Podróże, Włóczęga

Słowackie jaskinie, odsłona 2

Gdy w marcu jechaliśmy na Słowację, żeby obejrzeć kilka jaskiń, wiedzieliśmy już, że będziemy musieli wrócić latem. Niektóre jaskinie są czynne tylko w miesiącach letnich, zimą śpią w nich nietoperze i nie należy im w tym przeszkadzać 🙂  W marcu zobaczyliśmy jaskinie: Bielańską, Bystriańską, Domicę i Demianowską Jaskinię Wolności. W lipcu – Demianowską Jaskinię Lodową, Dobszyńską Jasknię Lodową, Jaskinię Ochtińską Aragonitową i Jaskinię Gombaszecką. Wszystkie pod opieką Zarządu Jaskiń Słowackich.

Na początku poprzedniego słowackiego wpisu jest spis istotnych informacji, który teraz uzupełnię o dane letnie 🙂  Latem wejść do jaskiń można co godzinę, od 9.00 do 16.00 (ostatnie wejście). Jednak jeśli zbierze się więcej chętnych, wejścia organizowane są na bieżąco, istnieje tylko limit osób na jedną grupę. Nie martwcie się więc, jeśli nie zdążycie na konkretną godzinę. Koszty od marca się nie zmieniły: bilet normalny kosztuje od 5 do 8 € (dane z lipca 2016 r.), bilet na fotografowanie i filmowanie (bez statywu!) 7-10 €. W jaskiniach lodowych naprawdę jest lód, co oznacza temperatury od -4 do 0°C. Pamiętajcie o tym, planując zwiedzanie! Podłoże zazwyczaj jest wygodne, betonowe, czasem metalowe, ale może być ślisko, więc właściwe obuwie też gra ogromną rolę. Tym bardziej, że do niektórych jaskiń trzeba podejść wysoko pod górę po skałach.

Dobszyńska Jaskinia Lodowa
Dobszyńska Jaskinia Lodowa

Zaczęliśmy od Demianowskiej Jaskini Lodowej. Jaskinia położona jest w Demianowskiej Dolinie, jakieś półtora kilometra przed Demianowską Jaskinią Wolności (warto zobaczyć, pisaliśmy o niej w poprzednim artykule), z którą stanowią jeden wielki system. Wyróżnia się trwale zalegającym lodem, chociaż w części udostępnionej nie ma tego lodu zbyt wiele. Szatą naciekową jest podobna do Jaskini Wolności. Ładnie, ale moim zdaniem wystarczy zobaczyć tylko Jaskinię Wolności, bo Dobszyńska Jaskinia Lodowa jest znacznie ciekawszą jaskinią lodową niż Demianowska. Trasa zwiedzania ma 650 m i przewyższenie 48 metrów, w środku czeka nas 645 schodów. Czas zwiedzania to 45 minut (zdążycie zmarznąć!). Wejście do jaskini znajduje się sporo powyżej parkingu (5 €), prowadzi do niego stroma ścieżka, której przejście zajmuje około 15-20 minut. Wdrapywanie się pod górę w trekkingowych butach, długich spodniach i z grubym polarem w garści jest nieco męczące, dlatego dobrze jest mieć jednak zapas czasu, żeby ochłonąć przed wejściem do jaskini, w której – szczególnie latem – panuje temperatura często niższa o 30 stopni od otoczenia…:)

Demianowska Jaskinia Lodowa - jedne ze stromych schodów
Demianowska Jaskinia Lodowa – jedne ze stromych schodów
Demianowska Jaskinia Lodowa - piękne wnętrza
Demianowska Jaskinia Lodowa – piękne wnętrza
Demianowska Jaskinia Lodowa - kratery
Demianowska Jaskinia Lodowa – kratery
Demianowska Jaskinia Lodowa - fantastyczna szata naciekowa
Demianowska Jaskinia Lodowa – fantastyczna szata naciekowa

Demianowska Dolina leży niedaleko Liptowskiego Mikułaszu. Po trudach podejścia do którejś z jaskiń warto poszukać w mieście wsparcia dla ciała 😉 My znaleźliśmy uroczą restaurację na rynku: Liptovska Izba. Mają dosyć duży wybór dań, serwują też nieśmiertelną pizzę (pizzę chyba można znaleźć wszędzie ;), a dania podają na własnej, glinianej zastawie stołowej. Ewidentnie się wyróżniają, co jest o tyle łatwe, że nie mają zbyt dużej konkurencji…;)

W Liptowskiej Izbie :)
W Liptowskiej Izbie 🙂
W Liptowskiej Izbie :)
W Liptowskiej Izbie 🙂

Zamówiliśmy oczywiście zupę czosnkową (klasyka: grzanki i ser), a na drugie kilka rodzajów mięsa w sosie przykryte plackiem ziemniaczanym oraz wieprzowe medaliony w sosie śliwkowym. Pysznie było! Z przyjemnością odwiedzimy jeszcze to miejsce 🙂 Tym bardziej, że niedaleko parkingu przy ulicy 1 Maja jest malutki sklepik, wetknięty między inne, a napis na oknie głosi: “Wino beczkowe”. Nie mogliśmy się oprzeć 🙂 W sklepiku jest 6 win z beczki: dwa wytrawne – Frankovka Modra (czerwone) i Veltlínske zelené (białe) oraz cztery słodkie i półsłodkie. Koszt litra wina to niecałe 2 €. Plus koszt plastikowej butelki (0,20 €). Każdego wina z beczki można spróbować 🙂 Dodatkowo są oczywiście wina butelkowane i jakieś przekąski. Dobrze, że do samochodu blisko, bo nie wyszliśmy stamtąd z pustymi rękami…;)

Na nocleg wybraliśmy uroczą wieś Vernar, położoną na skraju Słowackiego Raju i Penzion Sabina. Pensjonat mieści się na końcu wsi, za nim jest jeszcze jeden ośrodek (okupowała go jakaś kolonia, na szczęście nie było zbyt głośno). Można iść na spacer do lasu, na okoliczne wzgórza lub do wsi. W samym pensjonacie są pokoiki z łazienkami, niekoniecznie bardzo komfortowe (drzwi do łazienki nie otwierały się do końca, bo przeszkadzało w tym łóżko), ale dosyć wygodne. Wszystko urządzone w drewnie, ciepłe i przytulne. Do dyspozycji gości jest sala z bilardem, stołem do ping-ponga i piłkarzykami oraz stołówka, gdzie można zamówić coś do zjedzenia czy piwko. My jedliśmy tylko zupę pomidorową i była naprawdę w porządku. Przed wejściem jest coś w rodzaju zadaszonej werandy, kilka drewnianych stołów i ław, można usiąść i w pięknych okolicznościach przyrody korzystać z dobrze zaopatrzonego baru 🙂 Jedynie parking nie jest zbyt duży, ale spokojnie można zostawić auto na drodze dojazdowej. Ruchu nie ma (bo to przedostatni budynek we wsi), raczej jest bezpiecznie. Wi-Fi jest marne, najlepiej odbiera w świetlicy, poza nią właściwie nie ma zasięgu.

Następnego dnia pierwsze kroki skierowaliśmy do Dobszyńskiej Jaskini Lodowej. Jest czynna tylko 4,5 miesiąca w roku, bo zimują w niej nietoperze 🙂 Podejście do niej zajmuje około 25 minut. Warto wziąć to pod uwagę, żeby mieć czas na odpoczynek przed wejściem do środka, szczególnie w upalne dni. Jest jedną z najcenniejszych jaskiń lodowych na świecie. Tym razem, w przeciwieństwie do Jaskini Demianowskiej Lodowej, lodu było naprawdę dużo. Poza lodowymi ścianami, podłogą, jęzorami i rzeźbami, były też fantastyczne lodowe tunele 🙂 Podobno do 1946 roku była tu dozwolona rekreacyjna jazda na łyżwach przez cały rok, a w latach 50. trenowali tu czechosłowaccy łyżwiarze. Zwiedzanie trwa około 30 minut, udostępniona trasa to 515 metrów. Wystarczy, aby się zachwycić 🙂 Nieco nieprzyjemne jest natomiast wyjście na powierzchnię, w oblepiający ciało wilgotny upał…

Dobszyńska Jaskinia Lodowa
Dobszyńska Jaskinia Lodowa
Dobszyńska Jaskinia Lodowa
Dobszyńska Jaskinia Lodowa
Dobszyńska Jaskinia Lodowa
Dobszyńska Jaskinia Lodowa
Dobszyńska Jaskinia Lodowa
Dobszyńska Jaskinia Lodowa

Następnym punktem programu była jaskinia Ochtińska Aragonitowa. Tutaj na szczęście nie trzeba już się wspinać, podejście od parkingu jest łagodne, a sprzed budynku roztacza się piękny widok na góry. Tym razem w środku jest nieco cieplej (niecałe 8°C), ale niech Was to nie zwiedzie 🙂 Długość trasy to 300 metrów, z tym, że najpierw trzeba dojść sztolnią o długości 144 metrów (104 schody). Czas zwiedzania to około 30 minut. Jaskinia jest oczywiście unikatowa w skali światowej ze względu na szatę naciekową…:) Tworzą się tam piękne skupiska “krzaczków”, z których powstają całe plantacje 😉 Jest na przykład zespół nacieków zwany Drogą Mleczną. Poza tym są fantastyczne dziury w skałach, niczym dziury w serze 🙂 W jaskini dominują trzy kolory: biały – to krzaczki, czerwony i czarny. Warto przyjrzeć się szczegółom, bo “krzaczki” nie są zbyt duże, ale piękne.

Ochtińska Jaskinia Aragonitowa
Ochtińska Jaskinia Aragonitowa
Ochtińska Jaskinia Aragonitowa
Ochtińska Jaskinia Aragonitowa
Ochtińska Jaskinia Aragonitowa
Ochtińska Jaskinia Aragonitowa
Ochtińska Jaskinia Aragonitowa
Ochtińska Jaskinia Aragonitowa
Ochtińska Jaskinia Aragonitowa
Ochtińska Jaskinia Aragonitowa – Droga Mleczna 🙂

Tym razem nocleg mieliśmy zarezerwowany w Rożniawie, w Guest House Luxury. Faktycznie nie było łatwo trafić, chociaż to w centrum miasta, w długim budynku, z lokalami usługowymi na dole. Przy skrzyżowaniu głównych ulic. Nad jednym z wejść jest nieduży szyld, jest też domofon, ale trzeba się umówić na konkretną godzinę, bo inaczej nie zastaniemy nikogo, kto by nam dał klucz od pokoju. Wejście do budynku jest też z tyłu, od strony parkingu. Pokoje, zupełnie niespodziewanie, są przestronne i nowocześnie urządzone 🙂 W środku jest elegancko, w łazience znajdziemy miniaturki kosmetyków, a klimatyzacja pozwala utrzymać rozsądną temperaturę w pokoju. Do dyspozycji mamy niedużą lodówkę, a jak poprosiliśmy, to dostaliśmy też czajnik elektryczny. Wi-Fi działa nieźle, chociaż może być kapryśne.

W ramach obiadu wylądowaliśmy w restauracji Trzy Róże, mieszczącej się na rynku. Restauracja ma ogródek, było gorąco, ogródek był zajęty, usiedliśmy we wnętrzu i pomimo zapachów jedzenia z zaplecza nie było źle. Zdecydowaliśmy się na specjalności kuchni: pierś kurczaka z brzoskwiniami i mieszanka mięs. Było smacznie, chociaż porcje nie przerażały wielkością. Toaleta natomiast pozostawiała wiele do życzenia…

Obiad w Trzech Różach
Obiad w Trzech Różach
Obiad w Trzech Różach
Obiad w Trzech Różach

Ponieważ dzień jeszcze był młody, ruszyliśmy do kolejnej atrakcji: Wąwozu Zadielskiego, leżącego we wschodniej części Słowackiego Krasu. Okazało się jednak, że jak na wędrówki szlakami turystycznymi to jest już dosyć późno – szliśmy pod prąd, wszyscy już z wąwozu wracali 😉 Nie zraziło nas to, podreptaliśmy przed siebie, podziwiając meandrujący Błotny Potok i wapienne, popękane skały po bokach. Średnia głębokość wąwozu to 300 m, a najwęższe miejsce to zaledwie 10 m. Bardzo tam urokliwie! Szumiący potok czasami zagłuszał nasze myśli, słońce już tu nie dochodziło (minęła 18.00), było stanowczo, choć nie bardzo upierdliwie pod górkę, gorąco, a jednocześnie wietrznie ;p I POD GÓRKĘ. Kiedy odmawiałam człapania dalej, Wilczy maszerował do przodu mamrocząc, że on tylko zobaczy, co jest za najbliższym zakrętem. Patrzyłam na niego wzrokiem pełnym potępienia, po czym szłam za nim. Potem tylko do mostku. Potem jeszcze do tej dziury w skale. I tak wreszcie doszliśmy do końca wąwozu… To już został rzut beretem do schroniska, czynnego od 10.00 do 17.00. Słowacja!…:)

Porzuciliśmy dalszy ciąg szlaku, ponieważ wiódł w górę i pewnie jego przejście zajęłoby nam jeszcze ze dwie godziny, a tymczasem wieczór zbliżał się wielkimi krokami. Z tabliczki dowiedzieliśmy się, że powrót do wsi Zadiel zajmie nam 55 minut, roztoczyłam wizję powrotu w ciemnościach, wybijania sobie zębów na skałkach i kamulcach, opędzanie się od dzikich zwierząt żądnych naszej krwi… I w efekcie 40 minut później byliśmy już przy samochodzie 🙂 No fakt, było z górki…;)

Wąwóz Zadielski, Słowacki Kras
Wąwóz Zadielski, Słowacki Kras
Wąwóz Zadielski, Słowacki Kras
Wąwóz Zadielski, Słowacki Kras
Wąwóz Zadielski, Słowacki Kras
Wąwóz Zadielski, Słowacki Kras
Wąwóz Zadielski, Słowacki Kras
Wąwóz Zadielski, Słowacki Kras

Następnego dnia postanowiliśmy na do widzenia obejrzeć jeszcze jedną jaskinię – Jaskinię Gombaszecką. Charakteryzuje się naciekami w kształcie nitek 😉 Parking był tym razem bezpłatny, ale niespodzianką jest fakt, że po bilet do jaskini trzeba pójść w zupełnie innym kierunku niż sama jaskinia 🙂 Na szczęście na parkingu są tablice informacyjne, wystarczy popatrzeć wokół siebie, żeby się zorientować w kierunkach. Wyjątkowo tym razem nie trzeba było podchodzić kilometrów pod górę, wejście do jaskini jest tylko ciut wyżej niż parking. Czas zwiedzania to około 30 minut, w środku panuje temperatura około 9°C i czeka na nas 87 schodów. Jaskinia jest ładna, duże wrażenie robią skupiska stalaktytów rurkowych, nazywanych makaronikami. Ich długość sięga do 3 m i są puste w środku, przez co bardzo delikatne. Uważajcie, żeby niczego nie dotknąć i nie zniszczyć, bo taki makaronik rośnie tysiące lat…

Jaskinia Gombaszecka - gotyckie przejście
Jaskinia Gombaszecka – gotyckie przejście
Jaskinia Gombaszecka
Jaskinia Gombaszecka
Jaskinia Gombaszecka. Ja tu widzę marchewki :)
Jaskinia Gombaszecka. Ja tu widzę marchewki 🙂
Jaskinia Gombaszecka
Jaskinia Gombaszecka
Jaskinia Gombaszecka
Jaskinia Gombaszecka

Kilka słów podsumowania…

Słowacja, niegdyś kojarzona z lekkim powiewem Zachodu, teraz bardziej przypomina Polskę sprzed 20–30 lat. Kiedyś, jak wjeżdżało się do Czechosłowacji, witały nas uporządkowane gospodarstwa, zadbane domki, ogródki, płotki, ładne, kolorowe, czyste. Teraz wita nas gorszy asfalt, bałagan, szarzyzna. I puste ulice, szczególnie w miastach wieczorami. W Rożniawie były dwie restauracje, przy czym w jednej z nich o 21.00 zamykano już kuchnię. Centrum miasta straszy jakimś opuszczonym budynkiem. Zaplecza budynków to dziury i błoto. Zupełnie tak, jakby tamten blichtr powoli umierał, jakby nikomu się nie chciało inwestować w otoczenie (chociaż to nie do końca prawda, bo same rynki miast są ładne i zadbane, ale takie trochę bez życia). Przeświadczenie, że Słowacy spędzają czas w knajpach, jest najwyraźniej mylne.

Ale nie samymi miastami i knajpami Słowacja stoi (na szczęście ;). To piękny kraj, natura zrobiła tu dużo dobrego 🙂 Wystarczy wspomnieć wyjście z Tesco w Popradzie… Wychodzi się prosto na góry 🙂 Droga numer 66 ma bardzo malowniczy, pełny serpentyn, widokowy fragment. Miejsca stricte turystyczne są faktycznie zadbane i uporządkowane, a jedzenie fantastyczne 🙂 No i wszechobecne góry.

Toalety to w ogóle osobny temat. Zazwyczaj te obok wejścia do jaskiń są porządne, czyste, pachnące, nie brakuje papieru toaletowego oraz ręczników papierowych. Niestety, te w knajpach są w znacznie gorszym stanie: często zniszczone, niezadbane i z brakami. A mówiąc wprost: śmierdzą. Na tym polu Słowacja ma jeszcze sporo pracy.

Wychodzi nam jednak kraj kontrastów 😉

Parking przy autostradzie D1.
Parking przy autostradzie D1
Serpentyny na drodze krajowej nr 66
Serpentyny na drodze krajowej nr 66
Droga nr 67
Droga nr 67
Taki tam kawałek Słowacji...;)
Taki tam kawałek Słowacji…;)
Widok na Wysokie Tatry
Widok na Wysokie Tatry

Wyszperane w Sieci:
Strona Zarządu Jaskiń Słowackich, dużo przydatnych informacji
Restauracja Liptovska Izba w Liptowskim Mikułaszu
Restauracja Trzy Róże w Rożniawie

(lipiec 2016 r.)

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *