraz na początku lotu i rzadko się budziłam, chociaż siedzieliśmy w pierwszym rzędzie i tłumy przebiegały obok nas do toalety. Padł pomysł pobierania opłat, ale ze względu na senność zrezygnowaliśmy 😉

IMG_3603_panorama

Zobacz galerię

Na lotnisku Marsa Alam wylądowaliśmy koło południa. Było ciepło! 🙂 W porównaniu z polskimi niecałymi 10 stopniami – egipskie 28 stopni to przyjemność 🙂 Zgarnięci przez Caponiego – miejscowego przewodnika nurkowego, zostaliśmy zawiezieni do Port Ghalib, zakwaterowani na łodzi i nakarmieni.

  • Ja mam na imię Mahomet, ale w Egipcie każdy ma na imię Mahomet, więc na mnie mówią Caponi, żeby było wiadomo, o kogo chodzi – wytłumaczył nam Caponi, po czym dodał, że dostaniemy jeszcze kolację, ale to dopiero, jak przyjedzie reszta nurków.
    Obejrzeliśmy łódź – Al Farouk II. Mieści 24 turystów, ma piękną jadalnię, dwa pokłady wypoczynkowe, trzeci – nurkowy, świetlicę z dużym telewizorem i mnóstwo miejsc crew only. Na wyposażeniu ma także genialnego kucharza oraz cukiernika, dbali o nas przez cały rejs bardzo porządnie.
    Korzystając z okazji, wybraliśmy sobie kajuty (wszystkie dwuosobowe, każda z łazienką), potem co nieco zmontowaliśmy sprzęt. To znaczy Wilczy zmontował, bo ja uparcie trzymałam się wersji, że jestem tu przypadkiem i w ogóle to przyjechałam wielbłądy oglądać. A w końcu poszliśmy zwiedzać.
    No dobra, może trochę przesadziłam… Poszliśmy wzdłuż nabrzeża i wróciliśmy bardzo wolnym spacerkiem. Przystając i oglądając wystawy. Zajęło nam to jakieś 15 minut…;) Po drodze odwiedziliśmy sklep spożywczy i sklep z przyprawami, gdzie zachwyciła mnie mięta. Mięta! Tak obłędnie pachniała, że wiedziałam, że muszę ją do domu przywieźć. Koniecznie!
    Potem jednak wybraliśmy się do części miasteczka zbudowanej nieco dalej. Za Central Parkiem (tak, tak, mają tu własny Central Park!), gdzie usiedliśmy w jedynej knajpie, przy stoliku na ulicy i zamówiliśmy sziszę i kawę. Prowodyrem był Adam, znawca knajpy. Kawa była czarna i gęsta jak smoła, słodka i malutka. Szisza była aromatyczna. A miejscowi robili nam zdjęcia, bo stanowiliśmy dla nich atrakcję turystyczną…;)

Postanowiłam skorzystać z toalety. Niczego nieświadoma zeszłam do knajpy właściwej, zapytałam o toaletę, zostałam skierowana i… Zrobiło się zabawnie. Toaleta to takie duże pomieszczenie z 3 pisuarami po jednej stronie i 3 zamkniętymi drzwiami do kabin po drugiej. Drzwi były pozbawione klamek. Na trzeciej ścianie była jeszcze umywaleczka, na czwartej nie było nic. Pofilozofowałam sobie chwilę, stojąc na środku pomieszczenia, zastanowiłam się nad ideą korzystania z pisuarów, po czym wróciłam do pana za barem.
– A toaleta dla kobiet?…
Wprawiłam pana w bardzo duże zakłopotanie. Bardzo, bardzo duże. Zmieszał się, chwycił za nóż i zawlókł mnie z powrotem do tej pisuarowni. Nie czułam zagrożenia, natomiast zrobiło mi się go żal…;)
Pan okazał się być całkiem ogarnięty, nożem otworzył mi jedną z kabin bez klamek, zaprosił do środka i pokazał, że on będzie stał za drzwiami głównymi i pilnował, żeby nikt tu nie wlazł. A proszę uprzejmie.
Po skorzystaniu z działającej, acz nie wiadomo czemu zamkniętej i bez klamki toalety zostałam obdarowana jeszcze serwetkami i pan się zdematerializował. A co sobie pomyślał o turystach to już jego 😀
Przy soku z limonki rozmawiamy o powodach, dla których tu przyjechaliśmy. Gosia się zwierza:
– Ja się zdecydowałam na to safari dopiero, jak się dowiedziałam, że będzie jacuzzi.
Istotnie, na zdjęciach łodzi, dostępnych w internecie, jacuzzi było. Na górnym pokładzie. Tam, gdzie teraz jest wielkie łóżko…
– A ja się zdecydowałam na to safari dopiero, kiedy się dowiedziałam, że będą wielbłądy… – mówię ja. – No i gdzie są te wielbłądy?…
– W jacuzzi – podsumował Wilczy.
Jako wieczorny bonus wystąpiła knajpka znacznie bliżej, gdzie pojawiło się także piwko, po którym poszłam spać jak dziecko, stoczywszy jeszcze batalię grupową o klimatyzację, bo włączona była chyba na mrożenie. Po długich bojach udało nam się sprawić, że klimatyzacja została przestawiona na drugi możliwy stan: wyłączyli ją całkiem. Jakby nie istniało mnóstwo stanów pośrednich…;p

Niedziela

  • A wiesz, że u Mirka robiliśmy intro? – wita mnie Wilczy radosną wiadomością o poranku. Mirek to nasz aktualny polski przewodnik i instruktor. A intro to wciągnięcie pod wodę ludzika na jego pierwsze w życiu nurkowanie. Złośliwcy nazywają introwców liptonami: wsadź i wyjmij 😉 Ale prawdę mówiąc, każdy kiedyś był takim właśnie liptonem ;p
    Dziś jest Wielki Pierwszy Dzień, czyli spotykamy się na śniadanku o 8 i zaraz potem wypływamy z portu. Kierujemy się na południe, na nasze pierwsze miejsce: Abu Dabbab 3. Tutaj wykonamy check dive. Średnia głębokość miejsca to 12 metrów, więc idealnie, żeby sprawdzić sprzęt, balast i przypomnieć sobie, jak się nurkuje 🙂 Oraz pokazać przewodnikowi, że nie robi się żadnych gwałtownych ruchów i generalnie panuje się nad sytuacją… Tiaaa…
    Wchodziliśmy z pokładu naszej łodzi, więc skok do wody nie był zbyt ekscytujący. Morze spokojne, widoczność świetna, słoneczko świeciło, no to się zanurzamy. I tu nastąpił pierwszy zonk: pomimo rozpaczliwego wyrzucania resztek powietrza z jacketu moje możliwości zanurzenia się spadły do zera… w końcu mi się jakoś udało, acz było to nieco irytujące – jak wszyscy inni czekają na 3 metrach z zadartymi głowami i patrzą się na niezdarne próby opadnięcia poniżej powierzchni. Ale pierwsze koty za płoty, można było zacząć się orientować w okolicy 🙂
    A w okolicy kolorowo i bajecznie – i tak już miało zostać do samego końca. Nie ma bata, w domu się tego nie zobaczy 🙂 Rybka w kropki, rybka w paseczki, rybka z zadartym dzióbkiem… – ta ostatnia została natychmiast po wynurzeniu przechrzczona na rybkę FOCH! 🙂
Abu Dabbab 3
32 km od Marsa Alam
Maksymalna głębokość: 20 m
Średnia głębokość: 12 m
Widoczność: 20-30 m

To był chrzest bojowy mojej nowej pianki. Ze względu na jej dużą wyporność, na moje umiejętności (a raczej ich brak) i na całą resztę świata miałam na sobie aż 12 kg balastu. Uznałam, mimo problemów z zanurzeniem, że jest to ciut za dużo i zmniejszyłam do 11 kg. I tak wszystko razem ważyło jakieś pół tony, całe szczęście, że na łodzi jest dużo przyzwoitych marynarzy, którzy pomagają takim niedojdom wychodzić z wody…;) Pewnie myślą sobie przy tym odpowiednio o łamagach, które dla efektów wizualnych pakują na siebie kilogramy ołowiu…
Na szczęście łódź jest wyposażona w dwie drabinki dla nurków, dzięki czemu można wychodzić z wody nie zdejmując płetw, nie tracąc czasu na to w wodzie, co ma znaczenie przy silnym zafalowaniu.

Podczas obiadu przepłynęliśmy w kolejne miejsce – Sha-ab Marsa – na drugiego, już pełnoprawnego nurka.
Tym razem nurkowanie było bardziej świadome. Po początkowych kłopotach z zanurzeniem pojawił się świat podwodny, a w nim – wrak łodzi safari. To akurat nie powinno wzbudzać euforii, ale… każdy chce obejrzeć wrak! Co gorsza: każdy chce zrobić sobie zdjęcie na kibelku! W związku z tym do dwóch porcelanek ustawiła się kolejka chętnych, tumany kurzu się wzbijały, rybki pływały a ludzie… uśmiechaliby się, gdyby im się do masek woda nie nalewała. Jednak nurkowanie ćwiczy nieruchomość mięśni twarzy ;p
Popływaliśmy sobie wokół wraku jeszcze chwilę, gapiąc się na to, jak życie podwodne objęło go w posiadanie, przepłynęliśmy pod kilkoma łukami z rafy, przyjrzeliśmy się murenie (a ona nam, ze wstrętem), zaznajomiliśmy się z kilkoma granatowymi płaszczkami, pozachwycaliśmy się skrzydlicami i tak nagle minęło 50 minut. Postój na papieroska na 5 metrach… czyli przystanek dekompresyjny i do domu 🙂
W oczekiwaniu na kolację towarzystwo rozlazło się po łodzi. Pierwsze emocje długo trzymają, więc gro ekipy zakotwiczyło w świetlicy i na dużym ekranie oglądali zdjęcia i filmy – na bieżąco – z dzisiejszych nurkowań 🙂
Tym razem klimatyzacja uparcie zionęła spalinami. Najwyraźniej chcą się jakoś nas pozbyć – pomyślałam sobie, ale okazało się, że to się dało naprawić dosyć szybko i w kajutach zrobiło się sympatycznie. Nie za gorąco, nie za zimno, tak, jak powinno być od początku.
Klapnęliśmy sobie na środkowym pokładzie i gapimy się w ciemność. Łódź płynie już na kolejne miejsce, mamy płynąć całą noc, aby dotrzeć na rano, ponieważ pierwsze nurkowanie jest zaplanowane przed śniadaniem. Jak gdzieś na horyzoncie pojawia się jakiś statek, to od razu stanowi atrakcję i punkt zaczepienia oka. A pływają statki różne, niektóre na przykład bez świateł nawigacyjnych w ogóle.
Wyciągnęłam Wilczego na romantyczny spacer na lewą burtę ;p Wąsko, ciemno i z romantyzmem to miało tyle wspólnego, co ta spadająca gwiazda w pewnym momencie 🙂

Poniedziałek

Około 6.00 rano obudził mnie głos Caponiego i pukanie do drzwi. Aha, pobudka na poranne nurkowanie. Wymamrotałam, że jestem na wakacjach, odwróciłam się plecami do zwlekającego się Wilczego i zignorowałam wszystko. Wstałam dopiero na śniadanie, na 8.00 🙂 Wszyscy byli już rześcy i głodni, a ja wyspana 😀

Umm Khararim (St. Johns Caves)
32,5 km od wybrzeża
Maksymalna głębokość: 20 m
Średnia głębokość: 12 m
Widoczność: 20-25 m

Jak tylko banda nurków wychodzi z wody, łódź natychmiast płynie dalej, jeszcze bardziej na południe. Przekraczamy Zwrotnik Raka i przypominamy sobie przekroczenie południka zerowego niegdyś Pogorią. Nic, tylko narysować kreskę na morzu 🙂
Wilczy udaje, że uzupełnia logbook. Tak naprawdę bardziej gapi się za rufę. Potem i tak wszystko przepisze ode mnie 🙂 Utyka przy średniej głębokości i wychodzi mu “głęboka średniość” 😀

Tymczasem jesteśmy już w kolejnym miejscu – ciągle archipelag St. Johns, tylko inny kawałek skały podwodnej. Przed nurkowaniem, jak zawsze, jest briefing w świetlicy. Caponi omawia miejsce, Mirek dzieli wszystkich na grupy, pojawiają się grupy instruktorskie, czyli takie pary, które nie muszą pływać z przewodnikami. Dzięki temu mają możliwość zatrzymania się na dłużej tam, gdzie im się bardziej podoba, a przewodnicy mają mniejszą grupę do ogarnięcia. Mirek ustala, kto jest z kim w parze i pyta, kto jest w której parze szefem.
– Ja mam bojkę – zgłasza się jeden z kolegów.
– Ja myślałem, że to trzeba uprawnienia mieć, a nie bojkę…;)

Habili Ali (St. Johns Reef System)
Maksymalna głębokość: ponad 100 m
Średnia głębokość: 30 m
Widoczność: 20-35 m

Tym razem nurkowaliśmy z zodiaka, czyli z pontonu. Dzięki temu płynęliśmy pod wodą z prądem w stronę łodzi. Nie musieliśmy tracić czasu i sił na płynięcie pod prąd i nie musieliśmy dwa razy oglądać tych samych miejsc. Z pontonu skacze się do tyłu i tylko za pierwszym razem wzbudza to pewne opory, mnie się spodobało od razu 🙂 Kolejny pierwszy raz za mną 🙂
Na końcu nurkowania zobaczyliśmy jeszcze barrakudę, która plątała się pod naszą łodzią z nieokreślonym wyrazem pyska.
Po wyjściu z wody ogarniamy się i… już czeka na nas pyszny obiad 🙂 A łódź tymczasem przepływa w kolejne miejsce, ciągle w obszarze St. Johns Reef: Gota Sogayar.

Gota Sogayar (St. Johns Reef System)
Maksymalna głębokość: ponad 100 m
Średnia głębokość: 30 m
Widoczność: 25-35 m

Tym razem spróbowałam się zanurzyć według wskazówek uzyskanych na łodzi od instruktorów: głową w dół. Istotnie, jak już się zrobi pikę w dół i pomłóci płetwami, to się udaje schować cielsko pod wodę i to działa. Tylko potem trzeba tę głowę unieść nieco wyżej niż zad, żeby przedmuchać uszy. Ale finalnie szybciej i bez walki jestem pod wodą i mogę się rozglądać.
Jest już wczesne popołudnie, więc kolorki nie są tak żywe jak rano, słońce jest niżej i w niektórych miejscach pod wodą panuje lekka szaróweczka. Nie szkodzi, nadal jest pięknie 🙂 Spotykamy żółwika, leniwy jakiś ;p Nie spiesząc się przemieszcza się w sobie tylko znanym kierunku. Ciekawe, gdzie mieszka. Widzimy też murenę. One jednak są antypatyczne z twarzy :p Murena kojarzy mi się z taką babą opartą na parapecie i wystającą przez okno, rejestrującą, co się dzieje na podwórku kamienicy. Mureny robią tak samo: wystają kawałkiem z jakiejś dziury w koralowcu i się gapią.
Po nurkowaniu korzystamy z jachtowych przyjemności, czyli opatuleni w szlafroczki siedzimy na środkowym pokładzie i razem z Gosią i Adamem, przechrzczonym na MacGyvera (bo chodzi i naprawia łódź) robimy za Bractwo Kapturowe. Z rozmów nurkowych na temat latarek:
– Ten backup może być mocniejszy niż twój główny…
– Ja nie mam głównego. Pływam na samych backupach.

Najdalej na południe wysunięty punkt już zaliczyliśmy, teraz łódź powoli wraca na północ. Ciągle jeszcze jesteśmy w obszarze St. Johns, ale Zwrotnik Raka też już zostawiamy z tyłu. Nasze pierwsze nocne nurkowanie będzie w miejscu zwanym Umm El Arouk. Przygotowujemy się pilnie, MacGyver pożycza mi jedną ze swoich latarek, dzięki czemu we dwójkę z Wilczym mamy 3 źródła światła, co już daje pewien komfort. Piankę włóż, balast zarzuć, sprzęt przygotuj!… Gosia z Adamem robią za Teletubisie: mają rurki z substancją chemiczną, która po aktywowaniu zaczyna świecić określonym kolorem. Rurka zwinięta w kółko i przypięta do kaptura sterczy sobie wesoło i kolorowo. W czarnej wodzie taki nurek jest nie tylko widoczny z każdej niemal strony, ale także rozpoznawalny – bo kolory są różne 🙂 Bardzo sprytny pomysł.
Do wody skaczemy z łodzi, wygodnie i przyjemnie. Potem plącze się po powierzchni dużo czarnych gadających głów z latarkami pod wodą… Upiornie to wygląda 🙂
W pewnym momencie zabolało mnie ucho. W sumie tydzień wcześniej miałam jakiś drobny stan zapalny, który teoretycznie zniknął, widocznie teraz, przy zmianach ciśnienia, wszystko wróciło. Wyszłam nieco wyżej, przedmuchałam uszy porządnie, wszystko wróciło do normy, zeszłam niżej i już było ok. Ale starałam się nie zanurzać zbyt głęboko. Tymczasem aktywowaliśmy naturalne światło w wodzie – skryliśmy się w jakimś osłoniętym od świateł łodzi miejscu, przytknęliśmy latarki do siebie, aby ukryć ich światło i w ciemnościach machaliśmy rękami. Morze zaczynało świecić! 🙂 Przepiękny widok! 🙂 Pojawiały się świecące własnym światłem drobinki i pewnie machalibyśmy tam tymi rękami dalej, ale trzeba było wychodzić.
Wieczór spędziliśmy na pokładzie środkowym, świętując urodziny jednego z nas: Zdzisia. Zdzisiu dostał tort ze świeczkami, cukiernik nie próżnował 🙂 Prócz tortu były jeszcze inne słodycze – najwyraźniej ktoś tu próbował nas nieźle utuczyć. Potem marynarze zorganizowali występ: poprzebierali się i tańczyli w rytm arabskiej muzyki. Jeden stał się małpą, drugi – kobietą z gumowymi cyckami 🙂 Naśladowców z naszej strony nie mieli wielu, ale kilka bardziej muzykalnych osób ruszyło na pokładowy parkiet. Ja natomiast ruszyłam do łóżka…

Wtorek

Poranną pobudkę pracowicie zignorowałam. Wilczy się zerwał i nawet nie hałasował przy tym za bardzo, ja odwróciłam się nosem do burty i spałam dalej 🙂 I doprawdy nie rozumiem, czemu zostałam przy śniadaniu powitana per “śpiąca królewna” :p
Dziś jest dzień parków narodowych. Rocky Island i Zabargad są wyspami położonymi niedaleko siebie – wreszcie coś widać na powierzchni. Pierwsze nurkowanie, to przed śniadaniem, było właśnie na Rocky Island. Wchodzili z zodiaka, a po wyjściu robili straszny hałas na pokładzie i przekrzykiwali się, że delfiny widzieli 🙂

Rocky Island
276 km od Port Ghalib
Maksymalna głębokość: ponad 100 m
Średnia głębokość: 30 m
Widoczność: 25-35 m

Drugie nurkowanie, pomiędzy śniadaniem a obiadem, też miało być na Rocky, dzięki czemu nie ominęły mnie te wszystkie piękne podwodne sytuacje. Oraz jedna atrakcja dodatkowa.
Płynę sobie spokojnie, majtam miękkimi płetwami, rozglądam się na boki, na rybki, na roślinki i nagle orientuję się, że coś jest nie tak. Widzę dookoła mnóstwo ludzi, płyniemy grupą z Mirkiem, tylko nie widzę Wilczego. Patrzę w prawo: koralowce i stworzenia podwodne. Patrzę w prawo: jakiś obcy gość. Odwracam się, za mną – nikogo. Pode mną nikogo, nade mną też nie bardzo… Gdzie jest ten Wilczy?!? Jeszcze raz. W prawo, w lewo, pod siebie, za siebie… Przyglądam się innym nurkom, ale nie, żaden nie wygląda jak Wilczy, raczej się piankami i sprzętem pod wodą nie pozamieniali. Odwracam się z powrotem, zastanawiając się, jak powiedzieć Mirkowi, że szlag trafił mojego partnura, może go rekin pożarł, a może gdzieś wlazł do jaskini i teraz tam zostanie na wieki, jak mam to powiedzieć pod wodą, przecież się nie da!… Jestem coraz bardziej zdenerwowana i nagle!… Przed moją twarzą pojawia się ta bezczelna gęba.
Znaczy, znalazł się! Znaczy, cały czas był gdzieś obok, tylko się chował, krył gdzieś w moim martwym punkcie, udawał, że go nie ma i że nie widzi moich jego poszukiwań, tak?!? I w ogóle jak śmie gdzieś znikać, przecież ja się tu denerwuję, no jak on tak może?!?
No i nie wiedząc, jak i kiedy, zrobiłam Wilczemu klasyczną awanturę na 12 metrach pod wodą, pokazując mu, że go uduszę, zabiję, że znika i ma tak nigdy więcej nie robić, bo go znowu zabiję!…
Chyba zrozumiał, bo coś mi tam odmachiwał rękami, a potem się odwrócił tyłem, z pewnością robiąc głupie miny.
Potem się tłumaczył, że musiał się przestać śmiać, bo by się utopił ze śmiechu…;p
Pilnowałam drania aż do wynurzenia…:)

zabargad

Podczas obiadu przecumowaliśmy do drugiej wyspy, Zabargad. Ta była całkiem spora i miała piękne podwodne otoczenie. Śliczna rafa otaczająca wyspę sprawiła, że snorklowanie miało duże powodzenie. Acz było nieco niebezpieczne, bo nasi marynarze właśnie polowali na rybki… Wystarczył kawałek żyłki z haczykiem na końcu i ołowiem gdzieś wyżej, na haczyku był kawałek ryby, leniwym ruchem wszystko zostało rzucone za burtę i zostawione samo sobie. Na jakieś… półtorej minuty? Potem wyciągano z wody rybkę, która lądowała w czeluściach staff only. Rybki wyciągali przeróżne, głównie szalenie kolorowe, aż żal było patrzeć, przecież to w akwarium powinno pływać, a w ogóle to to jest jadalne?… Ciekawe, jak smakuje. Niektórzy dowcipkowali, że oto nasza kolacja, ale nie – moim zdaniem marynarze sami pożarli te ryby 🙂

Zabargad
269 km od Port Ghalib
Maksymalna głębokość: ponad 100 m
Średnia głębokość: 16 m
Widoczność: 20-25 m

Tym razem nurkowaliśmy z łodzi, a wracać mieliśmy zodiakiem. I wszystko było fajnie do momentu powrotu. Najpierw trzeba odpiąć pas balastowy. Jedną ręką trzymając się pontonu starałam się odpiąć pas i nie opuścić go na dno, ale bardzo mocno falująca woda nieco mnie rozpraszała. W końcu, przy pomocy Tomka, udało się pozbyć balastu, teraz jeszcze tylko jacket z butlą i będzie spokój – tak mi się wydawało. Pozostało wskoczyć na ponton… I tutaj nastąpił zonk. Okazało się, że pomimo najszczerszych chęci na ponton nie wylezę. Mogę się go trzymać i tak płynąć obok, a raczej być wleczona, ale nie ma opcji, żebym sama wdrapała się na tę wysoką burtę (co ciekawe, jak byłam w środku pontonu, burta wcale nie była taka znowu wysoka ;p). Na szczęście dobrzy ludzie pomogli i wciągnęli mnie w jakiś sposób za wsiarz, dzięki czemu nie musiałam wracać na łódź z buta 😉
Tymczasem obok nasz Zdzisio usiłował utopić aparat. Poodpinał różne rzeczy, pooddawał na ponton i okazało się, że nie wszystko, co wypuścił z rąk, było oddane lub przypięte. Aparat zaczął dość szybko oddalać się w kierunku dna, a Zdzisio pomknął za nim. Dopadł drania nawet nie bardzo głęboko, tylko z małą ilością powietrza, ale zdążył zrobić przystanek dekompresyjny i wrócić w całości na łódź, gdzie jeszcze – na wszelki wypadek – został podpięty do tlenu. Czyli z zieloną maseczką na twarzy pozował do zdjęć 😉
W międzyczasie dopadł nas Mirek i zaczął przekonywać do powiększenia uprawnień. Ja miałabym zrobić AOWD, Wilczy – deepa. Usiłowałam się wyłgać jak tylko mogłam, ale w końcu padłam pokonana, Wilczy był już zdecydowany i tak oto zostaliśmy zaopatrzeni w dwie książeczki, grubą i chudą. Niestety, moja była ta grubsza.
Po drugie niestety, ciągle bolało mnie ucho. Co gorsza, zatkało się i kiepsko na nie słyszałam. Zaczęłam więc stosować egipskie kropelki na zmianę z polską oliwką oraz czyścić uszy, ale to nie pomagało za bardzo na słuch…
Po tych wszystkich atrakcjach czekało nas jeszcze nurkowanie nocne, na które poszliśmy tym razem z Caponim.

Plątaliśmy się w sumie tuż obok łodzi i na niedużych głębokościach, w kupie i dookoła siebie, bez jakiegoś sensownego planu i porządku. Gosia z Adamem znów byli Teletubisiami, my z Wilczym wysępiliśmy od nich po pałeczce i też świeciliśmy kolorowo, sama radość 🙂
Tym razem największą atrakcją była dla mnie Hiszpańska Tancerka – wielki, czerwony ślimak, delikatnie falujący całym sobą, nazwa istotnie adekwatna 🙂 Hiszpańska Tancerka wielokrotnie pokonywała trasę dno – dwa metry wyżej i z powrotem. Możliwe, że przy czyjejś zachęcie :p Dookoła niej kłębiło się stado czarnych gości z aparatami i kamerami. Bo było na co polować 🙂 Takie widoki rekompensują nawet jakieś niedogodności i te 11 kg balastu…;p
Poza tym pływała obok nas rozdymka, już nadęta, ogromna i wściekła 🙂 Były rybki śpiące w roślinkach, były stworzenia światłoczułe (zwijały się pod wpływem światła), były korytarze w rafie i było cudnie. I zawsze, jak jest cudnie, to trzeba wracać ;p
Wieczór znów spędziliśmy imprezowo na pokładzie środkowym – świętując dwusetne nurkowanie Izy 🙂

Środa

Przestałam już nawet słyszeć poranną pobudkę. Jestem cały czas śpiąca. Ci, którzy nurkują na nitroxie, mają więcej siły i energii, ja nurkując na powietrzu szybko się męczę i chce mi się spać. Ale nie mam uprawnień na nitrox, więc…;)
Dziś eksplorujemy obszar zwany Fury Shoal.
Pierwsze nurkowanie (w Shaab Maksur) miało być jednocześnie nurkowaniem kursowym Wilczego, więc czekałam jak na szpilkach na jego wyjście, bo byłam ciekawa, jak mu poszło. Mirek stwierdził, że dobrze, więc mogłam się już rzucić na śniadanie 🙂
Po śniadaniu dostałam z puli okrętowej jakieś tabletki na uszy. Nie podejrzewam, żeby jakoś specjalnie pomagały, ale brałam je regularnie do końca pobytu na wszelki wypadek.

Tymczasem dopłynęliśmy do rafy zwanej Dolphin House. I rzeczywiście! Dookoła raf stało całe mnóstwo łodzi, pomiędzy rafami pływało mnóstwo zodiaków, a między tym wszystkim plątało się stado delfinów. Całkiem spore stado 🙂
Zapakowaliśmy się na dwa zodiaki i wycieczka została zawieziona pomiędzy te delfiny. Ludzie skakali do wody, delfiny odpływały, ludzie wdrapywali się na pontony, pontony przewoziły ludzi do delfinów… i tak w kółko 🙂 W końcu nam się znudziło i wróciliśmy na łódkę, bo przecież trzeba nurkować ;p

Malahi
Maksymalna głębokość: 20 m
Średnia głębokość: 12 m
Widoczność: 20-25 m

Wilczy jak zwykle nurkuje na nitroxie. Ja wskakuję do wody z pewną taką nieśmiałością, sprawdzając, co powie na to moje ucho. Moje ucho, o dziwo, w wodzie zachowuje się bez zarzutu – boli dopiero na powierzchni. Jest spuchnięte i ewidentnie coś jest z nim nie tak. Ale po przeczyszczeniu na chwilę odzyskuję słuch, więc chyba dramatu nie ma…
Malahi to dużo korytarzy, przejść w rafie, kanionów i w ogóle jest pięknie, kolorowo i płytko. Przepływanie tymi dziurami to sama przyjemność, tylko trzeba uważać, żeby nic nie zniszczyć. A ludziki pchają się w najciaśniejsze miejsca.

Sha’ab Claudia
Maksymalna głębokość: 20 m
Średnia głębokość: 12 m
Widoczność: 20-25 m

Ucho ciągle boli, robi się to już nudne, szczególnie w połączeniu z głuchotą. Może powinnam cały czas nurkować, w wodzie nie czuję bólu, pewnie ze względu na ciśnienie 🙂
Sha’ab Claudia jest bardzo podobna do Malahi, tylko ma ciaśniejsze przejścia i węższe korytarze. Zdecydowanie jest tu bardzo interesująco. Głębokość żadna 🙂 Wszystko płytko, czasami tuż pod powierzchnią, można spokojnie zamienić butlę na fajkę. Ale dookoła rafy jest dość silny prąd, więc trzeba się pilnować, żeby gdzieś nie zniosło.

Z nocnego nurkowania ze względu na ucho rezygnuję, jednak muszę dać mu trochę odpocząć. Stoję więc na pokładzie nurkowym i przeszkadzam wszystkim, robiąc unikatowe zdjęcia z przygotowań. Teletubisie pozują, reszta się miota, ktoś wskakuje do wody. Bardzo fajnie wyglądają światła latarek w wodzie ze środkowego pokładu. Czasami są przyćmione, ewidentnie świecą przez rafę, czasem widać bardzo ostry i długi promień, czasem się coś miota, a czasem gdzieś znika.
Wilczy nurkował tym razem z Gosią i Adamem w teamie. Chwali się potem płaszczką w kropki i mureną. Phi ;p
Wypełniam trochę tych papierów na advanca, czyszczę ucho i padam spać.

Czwartek

Wilczy jak zwykle zrywa się rano i leci robić zaliczeniowego deepa. Ja potem będę musiała zaliczyć advanca, tylko to ucho…

Sha’ab Sharm
45 km od Marsa Alam
Maksymalna głębokość: ponad 100 m
Średnia głębokość: 25 m
Widoczność: 25-30 m

Czekam na nich jak zwykle na śniadaniu, jak zwykle wychodzą i pytlują, co widzieli. Wilczy sobie poradził, żyje, no dobrze, można coś zjeść 🙂 Przepływamy na kolejne miejsce. Naprawdę jestem pełna podziwu dla zdolności nawigacyjnych sternika. W dzień to jeszcze, zazwyczaj widać, gdzie są rafy, ale jak przepływamy w nocy z miejsca na miejsce, a oni mijają rafy bez problemu, przy sterze na górnym pokładzie jako jedyną pomoc mając GPS-a w komórce… No to szacun 🙂
Przyszedł czas na mojego advanca. Jesteśmy w miejscu Habili El Ghadir. Ucho jak zwykle, pakuję się w piankę, zakładam tabliczkę do pisania, Mirek wpisuje mi tam zadanie do wypełnienia. Przywiązuję jeszcze tabliczkę z kolorami, pustą butelkę z powietrzem oraz… Zuzannę. W końcu ona też powinna nurkować! 🙂

Na 30 metrów zeszliśmy na początku nurkowania. Mirek pokazał, że już – brać się za ćwiczenia, więc nasmarowałam na tabliczce odpowiedź na pytanie, przyjrzałam się zmiażdżonej ciśnieniem butelce (powietrze w butelce się skompresowało), przyjrzałam się kolorom na drugiej tabliczce i postanowiłam podpisać, co widzę, żeby potem na powierzchni zobaczyć, co mi zniknęło. No więc zniknęło wszystko poza żółtym, czy to właśnie dlatego octopus jest żółty?
Jak już wszystko skończyłam, to zerknęłam na komputer. Mówił, że bezdekompresyjnego czasu na tej głębokości to mi już zostały 3 minuty. Malutko!
Po ćwiczeniach zrobiliśmy normalne nurkowanie. Okazało się, że Zuzanna pływa najlepiej do góry nogami 🙂 Okazało się też, że mój manometr zwisa smętnie obok mnie i dynda, zamiast być przywiązanym. Wilczy coś majstrował, majstrował i tylko dlatego się zorientowałam, że coś jest nie tak. Napisałam mu na tabliczce – POPSUŁEŚ! – a on na to: SAMO SIĘ!… Aha.
Trafiliśmy na wielką ławicę bardzo ładnych niebieskich rybek. Pływały sobie i pływały stadem, kompletnie się nami nie przejmując. No wyglądało to pięknie 🙂

Na kolejnego nura, w Habili Marsa Alam, skakaliśmy z zodiaka, bardzo daleko od łodzi, z zamiarem powrotu zodiakiem także. Skok z pontonu to sama przyjemność, ale to wdrapywanie się z powrotem to sama nieprzyjemność. W dodatku była dość wysoka fala.
Podczas drugiego advancowego nurkowania Mirek postanowił mnie odciążyć. Po zanurzeniu zabrał mi 4 kg. Na 20 metrach pływało się całkiem fajnie i wygodnie, nie powiem 🙂 Ale problem się pojawił przy wyjściu na 10 metrów. Mieliśmy stawiać bojkę, na tych 10 metrach zaczęliśmy się przygotowywać, kiedy nagle okazało się, że lecę do góry. Wyciągnęłam rozpaczliwie ręce do Wilczego, ściągnął mnie niżej, ale co z tego, kiedy za chwilę znów wyskoczyłam. Tym razem na powierzchnię. Zmęczyłam się dramatycznie, usiłując zejść pod wodę, udało się dopiero piką w dół głową. Byłam przerażona tym, że skończę w śrubie zodiaka. Mirek oddał mi część balastu, wystarczyło do 5 metrów, było za mało i nie miałam szans na utrzymanie się pod wodą. Walka z wynurzeniem bardzo mnie zmęczyła, w dodatku zrobiło mi się chłodno, odezwało się znowu ucho i wszelkiego nurkowania miałam już serdecznie dość ;p

Sha’ab Marsa
18 km od Marsa Alam
Maksymalna głębokość: 30 m
Średnia głębokość: 14 m
Widoczność: 15-25 m

Z nocnego znowu się wykręciłam, ale tym razem zostałam w jadalni i patrzyłam na te pyszności, które wjeżdżały na bar, a także na wystrój komnaty 😉 Dookoła światełek w suficie pojawiły się kolorowe szmatki. A na barze – pieczony indyk! Potężny i przepiękny, ślinka aż ciekła na widok złotej skóry… To ostatnia kolacja na morzu, kucharz i cukiernik się postarali 🙂 No niech nurki już wyjdą z tej wody!
Wreszcie wyszli. Niesamowicie podekscytowani. Tym razem naprawdę spotkało ich coś niesamowitego, ławica maluteńkich rybek, płynących na oślep przed siebie, walących w nurków, którzy stali im na drodze, owczy pęd, psychologia tłumu, szaleństwo! Za mniejszymi, błyskającymi w świetle latarek, przypłynęły większe i te już mogły narobić siniaków, acz większość z nich zręcznie unikała spotkania z ciałem nurka. Oby tylko nie dostać w głowę!… No istna zupa rybna!
Wieczorem w kajucie czyścimy sobie uszy. Taki nasz codzienny rytualik. Wilczy w swoje ucho wpycha zwiniętą w trąbkę chusteczkę, wpycha, wpycha coraz głębiej i nagle mówi:
– O rany, ja nie mam mózgu!…
– Wilczy… – mówię ze zniechęceniem, zmęczona i zła. – Wystarczyło zapytać!

Piątek

Dziś jest ostatni dzień safari. Nurkowania do południa, żeby zachować 24-godzinny odstęp od latania samolotem. Na pierwszym nurkowaniu Wilczy widział stada barrakud (a przynajmniej tak twierdził) i słyszał delfiny.

Elphinstoun
276 km od Port Ghalib
Maksymalna głębokość: 75 m
Średnia głębokość: 30 m
Widoczność: 25-35 m

Po drugim nurkowaniu płuczemy i sprzątamy sprzęt. Płyniemy już do portu, lepiej wszystko pozdejmować z pokładu nurkowego. Część sprzętu wisi i się suszy na najwyższym pokładzie, część zabieramy do kajuty, z jednej z koi robiąc wystawkę. Jutro to pochowamy.
Po przybiciu do brzegu i ogólnym ogarnięciu łodzi nadchodzi moment pożegnania z załogą i wręczenia bakszyszu. Oni oczekiwali chyba na ten bakszysz już wczoraj podczas kolacji, ale z doświadczenia wiadomo, że po otrzymaniu bakszyszu załoga przestaje pracować – przecież już zapłacone… Dziwni ludzie.
Przed nami jeszcze wycieczka do naszej ulubionej knajpki na sziszę i kawę. Obowiązkowa wizyta w toalecie, tym razem idziemy we trzy: z Gosią i Izą. Okazuje się, że co prawda w kwestii zamknięcia kabin nic się nie zmieniło, ale za to teraz na każdej kabinie wisi kartka z dużą ilością arabskich robaczków 🙂 Idziemy do pana za barem z prośbą o otwarcie, pan próbuje najpierw łyżeczką, nie udaje mu się to, wraca zaraz z nożem (no trzeba było tak od razu!), wchodzi, spuszcza wodę i dopiero wpuszcza do kabiny nas. Nie jest źle 😉
Na łodzi trwa imprezka, trzeba w końcu wchłonąć ten alkohol, który się przyplątał z Polski albo z bezcłówek. Oglądamy filmy z nurkowania, po godzinie mam dosyć 🙂

Pierwsza część nurków odjeżdża zaraz po śniadaniu – lecą do Katowic i niebawem będą w domu. Nasza warszawska szóstka ma lot dopiero wieczorem, więc plączemy się po okolicy. Wycieczka na plażę kończy się fiaskiem, bo na plażę wejść nie wolno. Wszystkie sklepy w Port Ghalib obeszliśmy już pięć razy w kółko. Spakowaliśmy się, przygotowaliśmy się do wylotu. Łapiemy ostatnie chwile słońca i ciepła.
Na lotnisku okazuje się, że z naszej szóstki dwóch osób nie ma na liście pasażerów. Nic to, że mają bilet i rezerwację… Pan za biurkiem twardo mówi: trzeba czekać, aż samolot wyląduje. Robi się trochę nerwowo, ale po wylądowaniu samolotu wszystko się rozwiązuje, kończymy odprawę i robimy szybki przegląd sklepów. Rzuca mi się w oczy wielka, czerwona żmija…;)
Plastik Advanca przychodzi po mniej więcej dwóch tygodniach.
Pojechałoby się gdzieś pomoczyć zad…;)

Wyszperane w Sieci:
Al Farouk II – nasza łódź
Nurkersi – znowu 😉 serdeczne dzięki za pożyczenie części sprzętu 🙂

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *