Wyprawy, Włóczęga

Sycylia, Rzym

(listopad 2010 r.)

Słoneczna Italia, czyli miłe złego początki

Pobudka koło 4 rano uświadomiła nam, że wcale nam się nie chce jechać na żadne wakacje. Bo co to za wakacje, na których się nie da rady wyspać? ;-p Na lotnisku jak zwykle szopka z wyciąganiem wszystkiego z plecaków. Jedziemy tylko z bagażem podręcznym, w którym jest wszystko, całą elektronikę i płyny musimy wyłożyć do przeglądu, paski, spinkę do włosów, ja dodatkowo muszę wyskoczyć z butów. Zbieranie tego potem, upychanie do plecaków, zakładanie na siebie zajmuje strasznie dużo czasu, więc miotamy się za bramką, klnąc pod nosem, również na wczesną porę. Wreszcie – w samolocie do Bergamo – możemy chwilę przysnąć… chociaż nie na długo. Widok Alp z góry jest absolutnie przecudny 🙂
Lotnisko Orio al Serio w Bergamo. Namierzamy toalety, potem bankomat. Jest!… Wsuwam kartę w szczelinkę, bankomat każe czekać. Czekam. No dobra, doczekałam się wyboru języka. Dokładnie czytam wszystkie napisy. Wolno wybrać kwotę, wklepuję 500 euro. Potem PIN, potem bankomat myśli długo, aż wreszcie oznajmia, że nie może wykonać tej operacji i oddaje mi kartę. Hm. Może nie ma tyle pieniędzy? Do wyboru było maksymalnie 200 euro…
Drugi bankomat robi dokładnie to samo, za trzecim razem zatem decyduję się wyjąć po prostu 200, już trudno, pieniądze jakieś mieć musimy!… Tym razem bankomat daje kasę bez problemu, czemu nie. Ufff… 😉

 

IMG_0089

Nadal mamy mnóstwo czasu, idziemy więc do informacji turystycznej, wyrywamy im mapy miasta i okolic oraz rozkład jazdy autobusów i za 4 € od osoby (bilet jest ważny na całą komunikację w mieście) jedziemy do Città Alta – Górnego Miasta w Bergamo. To ichniejsze stare miasto, uroczo położone na wzgórzu i otoczone murami. Pół godziny później wysiadamy na małym placyku, chyba niedaleko szkoły, i ruszamy przed siebie…

Kosztorys (2 osoby)
Przeloty: 1462 zł
Noclegi: 250 €
Bilety wstępu: 70 €
Przejazdy: 188 € (autobusy), 62 € (kolejki linowe)
Jedzonko: 346 €

Kawiarenka ze śniadaniem – Caffetteria Corsarola Ivan Cafe – obowiązkowa. Z karty wybieramy jakieś bułki, kelner tłumaczy nam z przejęciem, że nie mamy na nie szans, bo piekarnia przywozi chleb dopiero o 11, więc musimy sobie wybrać rogala albo nic. Bierzemy rogale z czekoladą. Dla mnie latte.
– Latte? – dopytuje się kelner. – Samo latte?
– No kawa latte – odpowiadam zdezorientowana.
– Latte macchiato, znaczy!… – podpowiada kelner. – Latte to mleko. Latte macchiato to mleko z odrobiną kawy…
Yhm. Trzeba się będzie nauczyć miejscowych zwyczajów 😉
Toaleta w knajpce włoska, czyli kran uruchamia się pedałem w podłodze, co może być zaskoczeniem dla europejczyków z północy…
Spacerujemy po Bergamo, uciekając stonce – albo turystycznej, albo młodzieży szkolnej na wycieczkach krajoznawczych. Nie dajemy się też rozjechać, z czym na szczęście nie ma większego problemu, bo co prawda chodzi się tu ulicami, ale piesi mają jakieś większe poważanie na starym mieście. Oglądamy zabytkowe mury, kościoły, plączemy się wąziutkimi chodniczkami na tyłach nie wiadomo czego, podziwiamy widoki ze wzgórza. Podobno w ładną pogodę widać stąd Alpy. Na Piazza Duomo natykamy się na jakiś skomplikowany kalendarz słoneczny na bruku, ze znakami zodiaku i innymi rzeczami, z których niewiele rozumiemy. Zresztą kalendarz chyba teraz nie spełnia swojej roli, bo znajduje się częściowo pod podcieniami budynku. A my musimy już wracać na lotnisko…
– Nie rozumiem, czemu mówią, że to lotnisko w Mediolanie – mamroczę do Wilczego. – Do Mediolanu stąd jest 50 km!… A do Bergamo 5. Gdybyśmy nie wiedzieli o Bergamo, to te 6 godzin spędzilibyśmy bez sensu na lotnisku, łażąc z kąta w kąt… No dobra, to gdzie ten autobus?…

Uparcie nazywałam samoloty autobusami, bo transport powietrzny przestał być takim luksusem, jak kiedyś. Po prostu: wsiadasz do autobusu, rzucasz się na jakieś miejsce przy oknie i jakiś czas później wysiadasz gdzie indziej. A jeszcze z przesiadką, to oczekiwanie na dworcu…
Potem okazało się, że podobne odczucia miał (tylko ponad 10 lat wcześniej) Bill Bryson, amerykański dziennikarz. Fragment “Zapisków z wielkiego kraju”:
“Ten romantyzm już dawno zniknął. Dzisiaj w Ameryce samoloty pasażerskie są jak autobusy ze skrzydłami, a linie lotnicze, niemal bez wyjątku, traktują swoich pasażerów jak niewygodny hurtowy ładunek, który zgodzili się w pewnym momencie przetransportować z miejsca na miejsce, a teraz gorzko tego żałują.”

Na lotnisku kolejki do bramki bezpieczeństwa pilnują tajni agenci Ryanaira, którzy mają za zadanie sprawdzanie wielkości bagażu i odsiewanie już tutaj tych, którzy chcieliby przemycić na pokład samolotu centymetr więcej walizki niż można. Przeszliśmy ze śpiewem na ustach, chociaż nasze plecaki są mocno szerokie, ale widocznie wyglądają na takie, które da się skompresować do regulaminowych 20 cm. Znowu szopka z wyskakiwaniem z butów oraz wyładowywaniem całej zawartości plecaków do siedemnastu kuwet. Panią za monitorkiem zaintrygowała moja czołówka, wzięta absolutnie na wszelki wypadek, widocznie na monitorku wyglądała podejrzanie. Potem trzeba pamiętać, żeby wszystkie zabawki pozbierać do kupy i niczego nie zostawić…:)
W ostatniej kolejce, z pokazywaniem kart pokładowych, pieczołowicie wydrukowanych wcześniej na kolorowej drukarce, okazuje się, że tym razem mamy na pokładzie “priorytety”, czyli osoby, które zapłaciły za traktowanie ich lepiej niż resztę motłochu. To bardzo malownicza para: oboje w kapelusikach, dystyngowani, starsi państwo, żartowaliśmy sobie, że to przedstawiciele owej słynnej sycylijskiej mafii, ale oni raczej nie lecieliby Ryanairem. Zubożała mafia – zgodziliśmy się 🙂 “Priorytety” przeszły pierwsze przez bramkę, po czym utknęły przy zamkniętych drzwiach na płytę lotniska. A zaraz za nimi ustawiła się cała kolejka reszty motłochu. Stojąc w połowie schodków gapiliśmy się bezmyślnie na płytę lotniska, marząc o łóżku. Wreszcie wypuścili tłuszczę i już można było na piechotkę przebiec się po lotnisku do samolotu. Miejsca oczywiście nienumerowane, więc wchodząc do samolotu tylko pytałam Wilczego: prawa czy lewa strona? A on dokonywał w swojej głowie szybkich rachunków i orientacji w terenie i wybierał stronę przeciwną niż słońce, żeby można było bezkarnie gapić się przez okno. Jeden ze stewardów był Polakiem, rzut oka na nasze karty pokładowe i zamiast zwyczajowego: “Hello!”, ewentualnie “Bongiorno!” usłyszeliśmy “Dzień dobry!” 🙂 Potem okazało się, że pomimo ograniczonych rozmiarów przysługującego bagażu podręcznego, w samolocie nie ma miejsca na wszystkie wniesione walizki, stewardzi biegali po całym przedziale, szukając wolnego miejsca na różne bagaże podręczne, zatem my nasze kurtki upchnęliśmy pod nogami.
Niebawem znaleźliśmy się już nad Sycylią i podchodziliśmy do lądowania. Samolot usiadł dość twardo, po czym… z głośników popłynęła muzyczka i brawa!… Prawie spadłam ze stołka. No tak, nigdy dotąd nie leciałam Ryanairem, nie miałam pojęcia, że takie są tu zwyczaje…
Weszliśmy do budynku lotniska Palermo, rozejrzeliśmy się, oczywiście pierwsze kroki skierowaliśmy do toalety, potem do informacji turystycznej, gdzie kupiliśmy bileciki na podróż do miasta (5,80 €). Przystanek autobusowy jest z prawej strony po wyjściu z budynku lotniska, autobusy odjeżdżają co pół godziny i do pierwszego się nie zmieściliśmy, bo zostało tylko jedno miejsce. Utknęliśmy na przystanku razem z “priorytetami”.
Do Palermo dotarliśmy już po ciemku. Pojechaliśmy na sam koniec trasy, chociaż mnie trochę ciągnęło, żeby wysiąść wcześniej, ale Wilczy siedział od korytarza i nie było jak uciec ;-p Wysiedliśmy przed dworcem kolejowym i utknęliśmy.
– To co robimy? Poza kolacją?…
Ustaliliśmy, że jednak spróbujemy pojechać dziś jeszcze do Catanii, moglibyśmy od jutra rozpocząć zwiedzanie, szkoda tracić dnia na przemieszczanie się. No dobrze, ale skąd odchodzą autobusy?…
Po przespacerowaniu się po dworcu, wyszliśmy z niego na inną stronę i trafiliśmy na gniazdo autobusów. Stały tam wszystkie, tuż obok siebie, na ulicy, bez żadnego ładu i składu, ot tak po prostu. Kilka firm przewozowych obok siebie, a między nimi BBB – Big Bus Bar 😉 Bar ominęliśmy szerokim łukiem i trafiliśmy na miejsce postoju autobusów firmy SAIS, gdzie za 14,20 € od głowy kupiliśmy bilety do Catanii. Na 19.00, przytomnie postanawiając coś wcześniej zjeść. Obiad. Kolację. Cokolwiek…
Czymkolwiek okazało się żarcie w podle wyglądającej knajpce gdzieś z drugiej strony dworca, jedynej, którą znaleźliśmy, a która nie wyglądała na dom meneli. Góry śmieci wszędzie trochę zniechęcały do spaceru po mieście, na szczęście ciemności litościwie przykrywały ten dworcowy koszmar. Zamówiliśmy risotto i gnocchi i nawet było smacznie, za całość – razem z piwem – zapłaciliśmy 18 € i poszliśmy szukać autobusu. Tego właściwego, jedynego spośród tysięcy. O dziwo – znaleźliśmy i ostatni etap podróży został rozpoczęty…
Dwie godziny i 40 minut później wysiedliśmy w Catanii, w sumie przedrzemawszy większą część dnia, więc nawet nie tak bardzo zmęczeni. Okazało się, że jesteśmy na czymś w rodzaju dworca autobusowego, tuż obok dworca kolejowego, nocleg mamy zarezerwowany od jutra, a poza tym jest on daleko, ale tak czy siak spróbujemy się tam dostać. Najwyżej okaże się, że musimy spać pod drzewem. Ale zanim ruszymy szukać hostelu, warto obejrzeć rozkład jazdy autobusów, wszak może nam się to przydać, bo od jutra ruszamy w Sycylię.
Ledwo stanęliśmy przed rozkładami odjazdów z poszczególnych stanowisk, już usłyszeliśmy za plecami:
– Taormina, Taormina, Syrakuza, Etna…
– E, nie, żadna Taormina – powiedziałam uprzejmie w odpowiedzi.
– Informazione? Informazione? – zmienił ton pan za plecami. A to owszem, może się przydać.
– Informazione – zgodziłam się, patrząc z zainteresowaniem, co on na to, licząc, że może pokaże nam, gdzie tu jest informacja jakakolwiek, a najlepiej turystyczna. Pan jednak wrócił natychmiast do swojej śpiewki z Taorminą w tle, więc również ja straciłam dla niego zainteresowanie. Chyba oszalał, ja tu spać przyjechałam, co mi będzie zawracał głowę Taorminą!…
Znaleźliśmy i sfotografowaliśmy rozkład jazdy do Syrazkuz, po czym poszliśmy do hostelu…
Po drodze pokłóciliśmy się z siedemnaście razy, którędy należy iść, bo albo jakieś mury, albo inne wynalazki, a mapka kiepska, ale w końcu – mocno dookoła – trafiliśmy na właściwą kamienicę.
– To ta najbardziej obdrapana – oznajmił Wilczy radosnym tonem.
Hmmm… No faktycznie, hostel wyglądał z zewnątrz, jakby przeżył dwie wojny światowe i atak naćpanych terrorystów. No, ale tabliczka “SVEVA B&B” wisi, więc ryzykujemy i dzwonimy. Jeszcze wcześnie, raptem trochę po 22…;)
Zostajemy wpuszczeni (domofon działa), wchodzimy na klatkę i wędrujemy do góry, bo dochodzą do nas jakieś głosy. Ewidentnie w tonie pytającym.
– Bed and breakfast? – pytam w odpowiedzi, na co głosy przechodzą na prawie-angielski, ton zmienia się na potakujący, więc wędrujemy wyżej. Gdzieś w okolicach 2 piętra dopada nas starszy, łysawy jegomość, szeroko się uśmiechający i ciągnący nas do góry. Wygląda to tak, jakby mimo wszystko były wolne łóżka, więc wędrujemy na 3 piętro i wchodzimy do mieszkania, gdzie wpadamy na panią do kompletu z jegomościem, małą dziewczynkę z nieustającym słowotokiem oraz kotka. Formalności zostawiam Wilczemu, dogadują się trochę po angielsku, bardziej na migi, ale się dogadują, miejsce oczywiście jest, zaraz dostaniemy pościel, trzeba pokazać jeden paszport i już wędrujemy na pierwsze piętro do przydzielonego nam pokoju. Pan pokazuje kuchnię i łazienkę, a następnie bierze się za rozliczenia. Powinniśmy dopłacić 81 € za noclegi rezerwowane przez internet oraz 30 € za tę nockę dzisiejszą, znienacka. Razem – 111 €. Oddaję Wilczemu portfel i zaczynam powoli rozkładać się w pokoju, trochę patrząc na mapę, trochę ot tak siedząc. Wilczy wraca za kilka minut i mówi, że jesteśmy jeszcze im winni 6 €.
– Jakim cudem?…
– No tak wyszło z rozliczeń.
Kobieca logika tego nie zniosła, dodawanie w zakresie do 111 u mnie działa, więc wypchnęłam Wilczego z powrotem do pana, żeby poprawili swoją matematykę i żeby odzyskał marną resztkę naszych eurasków. Nie ma opcji, żebyśmy zapłacili jeszcze blisko 20 € więcej, o nie…
Matematyka wróciła na swoje miejsce, rozgościliśmy się w pokoju, prysznic – mały i ciasny, ale z ciepłą wodą był zbawieniem, ustawiliśmy budziki na koszmarną godzinę 6.50 i padliśmy spać na porządnym, podwójnym łóżku.

Syrakuzy

Śniadanie składało się z kawy, którą pan zaparzył dla nas, jednocześnie pokazując Wilczemu jak się obsługuje zaparzacz, oraz rogalików z dżemem. Smaczne, chociaż mało, nawet jak na mnie. Dlatego w drodze z powrotem na dworzec zajrzeliśmy do pasticerii i kupiliśmy kilka pizzopodobnych bułek, jeszcze ciepłych, z pomidorami przyklejającymi się do wszystkiego. Pyyycha!
Po drodze skorzystaliśmy jeszcze z potwornie powolnego bankomatu oraz rzuciliśmy okiem na Piazza del Duomo, o którym przewodnik pisał, że rankiem działa tu targ rybny. Prócz kilku stoisk z owocami w uliczce na dalekich tyłach placu żadnych ryb nie widzieliśmy, ale postanowiliśmy tę informację sprawdzić dnia następnego. Przy okazji odkryliśmy biuro informacji turystycznej, jeszcze zamknięte.
Na dworcu okazało się, że autobus co prawda odjeżdża, ale bilety kupuje się w budce w zupełnie innym miejscu. W jakim miejscu, na bogów???… Ano musimy wyjść z dworca (Dworzec!… Kawał placu otoczony betonowym płotem, ze stanowiskami z jednej strony, szlabanem i wyjściem dla ludzików z drugiej strony, twardo przechodziliśmy pod szlabanem kilkakrotnie, bo do oficjalnego wejścia było za daleko ;), przejść przez trzy ulice i gdzieś tam w okolicy będzie biuro. Czy mamy na to jeszcze czas? – pytamy niespokojnie kierowców, kręcących się przy autobusach na papierosku. Zdążymy bez problemu, machają nam rękami, więc idziemy. Bilet Catania – Syrakuzy powrotny: 8,80 €.
Potem okazuje się, że bilety na autobusy kupuje się w tym kraju w najdziwniejszych miejscach, więc istnienie biura przewoźnika jest i tak luksusem.
W Syrakuzach wysiedliśmy oczywiście na “dworcu”. Dobrze, że chociaż stał słupek z rozkładem jazdy autobusów dalekobieżnych, sprawdziliśmy, o której mamy powrót i ruszyliśmy mniej więcej w kierunku centrum miasta. Historycznego centrum, czyli na wyspę Ortygię, połączoną ze stałym lądem mostami. I zaczęliśmy eksplorację przewodnika…
Po drodze na Ortygię trafiliśmy na mecz piłki kajakowej…;) Pomiędzy dwoma mostami, prowadzącymi na wyspę, plątało się dwóch gości w kajakach i rzucali piłką do bronionych przez siebie bramek-koszy, przymocowanych do mostów. Na tyle to było zajmujące, że ludzie przystawali, żeby popatrzeć. Rzadko kiedy piłka lądowała w koszu, częściej w wodzie, wzbijając fontanny.
Do mostowej latarni przyczepionych było mnóstwo kłódek. Często jedna do drugiej. Na każdej były inicjały dwóch osób i dopisek w stylu “Ti amo” 🙂 Domyślam się, że kluczyki od kłódek zakochani wrzucali do morza… Ciekawe, ile z tych miłości przetrwało do dziś.
Przewodnik wspominał o świątyni Apollina i nawet umieścił ją na mapce, ale mapka była mocno niedokładna i w rezultacie gruzy, na które trafiliśmy, nic nam nie powiedziały. Być może trzeba by je obejść wkoło, żeby znaleźć ich opis, tymczasem mnie ciągnęło do mercato – targu, który – według przewodnika – odbywa się naprzeciw świątyni. Trochę to znów naciągane, bo nie naprzeciw, tylko w uliczce, która odchodzi za świątynią z placu w bok, ale udało nam się trafić między stoiska ze świeżymi rybami, owocami i mięsem. Krewetki po 8 € 🙂
Przeszliśmy targ, zachwycając się fioletowymi kalafiorami, potężnymi bakłażanami, wielkimi kawałkami ryb, ogromną ilością skorupiaków, warzywami i owocami kompletnie nam nieznanymi. Taka ilość jedzenia wprawiła mnie w euforię, najchętniej bym tam zamieszkała 😉 Uliczka targowa jednak się skończyła, bo skończył się ląd i poszliśmy obejrzeć morze. Wszak jesteśmy na wyspie, morza nam się chce!…
Spacer tak wąskimi uliczkami, że dwa motory muszą bardzo uważać przy mijaniu, doprowadził nas z drugiej strony do owych pierwszych ruin, na które trafiliśmy na Ortygii. Faktycznie okazały się one być świątynią Apollina, zatem obejrzeliśmy je od tyłu i powędrowaliśmy dalej, szukać informacji turystycznej, która wyjątkowo była tam, gdzie zaznaczono ją na mapie w przewodniku. Dostaliśmy tam wielką płachtę z mapą miasta z zaznaczonymi niezliczonymi kościołami i poszliśmy znów w stronę morza.
Morze okazało się być rozbujane. Pędziły na nas fale, które rozbijały się z sykiem na wielkich kamieniach, robiących za falochron. Magnetyzm fal i przestrzeni był tak wielki, że nie chciało nam się już wracać między domy, dalej poszliśmy falochronem, skręcając na chwilę na skały, z których dwóch chłopaków łowiło ryby. Wyspa cała jest otoczona murem od strony morza, nie ma żadnych plaż, przedłużeniem murów są kamienice o tej samej, szaro-piaskowej barwie, od strony Afryki wygląda to już mocno egzotycznie, wyobrażamy sobie, jak tu musi być wściekle gorąco latem, skoro nawet teraz jest nam dość ciepło, a jest listopad. Idąc dalej trafiamy na knajpkę, w której się zatrzymujemy na obiad, knajpka jest wybitnie turystyczna, ma stoliki na zewnątrz i menu wielojęzyczne, no i działa w porze sjesty, co jest dość niespotykane w tych rejonach. Przecież sezon turystyczny już się skończył…

Zamawiamy obiad z owocami morza, pijemy piwko i robi nam się błogo. Ale czas mija, trzeba iść dalej, więc wędrujemy na cypelek, stoi tam potężny zamek, który wcale nie wygląda atrakcyjnie, idziemy zatem w kierunku lądu drugą stroną wyspy, oglądając po drodze Fonte Aretusa (słodkowodne źródełko, bijące tuż obok morza, obsadzone papirusem, z kaczuchami i włóczącymi się dookoła kotami) i Piazza del Duomo (Plac Katedralny, który musi mieć każde szanujące się miasto).
Wracamy na Sycylię i wędrujemy w kierunku teatru greckiego, który został nam jeszcze tutaj do obejrzenia. Po drodze wstępujemy na cappuccino, żeby skorzystać z toalety, mijamy stację benzynową, porównujemy ceny (u nas ciągle taniej, ale niewiele) i docieramy do wejścia do kompleksu ruin, gdzie okazuje się, że należało kupić bilety przed godziną 15, żeby zostać wpuszczonym na teren ruin. Jest 15:30, jesteśmy bez szans, przewodnik nawet nie wspomniał o takiej ewentualności, a nam nie przyszło do głowy, że zabytki mogą być czynne jakoś tak dziwnie. Zniechęceni wleczemy się kawałek wzdłuż płotu, licząc na to, że może coś zobaczymy, ja najbardziej żałuję nie tyle teatru, co Ucha Dionizosa – jaskini z podłużnym wejściem, której pewnie już nigdy nie zobaczę. Nie, to nie, wracamy i trafiamy na supermarket, gdzie zachwycamy się różnorodnością wędlin, serów i przetworów i ostatecznie kupujemy coś do picia. Potem zwiedzamy podstępnie zrujnowane rejony tuż przy terenach wojskowych i wreszcie mamy autobus do domu. Żegnajcie, Syrakuzy!
W Catanii, w całym kompleksie autobusowo-dworcowym usiłujemy znaleźć autobus jadący na Etnę, ale od pana z budki dowiadujemy się tylko, że to nie tu, że to tam – i pan macha ręką, mamrocząc swoje “porca miseria” i złorzecząc na turystów. No dobra, nic więcej nie osiągniemy, lecimy dopaść miejscową informację turystyczną, póki jeszcze jest czynna, może tam się dowiemy więcej.
Dostajemy kartkę z informacją, że autobus firmy AST do Rifugio Sapienza (schronisko na zboczu Etny) odjeżdża o 8:15 (u celu jest o 10:15), rusza z powrotem o 16.30, a bilet powrotny kosztuje 5,90 €. Dobre i to. Idąc w stronę hostelu trafiamy na jakąś wojskową prezentację na Piazza del Duomo, stoją jakieś fajne stare machiny, stoją też nowe, swoje stoisko reklamowe ma chyba każda formacja mundurowa w tym kraju, aż by się chciało zaciągnąć do tych, którzy mają ładniejsze mundury…;)
Zamiast do domu, idziemy dalej Via Garibaldi, docieramy do pięknie oświetlonej bramy, która nie mamy pojęcia czym jest, ale jest ładna 🙂 Wracając przyglądamy się Catanii: pełno śmieci na ulicach, większość samochodów ma pourywane lusterka boczne, auta są poobtłukiwane i czasami mają wybite reflektory, ruch na ulicach odbywa się na zasadzie: kto pierwszy wejdzie/wjedzie, ten ma pierwszeństwo, priorytetem są auta – na większości uliczek chodników po prostu nie ma, bo i tak by się nie zmieściły, zatem wszystko, co się porusza, porusza się po tej samej przestrzeni. Via Vittorio Emanuele II, Via Garibaldi, Via Etnea i Via Crociferi to najważniejsze ulice w mieście. Przy nich znajdują się najważniejsze place i zabytki (jak na przykład teatr grecki, który Catania też ma, czemu nie, ale schowany w kompleksie ruin pomiędzy Via Emanuele a Via Teatro Greco, oczywiście jest to muzeum, zatem w dzień można zwiedzać). Boczne uliczki są nieoświetlone, zastawione samochodami i często traktowane jako prywatne podwórko – na przykład zamiast chodnika stoi sobie suszarka na ubrania, a na niej świeże pranie. Przegląd mody jak nic!…;)
Z okazji późnej pory zrobiliśmy się głodni, zatem wybraliśmy pizzerię z piecem do pizzy (tutaj też można trafić na knajpę z mikrofalą, zatem lepiej sprawdzić, gdzie się wchodzi) i zaryzykowaliśmy. Knajpka wyglądała bardziej na taką, która produkuje pizzę na wynos, ale 3 stoliki w środku były, z czego dwa zajęte przez chyba trzypokoleniową rodzinę. Dostaliśmy piwko, wybraliśmy pizzę i okazało się to być strzałem w dziesiątkę, bo było zupełnie smacznie i w przyzwoitej cenie. Wreszcie wróciliśmy do domu i na dobranoc zrobiliśmy sobie pranie – najwyższy czas 🙂

Etna

Budziki znów zadzwoniły o godzinie, która nie powinna istnieć. Zerwaliśmy się, szybkie śniadanie i kawa, potem spacer przez targ owocowo-warzywny na tyłach Piazza del Duomo i piekarnię na dworzec, gdzie rozpoczęliśmy szukanie właściwego autobusu. Zaopatrzeni w kartkę z informacji turystycznej po prostu podsuwaliśmy tę kartkę ludziom pod nos. Zaczęliśmy od budki przy dworcu kolejowym, gdzie próbowaliśmy się czegoś dowiedzieć już wczoraj, ale były kłopoty. Dziś również okazało się, że jedynym językiem, w jakim możemy sobie porozmawiać, jest włoski (lub wręcz sycylijski), a pan z uporem machał ręką w drugą stronę placu. No dobra. Poszliśmy zatem na drugą stronę i trafiliśmy na kolejne, wcześniej przez nas nieodkryte, skupisko autobusów – tak, to tutaj!… Znaleźliśmy autobus. Stoi. Fajnie. No to skąd się bierze bilety?…
Przy ulicy stał kiosk z gazetami, idealny punkt informacyjny, podetknęłam panu w kiosku kartkę pod nos i zapytałam o tickety. Pan skierował nas na drugą stronę ulicy, do baru…
Nawiązaliśmy znajomość z jakimś Anglikiem, który też wybierał się na Etnę, w rezultacie wszyscy troje powędrowaliśmy do baru, gdzie faktycznie sprzedawano bilety firmy AST. Z jednej strony kanapki i buły oraz kawa, z drugiej – słodycze bardziej trwałe, jakieś drobiazgi i bilety… Cudownie!
– Tu kiosk ruchu jest, ja tu mięso mam!… – przypomniało mi się natychmiast.
Nabyliśmy bilety powrotne i wróciliśmy pilnować autobusu oraz obserwować scenki rodzajowe.
Przed jednym z autobusów, w cieniu, położył się baaaardzo stary pies. Wyglądał, jakby chciał już tylko leżeć i mieć święty spokój. Obok zaparkowała spacerówką z dzieckiem jakaś kobieta. Dziecko na widok psa dostało amoku i zaczęło machać nóżkami w jego kierunku, ewidentnie mając zamiar skopać biedną psinę. Mnie by było skoda dziecka, bo nie uwierzę w to, że plączące się bezpańskie psy na Sycylii są szkolone, żeby nie zagryzać niesfornych bachorów…;) Pies w końcu nie wytrzymał i zmienił miejscówkę na taką bez majtającej się dziecięcej nóżki przed nosem.
Kilka autobusów dalej natomiast zaczęła się awanturka, w której brało udział ze 20 osób. Nie mieliśmy pojęcia, o co chodziło, ale podniesione głosy ściągnęły na siebie zainteresowanie wszystkich w promieniu kilkudziesięciu metrów. Do mordobicia w końcu nie doszło, ale chyba mało brakowało…
W końcu dotarł pan kierowca, razem z dziewoją, z którą się wylewnie pożegnał tuż przy drzwiach autobusu.
– Aha, to dlatego się spóźnił – skomentowaliśmy i po chwili już mknęliśmy w stronę Etny.
Po wyjechaniu z miasta droga wiła się serpentynami po zboczu góry, bardzo to było malownicze. Co jakiś czas widzieliśmy jakiś zasypany lawą budynek, wystawał tylko dach. Po drodze był postój na kawę…;))) Wreszcie wysiedliśmy w Rifugio Sapienza (1910 m n.p.m.), rozejrzeliśmy się po okolicy, mnóstwo sklepów z pamiątkami, kilka knajp i dolna stacja kolejki linowej. No to idziemy.
Zatrzymuje nas kolejka do dwóch okienek, gdzie każdy spędza mnóstwo czasu, nie rozumiemy, co skomplikowanego jest w kupnie biletu na kolejkę linową? Po podejściu do okienka dowiadujemy się. Otóż do Krateru Filozofów (Torre del Filosofo, 2920 m n.p.m.) można dostać się na kilka różnych sposobów.
Można od razu, już stąd, iść na piechotę drogą. Dziękujemy, kilometr pod górę przekracza moje możliwości, nienawidzę wchodzić pod górkę.
Można zatem pójść na łatwiznę i wjechać kolejką linową do terminalu, który znajduje się na 2500 m n.p.m., a potem przesiąść się w autobus, który zawiezie nas pod sam krater. Zwiedzanie jest łatwe! Koszt: 52 € od osoby. Truchlejemy. Zdaje się, że dzięki temu zostalibyśmy bez grosza…
Jest jeszcze opcja trzecia. Można wjechać kolejką na owe 2500 m n.p.m., a resztę przejść na własnych nogach. Zawsze to pół kilometra do góry, nie kilometr. Decydujemy się na tę opcję. W ten sposób kupujemy bilety na najdroższą kolejkę linową świata: 27,5 € od osoby. I idziemy do wagoników…
W wagonikach trzeba siadać tak, aby obciążenie było równe, zatem siadamy naprzeciwko siebie, pośrodku. Wsiada się do nich w biegu, ten bieg jest co prawda powolny, ale nie ma momentu całkowitego zatrzymania. Starsi ludzie nie jeżdżą zapewne na takie wycieczki…
Jedziemy sobie pod górę, obserwując okolicę. Na razie jeszcze nie ma śniegu, co najwyżej jakieś maleńkie zapowiedzi, jest też nadal dość ciepło. Wysiadamy na 2500 m n.p.m., przechodzimy przez sklepik, restaurację, toalety, oglądamy wyposażenie, które można tu wypożyczyć – kurtki, buty zimowe… i, ignorując autobusy, czekające na nas przy wyjściu ze stacji, idziemy schodkami na górę, na drogę. Od tego momentu będzie mordercza droga w górę. Dla większości ludzi zapewne atrakcyjna, ja po 100 metrach dostaję piany na ustach i w górę pcha mnie już tylko złość.

Etna
– Wilczy – charczę po jakimś czasie, kiedy on jest zachwycony dookolnymi górkami, 3 centymetrami uleżanego śniegu i w ogóle okolicznościami przyrody, i tylko mu trochę plecak przeszkadza, bo mu za gorąco. – Obiecaj mi coś. Kup takie wielkie, porządne kajdanki. Nie w sex-shopie. Muszą być porządne. I jeśli kiedykolwiek wpadnę na jakiś kretyński pomysł, żeby pchać się pod górkę, jakąkolwiek, to weź te kajdanki i przykuj mnie do kaloryfera, albo czegokolwiek innego, dopóki mi nie przejdzie. Prooooszę…
Na przemian jest mi gorąco i zimno, jak wychodzimy na otwartą przestrzeń, to hula tam wiatr, jak się chowamy za zwały lawy, to robi się upalnie. Nie wiadomo, ubierać się, rozbierać, na głowie wylądowała czapka, na dłoniach – rękawiczki. Co jakiś czas mijają nas autobusy z turystami, wtedy udajemy takich twardzieli, co to po prostu zdobywają szczyty ot tak, a nie dlatego, że ich nie stać na autobus. W pewnym momencie przestajemy iść drogą, która biegnie zakolami i serpentynami, i skręcamy w bok, na bezdroże pokryte śniegiem, które dość znacząco skraca drogę, jednocześnie może będąc odrobinę bardziej pod górkę. Nie jesteśmy jedynymi, którzy wchodzą na piechotę, acz pewnie jedynymi, którzy robią to z powodów finansowych.

Po drodze rzeczywiście jest ładnie. Świeci słońce, odbija się od śniegu, czarne kamienie przykryte białymi czapami wyglądają pięknie, a do tego co chwila spotykamy biedronki. Co i rusz, na kamieniach, na śniegu – mała biedroneczka. Wyglądają na trochę przymulone, nie chce im się latać? I skąd ich się tyle tutaj wzięło? Nie marzną im nóżki od tego śniegu?… O co tu w ogóle chodzi?!?…
Kierowcy autobusów muszą nas nie lubić, w końcu przez takich, jak my, firma mniej zarabia. Ale prócz pieszych wędrowców na drodze na szczyt pojawiają się ludzie na rowerach, a potem także na nartach, ciągnionych przez skrzydło do kiteskiingu. O, tak to bym mogła pod tę górkę…;)
Widzimy wydobywający się dym z innego krateru, tam niestety nie dojdziemy, ale dym robi wrażenie. Wreszcie docieramy do postoju autobusów przy Kraterze Filozofów. Stąd już tylko krótki spacerek ścieżką obok kompletnie zasypanego schroniska na szczyt krateru. Wreszcie!…

Etna
Pośrodku dołka maleńka dziurka, z której coś się bardzo delikatnie dymi, czasami dym wręcz zanika, dookoła krateru – ścieżka pełna ludzi, pchamy się i my. Na szczycie wyciągamy bułki, najwyższy czas na drugie śniadanie. Telefony pogubiły zasięg, chociaż przed chwilą nie miały z zasięgiem problemów. Jest pięknie. Obchodzimy dziurę w koło, jeszcze kilka zdjęć i wracamy, nic tu po nas.
Teraz jest już łatwo, bo jest z górki. A z górki to ja mogę. Schodzimy sobie radośnie, przecinając co i rusz drogę, bo idziemy na przełaj oczywiście. Dość szybko docieramy do górnej stacji kolejki linowej, kupujemy małą nalewkę cytrynową (dla zdrowia) i rozpijamy ją w wagoniku. Gorzej się robi na dole, bo do autobusu jeszcze mamy mnóstwo czasu, umrzemy z nudów w oczekiwaniu, idziemy zatem poszukać czegoś do jedzenia. W barze pokazujemy palcem, co byśmy chcieli zjeść, płacimy monstrualną ilość pieniędzy, siadamy przy stoliku i okazuje się, że dostaliśmy coś kompletnie niejadalnego. No tak, obiadek pod Etną…
Potem obchodzimy wszystkie sklepy z pamiątkami, wszędzie są figurki z lawy, po niektórych chodzą biedronki. Ledwo się już ruszamy, więc opadamy z sił przy w miarę płaskich powierzchniach i tak sobie czekamy na ten autobus, czekamy…
Wreszcie – jest, zajmujemy miejsca i ja – jak zwykle w środkach jakiejkolwiek lokomocji – przysypiam, bo jestem na tym urlopie ciągle niewyspana. Docieramy do Catanii i moim marzeniem nagle staje się świeżo wyciskany sok z pomarańczy. Wędrując zatem powoli w kierunku hostelu pytamy po drodze wszędzie o taki sok i wszędzie odsyłają nas z kwitkiem. Jestem oburzona i nie kryję tego, i właśnie wtedy – na Piazza dell’Universita – trafiamy na knajpkę, w której pani mówi: nie ma problemu, jasne, sok pomarańczy, już się robi!… Jestem szczęśliwa.
Wypijamy po dwie porcje takiego soku, jest genialny, przepijamy to szklanką wody, nie chce nam się ruszać, ale w końcu idziemy przez ładne okolice – po kebaba dla Wilczego – do domu.
Okazuje się, że pranie nam nie wyschło. No, może jest trochę bardziej suche niż wczoraj, ale żeby było jakoś specjalnie czuć różnicę, to nie. Nie jest dobrze… Postanawiamy wywiesić je na dworze, wzdłuż długiego na całą ścianę (3 pokoje, kuchnia i łazienka) balkonu wiszą też sznury i nawet jest kilka spinaczy do bielizny. Wieszamy pieczołowicie wszystko, po czym wychodzimy w miasto, bo teraz ja się zrobiłam głodna. Jakoś nic mi nie podchodzi, w końcu kupujemy banany u ciemnoskórego chłopca, który mówi wyłącznie po włosku i nie możemy się dogadać, ile mamy zapłacić. W rezultacie wyciąga ze mnie 2 € i po chwili wraca z resztą. Przyzwoity, a mógłby tej reszty nie oddać, przecież ja nie miałam pojęcia, ile trzeba zapłacić…
W domu bierzemy prysznic i niewiarygodnie zmęczeni lądujemy wreszcie spać. Jutro nasz ostatni dzień w Catanii…

Taormina

Autobus do Taorminy mamy szalenie późno, bo dopiero o 9, zatem budziki pozwalają nam spać aż do 7. Szaleństwo!… Macamy pranie: prawie suche, jeśli je zostawimy tu na resztę dnia, będzie czyste i pachnące do wieczora bez problemu. Zostawiamy zatem. Robimy kawę, zjadamy po rogaliku i idziemy obejrzeć taras, który ponoć mamy na górze, a z którego widać zamek.
Taras jest na dachu kamienicy, od strony naszej ulicy widać nawet jakby fragmencik Etny, właściciel pokazuje nam jednak, żebyśmy poszli na drugą stronę tarasu, więc idziemy. I naszym oczom pokazuje się – faktycznie – zamek w całej okazałości!… Mamy go tuż przed nosem, oddziela nas od niego wąska uliczka i już!… No, no…;)
A jak się pójdzie w trzeci róg tarasu – to widać i Etnę 🙂 Faktycznie, taras jest super.
Wędrujemy do autobusu. Wilczy po drodze fotografuje zakład produkcji trumien, może nawet zakład pogrzebowy, działa całą dobę, kiedy nie przechodzimy, zawsze otwarte, a w środku wystawione najróżniejsze trumny, ostatni krzyk mody to trumna malowana: na wieku, prócz kolorowych maziajów, jest namalowane ewidentnie niebo, z którego wyłania się Jezus.
Bilety (powrotny: 7,70 €) nabywamy w biurze, już umiemy tam trafić, jesteśmy coraz lepsi w poruszaniu się po Catanii, tyle że czasem jeszcze stresujemy się przy przechodzeniu przez ulicę. W autobusie jak zwykle przysypiam, aż dojeżdżamy i wówczas rozglądam się i chłonę widoki. O, tam na dole to ta wyspa, na którą można przejść prawie suchą stopą, wygląda atrakcyjnie!…
Autobus zatrzymuje się na czymś w rodzaju lokalnego dworca. Taormina jest zbudowana na zboczu góry, z płaskimi terenami tu ciężko, toteż duży, płaski plac, jakim jest dworzec, nieco dziwi ;-p Sprawdzamy odjazdy do domu i idziemy pod górkę, znaleźć centrum i śniadanie. Rozglądamy się za informacją turystyczną, według mapki w przewodniku powinna być dokładnie tu, gdzie teraz stoimy, oczywiście jej nie ma, rozglądamy się zdezorientowani, idziemy kawałek pod górkę, kawałek w bok, w końcu trafiamy do sklepu, gdzie kupujemy śniadanie: bułki, serek i kabanosy. Siadamy tyłem do kolejnych zabytkowych ruin w rogu placyku i oddajemy się śniadaniu 🙂 A potem ruszamy na podbój miasta.
Najpierw do Teatro Greco – skoro nie widzieliśmy tego w Syrakuzach, to obejrzyjmy chociaż tutaj. Wstęp: 8 €. Z bólem serca płacimy i idziemy zwiedzić toaletę. Tuż obok ruin jest hotel z restauracją, po drodze do kibelka czujemy wyziewy z kuchni, pachnie tak intensywnie bułkami z czekoladą, że naprawdę mamy kłopoty ze ślinotokiem.
Kibelki w trochę kiepskim stanie, z kilku kabin działa połowa, z 3 kranów – jeden. Uch, no dobra, idziemy oglądać ruiny, do których jest – niestety – znów pod górkę!…
Ale trzeba przyznać, że tutaj opłacało się wspinać. Po przejściu się widownią i wlezieniu na najwyższy możliwy punkt, wychodzimy poza obręb murów, trafiamy na zarośnięty drzewami i kaktusami taras z widokiem na morze – rewelacja!… Gdzieś tam jest Afryka… Niestety, zauważamy niepokojącą rzecz: nad wyspą zbierają się chmury!… No nic, póki co – ciągle jeszcze świeci słońce, idziemy zatem zwiedzać dalej.
Przy uliczce prowadzącej do teatru – mnóstwo sklepików z pamiątkami, także jakieś tajemnicze schody z wazami co kilka stopni. Naprzeciwko nas – grupa turystów, którzy robią zdjęcia tym schodom. Ustawili się jednak z kiepskiej strony i te zdjęcia nie wyjdą im zbyt atrakcyjnie. Przechodząc, pykam od niechcenia dwie foty, potem patrzę – oni powtarzają moje kadry. No 😉 Ja wam pokażę, jak należy zdjęcia robić ;)))

Oczywiście mnóstwo kotów, mieszkających w sklepach z ceramiką, pozujących do zdjęć. Znajdujemy też informację turystyczną, która jest nieczynna w dni świąteczne, soboty i niedziele (bo jak wiadomo, porządni turyści wówczas siedzą w domu, a nie plączą się i chcą zwiedzać, basta!…).
Spacerujemy dalej główną ulicą miasta, oglądamy mnóstwo dekoracji ceramicznych, trafiamy na sklep ze słodyczami – i tymi słynnymi ozdobami z marcepanu, tutaj na wystawie leżą nie tylko marcepanowe owoce, ale także… upieczony kurczak!… Oczywiście z kurczakiem nie ma on nic wspólnego, poza kształtem i kolorem. Jest zachwycający. Wchodzimy do sklepu i kupujemy kawałek słodkiego, kosztuje to 4 € i jest absolutnie pyszne, rozpływa się w ustach. Na Piazza 9 Aprile otwiera się znów widok na morze – plac zabudowany z trzech stron, z czwartej otoczony jest barierkami i ławkami. A na barierkach – znów te kłódki!…:)
Zbierają się coraz czarniejsze chmury. Zbieramy się i my. Jeszcze rzut oka na San Domenico Palace de Taormina i szukamy miejsca na obiad. Ale nie takiego obrzydliwego, jak wczoraj…
Tym sposobem trafiamy do bardzo porządnej restauracji z kelnerami. Pierwszy raz do obiadu bierzemy wino, które po pierwszym łyku przestaje mi wchodzić i opróżniam kieliszek wyłącznie z przyzwyczajenia. Pizza jest smaczna, kelnerzy mili, kibel czysty, a kiedy wychodzimy – jeszcze nie pada. Może się rozejdzie?
Wracamy powoli w stronę autobusu, kiedy zaczyna po mnie chodzić kolejka linowa. Ja chcę na tę wyspę!… Tę, na którą można przejść prawie suchą nogą z lądu…
– Ta wyspa jest strasznie daleko stąd – mówi Wilczy, usiłując odciągnąć mnie od szalonego pomysłu zjeżdżania kolejką linową na dół.
– Nie wiemy, gdzie ona jest, nie mamy porządnej mapy, bo informacja turystyczna robi sobie jaja z turystów – odpowiadam złym głosem i ciągnę go w kierunku kolejki. Sprawdzamy czas. Na upartego zdążymy zjechać, pobyć na dole 10 minut i wjechać i jeszcze zdążymy dobiec do autobusu. Chyba…
No to przesądzone – kupujemy bilet (3,50 € powrotny) i pakujemy się do wagonika, zupełnym przypadkiem wybierając wagonik pierwszy, więc mamy rewelacyjny widok. Nie ma jak usiąść, zatem przylegamy do szyby i przejeżdżamy nad… boiskiem piłkarskim, gdzie właśnie rozgrywa się mecz!… Interesujący pomysł 😉
Na dole okazuje się, że oczywiście jest jeszcze jeden taki cypel-wyspa, ale nie mamy żadnych szans, żeby się na nią dostać – zabudowa wzdłuż ulicy jest zwarta i wszędzie własność prywatna, więc po krótkim spacerze biegniemy z powrotem do kolejki na górę. Zdążamy w ostatniej chwili, chyba tym razem obsługa pospieszyła się o minutkę, ale udaje się i już jedziemy na górę. Chyba właśnie zaczyna padać…
Do autobusu wsiadamy, jak już kropi. Na razie niezbyt mocno, ale jednak. Myślę o naszym, niemal już suchym rano praniu, o tym, że mam tylko jedną czystą koszulkę i zapas bielizny na jeden dzień, a reszta jest albo brudna, albo mokra i myślę też bardzo dużo brzydkich wyrazów. Wilczy mówi, że do Catanii pewnie jeszcze nie doszło, bo szło z drugiej strony. Jedziemy w strugach deszczu…
Wysiadamy w Catanii, tu nie pada, co za szczęście, jest szansa, że nasze ubrania są jednak suche. Wędrujemy spokojnie w stronę hostelu, kiedy zaczyna doganiać nas deszcz i takie powolne kap, kap, kap sprawia, że zaczynamy iść coraz szybciej, nie zważając na zmęczenie. Wczorajsza Etna dała nam popalić, dziś mamy mało siły i nogi nas bolą… Jednak im szybciej idziemy, tym bardziej pada, już wyciągamy kurtki z plecaków, ale idziemy i idziemy, a hostel strasznie daleko. Wreszcie dopadamy wejścia i lecimy na balkon, ściągać ciuchy. No, może i są trochę suchsze niż rano, ale bez przesady – zdążyły zmoknąć, na szczęście delikatnie, do rana powinny wyschnąć nawet w pokoju… Uch.
Złorzeczę sobie i pogodzie, mogłam przecież przenieść te ciuchy do pokoju rano, nie zmokłyby, trudno, teraz już za późno. Idziemy do okolicznego sklepu poszukać jedzenia na kolację i śniadanie. Kupujemy bułki, ser dojrzewający i coś w zastępstwie wędliny i tę uroczą kolację jemy w pokoju, korzystając z naszych plastikowych sztućców, kompletnie zapominając, że przecież mamy do dyspozycji wyposażoną kuchnię!… No, ale teraz przynajmniej nie musimy zmywać.
Pakujemy się mniej więcej, żeby nie zostawiać tego na rano. W pokoju za łazienką zamieszkało dwóch Polaków, poznajemy ich w bramie, kiedy z jednego z nich wyrywa się soczyste polskie przekleństwo na temat pogody. Mamy tylko nadzieję, że nie będą hałasować…

Palermo, Trapani

Rano okazuje się, że w kuchni brakuje rogalików. Nie jest na tyle wcześnie, żeby ich jeszcze nie było, niemożliwe, żeby właściciele ich nie dali, zatem zakładamy, że po prostu nie ma ich JUŻ. Co oznacza, że zaczynamy źle myśleć o naszych rodakach, bo tak się składa, że nikogo innego na naszym piętrze nie ma. Kolejny raz, kiedy okazuje się, że nasi przynoszą tylko wstyd.
Zbieramy zabawki i wędrujemy na dworzec autobusowy przez targ owocowo-warzywny. Wreszcie trafiamy na ów – opisany w przewodniku – targ rybny, który wcale nie znajduje się na Piazza del Duomo, tylko na małym placyku przylegającym do Piazza. Widok jest mocno niesamowity, wszędzie stoją stoiska składające się z plastikowych skrzynek, ustawionych pod kątem, prezentujących rybną lub skorupiakową zawartość, beczki, wanny, wiadra pełne są potworów z wąsami, mackami, czułkami, niektóre się jeszcze ruszają. Obserwujemy, jak dziwne stworzenia, podskakując, staczają się do niższych skrzyń i mieszają z innymi potworami. Uzbrojony w rękawice sprzedawca łapie po jednym takim i wrzuca na jego miejsce. Brrrr!…
Dziś wracamy do Palermo, bo jutro rano mamy lot do Rzymu. Niestety, nie z lotniska przy Palermo, tylko z tego przy Trapani, zatem prawdopodobnie najbliższą noc spędzimy jednak w Trapani, ale po drodze możemy zwiedzić Palermo. Docieramy tam przed południem, znajdujemy tym razem informację turystyczną (to małe, zielone budki, rozsiane po całym mieście, większość czynna), dostajemy mapę miasta i idziemy na rekonesans.
Główne ulice w mieście to Via Maqueda i Via Roma, łączące się – oczywiście – z corso Vittorio Emanuele (każde szanujące się miasto, prócz del Duomo, musi mieć coś Emanuele). Idziemy więc ulicą Maqueda, trafiamy na kawiarnię i lądujemy w niej natychmiast. Bo jakoś nam się nie chce. Pijemy kawę, oglądamy plan miasta, zastanawiamy się nad dalszym ciągiem. A dalszy ciąg jest lekko przeplatany deszczykiem.
Idziemy oglądać najważniejsze zabytki w rejonie Piazza Quattro Canti. Fontanny, place, pałace i oczywiście kościoły – jak to na Sycylii – wciśnięte wszędzie, wręcz między miejskie kamienice, idziesz sobie ulicą, kamienica, kamienica, kościół, kamienica, fasady podobne, zero przestrzeni pomiędzy, nie tak, jak u nas – kościół jest osobnym budynkiem, stojącym samotnie, skąd, tutaj jest to taki sam budynek, jak inne mieszkalne…

Trafiamy do kościoła La Martorana i trochę nas zatyka. Jest niewiarygodnie piękny w środku. Praca nad zdobieniami musiała trwać lata. Oryginalne, złote mozaiki, którymi wyłożony jest cały kościół, robią ogromne wrażenie. Siadamy i gapimy się w sufit z rozdziawionymi gębami. Tak nam się podoba, że nawet wrzucamy jakieś drobne europieniążki w ramach datków na kościół.
Tuż obok stoi inny kościół, do którego wstęp jest płatny, wzgardzamy zatem i wędrujemy dalej. Przy nieprzyzwoitej fontannie na Piazza Pretoria (fontanna jest super, wielka, zbyt wielka dla tego placu) zaczyna coś delikatnie kropić, ale jesteśmy twardzi i idziemy dalej.
Piazza Quattro Canti wyróżnia się tym, że jest to po prostu skrzyżowanie dwóch ulic, w dodatku wcale nie takie duże, ot miną się dwa samochody. Jednak rogi budynków nie istnieją, stąd plac ma kształt ośmiokąta, a każdy z czterech budynków zakończony jest fontanną z płaskorzeźbą. Urocze, doprawdy.
Skręcając w bok, żeby przejść obok Chiesa del Gesu, trafiamy na jakieś szemrane okolice i od razu widać, że tu normalnie toczy się życie. Przechodzimy wąskimi uliczkami na tyłach czegoś, docieramy do placu z jakimś urzędem i mnóstwem zaparkowanych motorynek i w końcu trafiamy na jakiś park, gdzie jest niewiarygodnie uroczo i zielono. Oczywiście co i rusz trafiamy na fontannę 🙂 Wędrujemy dalej, w kierunku katakumb, które nasz przewodnik potraktował marginalnie, mniej więcej pisząc, gdzie one są. Na szczęście nasza mapa mówi nam więcej.
Okazuje się, że na piechotę to naprawdę daleko. Ale twardo idziemy. Skręciliśmy w Via Danisinni, z mapy wynika, że bez problemu dotrzemy nią do Piazza Cappuccini, gdzie jest wejście na ów cmentarz kapucynów. Po drodze zatrzymuje nas babuleńka i zaczyna dopytywać się o coś w jej tylko znanym języku. Wilczy wywnioskował z tej rozmowy, że katakumby są zamknięte, że w ogóle ich nie ma i nie mamy tam po co iść.
– Jak ty to zrozumiałeś – dopytuję się z krzywym uśmiechem – skoro w ogóle nie wiadomo, o czym ona mówiła, bo jedyne słowo, które dało się zrozumieć, to kapucyni?
– No właśnie nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem… – przyznaje się zmartwiony Wilczy i w tym momencie pojawia się jakiś przechodzień, mówiący po angielsku. Okazuje się, że chodziło generalnie o to, że tędy do kapucynów nie dojdziemy, bo ulica jest zamknięta. Aha. Cudownie…
No to wracamy, zakręcamy i idziemy po bożemu Via Cappuccini. Kiedy wchodzimy na schodki do wejścia do katakumb, jakiś człowiek właśnie przekręca klucz w kłódce zamykającej wejście. Tabliczka na murze głosi, że katakumby czynne są do 14 i ani minuty dłużej. Cudownie.
– Ten przewodnik to się nawet na srajtaśmę nie nadaje – komentuję zrezygnowana wydarzenie. – Ani słowa w nim nie było w ogóle o jakichś godzinach otwarcia!…
Wracamy Corso Emanuele, przyglądamy się po drodze bramie, przez którą idzie cały ruch, przy czym jak zwykle piesi są na straconej pozycji, bo chodniki nie istnieją, więc trzeba przejść przez bramę ulicą, uważając, żeby nie zostać rozjechanym przez szalejące autobusy, samochody i skuterki. Udaje nam się to, docieramy do katedry, która jest wielka i wchodzimy do środka. Tam przynajmniej jest na czym usiąść… Chociaż na chwilę…

Palermo
W drzwiach natykamy się oczywiście na jakiegoś gościa, który usiłuje nas obsępić z pieniędzy, więc odpowiadam mu uprzejmym tonem, że jesteśmy biednymi studentami i raczej nic od nas nie uzyska. I już siadamy i gapimy się w przestrzeń. Nie chce nam się ruszać, ale w końcu idziemy w stronę dworca, coby nabyć bilet do Trapani (8,60 €). Obchodzimy wkoło autobus z Lublina, wydaje nam się taki swojski 🙂 Ale jak słyszymy obok niego polski język, to ewakuujemy się czym prędzej. Potem wędrujemy jeszcze rzucić okiem na morze, widzimy las masztów – aha, marina i znów trafiamy na jakieś ruiny. Jedyne, na co jeszcze mamy siłę, to kupić jakieś buły, żeby zapchać nimi nasze jęczące żołądki i odpoczywamy już w autobusie.

W Trapani jesteśmy już nocą. No, jest koło 20, ale za to jest ciemno. Wyciągam mapkę z zaznaczonymi hostelami i wędrujemy do pierwszego z nich. Stajemy przed bramą – z domofonem, jak wszystkie tutaj – i nie wiemy, co dalej. Przy żadnym z przycisków nie ma napisu “hostel”, są w ogóle przyciski z numerami pięter, o co chodzi? Dzwonimy po kolei, w końcu nie jest jeszcze tak strasznie późno, możemy chyba sobie na to pozwolić…
Przy trzecim przycisku z kolei zatrzymuje się za nami samochód i gość za kierownicą pyta, czy szukamy noclegu.
– Tak, szukamy – odpowiadamy zaskoczeni.
A, to super, już nam wszystko pokazuje, zaprasza na górę.
Yyyyy?…
Jak już pozbieraliśmy szczęki z chodnika, to powędrowaliśmy za nim na górę. Dowiedzieliśmy się, że nocleg kosztuje 40 € za całe mieszkanie, ustaliliśmy, że potrzebujemy tylko na jedną noc, bo rano mamy samolot i już byliśmy na górze (drugie piętro zdaje się) i gość pokazywał nam mieszkanie. Apartament cały! Tu sypialnia, tu łazienka, tu kuchnia, możemy się rządzić, tylko on jeden paszport by poprosił.
Spisał sobie numer paszportu Wilczego do komórki, zostawił nam numer telefonu, ustalił, gdzie należy zostawić klucz i już go nie było.
Usiedliśmy z wrażenia.
Piękna chata, ze skosami co prawda, ale zupełnie przyzwoita, świeżo wyremontowana, wszystko pachnące nowością. No!… I cała dla nas! 🙂
Zostawiliśmy graty i poszliśmy w miasto, trzeba się zorientować, gdzie jest ten przystanek autobusu na lotnisko.
Przystanek został znaleziony, a razem z nim informacja turystyczna i biuro podróży, w którym – jak się okazało – można było kupić bilety na autobus (4,50 €). Więc kupiliśmy je od razu, słusznie zakładając, że o 4:40 to tu żadne biuro nie będzie czynne. Po czym poszliśmy zwiedzać miasto.
– Jakbym się znalazł w innym świecie – stwierdził Wilczy po przejściu kilku kroków po historycznym centrum. – Jakoś tu tak… czysto, porządnie… inaczej, niż na południu…
Faktycznie, Trapani – przynajmniej centrum, leżące na cyplu – wyglądem mocno odstaje od reszty Sycylii. Rzeczywiście budynki są tu zadbane, a nie zrujnowane, a uliczki czyste i wykończone chodnikami. Spacerując jak zwykle, poszliśmy popatrzeć na morze i rozbijające się fale, a w końcu wróciliśmy do pizzerii na jednym z placów, gdzie na pięterku, przy telewizji, zjedliśmy pizzę i popiliśmy piwem.
Żałowaliśmy, że do Trapani dotarliśmy tak późno i nie damy rady obejrzeć – ponoć pięknego – Erice, które jest położone na wzgórzu nad Trapani. Trudno, może kiedyś wrócimy na Sycylię?… A tymczasem naprawdę należy iść spać, gdyż budziki zaczną dzwonić o bestialskiej godzinie: 3:50!

Rzymskie wakacje, czyli jak wrócić z urlopu niewypoczętym

Budziki rzeczywiście zadzwoniły o tej godzinie i nie było zmiłuj. Zebraliśmy się do kupy i ruszyliśmy na przystanek, drzwi zamykając przez zatrzaśnięcie. Nie dało się za bardzo inaczej, okazuje się, że drzwi tam nie mają klamek od strony zewnętrznej…;)
Na dworze przywitał nas deszcz. Oraz wiatr i generalnie okazało się, że jest okropnie, paskudnie, strasznie i chcemy z powrotem do ciepłego łóżka!…
Nic z tego. Powędrowaliśmy przez kałuże do podcieni przy biurze i czekaliśmy na autobus. Przyjechał od strony miasta, pojechał gdzieś dalej, kiedy już straciliśmy nadzieję, wrócił i pozwolił się schować w suchym wnętrzu. Objechał potem jeszcze jakiś inny pusty przystanek i pojechał na lotnisko.
Lotnisko jest niewielkie, ale kolejki do odprawy celnej pilnowały dwie osoby, które wyłapywały co większe bagaże podręczne i nie przepuszczały dalej, póki nie udało się bagażu przepchnąć przez klatkę Ryanaira. Na nas znów nawet nie spojrzeli… Wyszło na to, że my na tydzień bierzemy mniej niż Ryanair zakłada jako bagaż podręczny, a przecież mamy ze sobą kupę sprzętu (bo aparaty, ładowarki, dysk itd.) no i kilka zmian ciuchów. Do tego stos papierów, bo przewodniki swoje ważą…
Za bramką zachciało nam się śniadania, na szczęście to lotnisko jest cywilizowane i dostępny dla turystów jest barek z bułami, kawą i – co ciekawe – świeżo wyciskanym sokiem z pomarańczy.
W samolocie żadnych atrakcji nie było, przespałam większość lotu, wylądowaliśmy na Ciampino, które okazało się być bardziej barakiem niż lotniskiem, ale informacja działała i nawet sprzedawała bilety. Kupiliśmy zatem bilety na autobus, który dowiezie nas do końcowej stacji metra Anagnina (1,20 €) oraz działający przez 3 dni bilet BTI (Biglietto Turistico Integrato) na całą komunikację miejską (11 €). Do wyboru mieliśmy jeszcze Roma Pass – w bilecie jest wejście do dwóch muzeów, ale nie byliśmy pewni, do których i czy darmowe, czy tylko ze zniżką, więc odpuściliśmy sobie ten temat.
Wychodząc z lotniska zgarnęliśmy jeszcze jakieś bezpłatne gazetki (typu “Metro”) i wepchnęliśmy się pod wiatę na przystanku autobusowym, między tłum czekających ludzi, bo właśnie zaczynało padać. Pomstując na deszcz czekaliśmy, który ze stojących autobusów zdecyduje się nas zabrać do metra, bo nie było to takie oczywiste. W końcu jeden z nich się zdecydował i zaczął wpuszczać ludzi, akurat w największą ulewę, uroczo.
Jakiś czas później wsiedliśmy do metra, którym dojechaliśmy do centrum – czyli do Roma Termini, dworca kolejowego, który jest tak wielki, jak naszych 6 Centralnych chyba…;) Tam, po dość długim kluczeniu, udało nam się wyjść na górę i zaczęliśmy szukać informacji turystycznej. Znaleźliśmy – ale informację kolejową. No dobrze, dopadnijmy hostel, pozbądźmy się bagaży i ruszmy w miasto!…
Problemów ze znalezieniem hostelu tym razem nie mieliśmy, Volturno House jest niedaleko Termini, w kamienicy przy ulicy Volturno, na drugim piętrze. Drzwi zewnętrzne były otwarte, zatem weszliśmy, okazało się, że to jest mieszkanie z trzema pokojami, kuchnią i łazienką, każdy pokój jest wynajmowany, zamykany na własny klucz i już, a recepcji na stałe nie ma, dlatego tak ważne jest określenie godziny przyjazdu. Nie pozostało nam nic innego, jak zadzwonić pod numer kontaktowy. Kilka minut później przybył chłopak, który się tym wszystkim opiekował. Zameldował nas (tym razem potrzebne były oba paszporty), wszystko pokazał, dał klucz do pokoju, kazał uważać na kieszonkowców i życzył miłego dnia.
Wróciliśmy na Termini w upartym poszukiwaniu informacji turystycznej. Wilczy odczuwa straszną niechęć przed pytaniem ludzi o takie podstawowe rzeczy i trochę tą niechęcią zaraża, ale kiedy odkryliśmy, że tabliczki, kierujące do informacji turystycznej, kierują głównie na siebie nawzajem, to już nie wytrzymałam i zapytałam laskę z jakiejś promocji o tourist information. Laska poczuła się tylko lekko zagubiona i wskazała nam drogę do informacji. Kolejowej.
Nie było sensu z tym walczyć, uznałam, że informacja kolejowa powinna znać swój dworzec i może oni okażą się pomocni i miałam rację. Pan poinstruował nas, że mamy iść na peron o jakimś monstrualnie wielkim numerze i tam będzie poszukiwana przez nas informacja turystyczna.
– To oni tu mają tyle peronów? – zdziwił się Wilczy.
Bardzo chciałam znaleźć tę toaletę, którą kiedyś tu zwiedzałam, też wyglądała jak peron, nieogarniony rząd kibelków z jednej strony, taki sam rząd umywalek z drugiej i tak aż po horyzont niemal. Niestety, nie udało się, za to trafiliśmy wreszcie do informacji!… Hurra!…
Z informacji wyrwaliśmy siatkę połączeń autobusowych – mniej więcej obejmującą całe centrum i jakieś fragmenciki poza. Wydrukowana była jako wkładka do jakiegoś folderka reklamowego, w dodatku mikrych rozmiarów, ale to było jedyne, co nam zaproponowano. No dobra. A, i czym mamy dojechać do Piazza Venezia?…
Zaopatrzeni w takie informacje, powędrowaliśmy na Piazza dei Cinquecento poszukać autobusu (bo w Rzymie mają dwie linie metra, jakieś pojedyncze linie tramwajowe i cała komunikacja opiera się na autobusach) i tu nas przystopowało dość radykalnie. Otóż okazało się, że z nieba lecą hektolitry wody na wyścigi. Po prostu oberwanie chmury w wydaniu włoskim, czyli więcej, głośniej i awanturniej. Aha.
Zatrzymaliśmy się zatem pod wielkim, szerokim dachem przed wejściem do Termini, razem z tysiącem innych ludzi, i natychmiast zaczęli nas atakować sprzedawcy parasolek. Pierwszemu powiedziałam uprzejmie: “No, thanks”, drugiemu jeszcze też, ale przy szóstym nie wytrzymałam, wpadłam w słowotok i zaczęłam nawijać po polsku:
– Czy ja wyglądam, jakbym potrzebowała parasolki? Nie widać, że mam kurtkę przeciwdeszczową? Weźcie się wszyscy ode mnie odczepcie, nie kupię żadnego waszego badziewia, które i tak się pewnie za chwilę rozwali, w dupie mam te wasze parasolki, wynocha!…
Nie wiem, czy poskutkowało, bo przestało padać i mogliśmy pójść do autobusu 🙂
Wilczy twierdził, że jeszcze jeden przystanek i tak, zamiast na Piazza Venezia, wylądowaliśmy na Largo di Torre Argentina. Okazało się, że przed nami są jakieś ruiny, więc – skoro już tu jesteśmy – to poszliśmy je pooglądać. Jeszcze wówczas nie wiedzieliśmy, że w Rzymie co 15 metrów znajduje się jakieś skupisko zabytkowych gruzów…
Okazało się, że to ruiny czterech świątyń oraz ulubione miejsce rzymskich kotów, co dało się zauważyć, bo pomiędzy przedwiecznymi kolumnami co i rusz przechadzał się jakiś ogon. No dobrze, ale wróćmy do początku idealnie prostej ulicy – Via dei Fori Imperiali, zbudowanej na życzenie Mussoliniego, a biegnącej od Piazza Venezia do Piazza del Colosseo. Najlepiej wrócić tam autobusem, jakoś nie miałam za bardzo siły na szwendanie się na piechotę, jeszcze się nachodzę…
Najpierw obejrzeliśmy zatem Ołtarz Ojczyzny, czyli wielki budynek – pomnik Vittorio Emanuele II. Coś jak nasz pomnik Nieznanego Żołnierza – też stoi warta i pilnuje, tylko nasi pilnują kilku kolumienek, a ci tutaj – całego gmaszyska. A przed nimi – wielkie schody, na których ochrona nie pozwala siadać, bo to pewnie oznaka braku szacunku do Vittorio Emanuele II.
Na następny rzut idą fora cesarskie, jako rozgrzewka przed Forum Romanum. Ruiny, znaczy. Wilczy wsiąka, przygląda się gruzom z natchnionym wyrazem twarzy i wygląda na szczęśliwego. Hmmm. Mnie tam jest niewyraźnie, chociaż nawet chwilami jakieś słońce wypełza zza chmur. No dobra, dotarliśmy do Forum Romanum, nabyliśmy bilety wspólne na Forum Romanum i Colosseum (ważne jeszcze następnego dnia) za 12 €, skasowaliśmy je sobie sami i wleźliśmy do środeczka. Między zabytkowe kawałki kamulców. I kałuże. I resztki marmuru, rzeźb, kolumienek i diabli wiedzą, czego jeszcze…

Rzym

Takie niegdysiejsze centrum miasta, ze świątyniami, łukami triumfalnymi, stadionem, innymi świątyniami, jeszcze innymi świątyniami, domem westalek, kolejnymi świątyniami…;) Tu odbywały się kiedyś zebrania ludu, targi, pewnie publiczne egzekucje też. Trochę zostało to zniszczone przez trzęsienie ziemi, a trochę to rozebrali później, żeby uzyskać budulec na nowe budynki.
Przeszliśmy się dołem, obok bazyliki Emiliusza, świątyni Antoniusza i Faustyny, Kurii, kolumny Fokasa i Łuku Septymiusza Sewera. Potem powędrowaliśmy obok bazyliki Julia i świątyni Kastora i Polluksa do toalety, która miała na sobie piękny napis, że została wybudowana właśnie dopiero co i szanowni turyści, dbajcie, aby następni turyści również mogli z niej korzystać. No dobrze, zadbałam. Potem wróciliśmy oglądać fragmenty po westalkach i w końcu nawet wleźliśmy na wzgórze Palatyn, a tam się okazało, że mamy jeszcze całą masę ruin do oglądania… Stadion, Dom Liwii, świątynia Remulusa, pałac Domicjana… I nawet przez chwilę widzieliśmy Watykan.
Powoli zaczynałam mieć serdecznie dość chodzenia gdziekolwiek, marzyłam o tym, żeby usiąść w ciepłym i przyjemnym miejscu i tak sobie zostać. Ruszyliśmy się zatem z Forum Romanum, Koloseum zostawiając sobie na jutro i trafiliśmy do malutkiej knajpki, prowadzonej przez skośnookich, wąskiej i długiej. Zajęliśmy jeden z dwóch wolnych stolików, przy pozostałych siedziała grupa Hiszpanów, którzy ewidentnie byli na wakacjach: robili dużo hałasu, dużo pili i ciągle robili sobie zdjęcia. Zamówiliśmy zestaw z reklamy na potykaczu: spaghetti carbonara i napój za 7 €. A ja zaczęłam opadać z sił. Zrobiło mi się nagle bardzo gorąco i poczułam drapanie w gardle. Urosło we mnie przekonanie, że właśnie robię się chora…
Natychmiast też zrobiłam się wściekła, bo przecież dopiero zaczynamy nadgryzać Rzym, a ja co? Mam po nim z gorączką chodzić???
Kiedy Hiszpanie skończyli ucztę, zrobiła się awantura, ktoś nie zapłacił albo kelnerka tego nie zauważyła i w rezultacie w malutkim lokalu wybuchła prawdziwa, wielka wojna z pokazywaniem sobie, ile się ma pieniędzy i wyliczaniem, ile kto wypił. Rezultat był taki, że młoda kelnerka dostała furii, a potem się popłakała, my siedzieliśmy cichutko w kąciku i udawaliśmy, że nas tu nie ma, aż Hiszpanie wyszli, atmosfera trochę się oczyściła i mogłam zapłacić.
Następnie postanowiliśmy zwiedzić Kwirynał, gdyż z niego już blisko do domu, a czułam się coraz bardziej podle. I tak, obok Pałacu Wystaw, przeszliśmy przez okolice Pałacu Kwirynalskiego (ładny widok…;) do Piazza Barberini, gdzie najpierw na rogu odkryliśmy aptekę i nabyliśmy włoską aspirynę, a potem obejrzeliśmy fontannę Trytona. A potem utknęliśmy przy bankomacie…
Wiadomo, kasa się kończy, nie wiedzieć czemu, zatem trzeba grzebnąć w ścianie. Pojawił się bankomat z dwoma schodkami, co prawda zaśmiecony, ale tu jest wszystko zaśmiecone i gazety walają się wszędzie, więc co za różnica. Podeszliśmy. Wyglądał normalnie, tyle że zamiast malutkiej klawiatury numerycznej i strzałek miał wielką klawiaturę komputerową. Ale już takie widzieliśmy, Wilczy nawet z takiej korzystał, więc do dzieła. Wepchnęłam mu w paszczę swoją kartę.
Bankomat, jak to włoski bankomat, zaczął się zastanawiać nad filozofią życiową.
Czekamy zatem. Bo każe czekać.
Czekamy.
Czekamy…
Zrobiło się lekko nerwowo. Minęło kilkadziesiąt sekund, a bankomat trzyma kartę w swoich trzewiach i nadal każe czekać. To już nie jest śmieszne. Zalała mnie fala gorąca. Nie dość, że jestem chora, to jeszcze jakiś paskudny, popsuty sprzęt zeżarł mi kartę!… Jedyną, jaką mam!… Szlag!…
Zaczęliśmy wciskać “Cancel” z nadzieją, że może przestanie myśleć i odda kartę, ale nie, myślał sobie nadal jak gdyby nigdy nic.
Poczułam się mocno zniechęcona do życia i zachciałam umrzeć tu od razu, na tych schodkach od bankomatu…
Wilczy wcisnął jeszcze jakieś inne przyciski, nic. Zero rezultatu. No zawiesił się i koniec, więc teraz nigdy już nie odda karty i mam przerąbane, bo w żaden sposób nie wyciągnę kasy, w dodatku jeszcze za granicą. Super po prostu.
W tym momencie bankomat przestał myśleć i zapytał mnie wreszcie – minęło z półtorej minuty! – co chcę zrobić.
– Oddaj mi kartę, bandyto! – zawarczałam na niego i wyjątkowo posłuchał. Kartę oddał dość szybko, wyrwałam ją mu z pyska i odsunęłam się na bezpieczną odległość. Co za potwór!…
Okazało się, że po drugiej stronie bankomatu był bank, chociaż to pewnie i tak by w niczym nie pomogło, ale może jednak ułatwiłoby kontakt ze służbami bankomatowymi. Tymczasem jednak nie próbowaliśmy drugi raz bujać się z tym bankomatem, poszliśmy dalej, gdzie bankomaty były wewnątrz banku, wyglądały przyzwoicie i działały na pewno, bo przed nami korzystali z nich miejscowi.
Kolejna próba wydarcia pieniędzy ze ściany przebiegła zatem bez większych problemów, nawet bankomat nie zastanawiał się tak długo nad moją kartą, ufff, udało się…;)
Potem, przez fontannę Mojżesza (ładnie oświetlona) i Termy Dioklecjana (muzeum otoczone płotem, ale gruzy było widać z zewnątrz) wróciliśmy – przez sklep z jedzeniem – do domu, gdzie padłam.
Wilczy posłusznie przygotował mi aspirynę w szklance lodowatej wody, dopadł mnie katar i odpłynęłam w łóżku w niebyt.
To znaczy, kazałam mu czytać przewodnik na głos, żeby się chociaż dowiedzieć, czego nie zobaczę!…

Następnego dnia obudziłam się dosyć późno. W pokoju było cały czas ciemno, bo zamiast szyby w oknie mieliśmy jakąś dyktę… No, ale trzeba się zwlec z łóżka jednak. Zaliczyłam łazienkę (prysznic bez kabiny, od reszty pomieszczenia oddzielony zasłonką, woda leci wprost na sedes, ale odpływ jest na tyle OK, że nie rozlewa się to po całej łazience, tylko po kawałku), poczułam się lepiej, w pokoju na haku wisiała suszarka do włosów – rzecz niespotykana do tej pory w żadnym hostelu!… Wykorzystałam ją natychmiast, a potem postanowiłam zrobić śniadanie. Z herbatą…
Z tym był pewien problem, co prawda herbata była na stanie kuchni, ale nie było czajnika bezprzewodowego, żeby zagotować wodę. Ani żadnej kuchenki. Za to były garnki, szklanki, sztućce oraz kuchenka mikrofalowa…
Postanowiłam zagotować wodę w mikrofali, tymczasem robiąc kanapki. Kanapki okazały się mniej problematyczne niż ta herbata, na którą się uparłam, ale w końcu udało się i mogłam się napić czegoś ciepłego 🙂
Przyszedł czas na to, czego nie zdążyliśmy zobaczyć wczoraj – czyli Koloseum, niegdyś piękne, obłożone białym marmurem, teraz – zrujnowane, za to z tłumem turystów w środku. Dzika kolejka do kasy, którą ominęliśmy, szczęśliwi, że mamy już bilety, skasowaliśmy je ponownie w bramce jak w metrze i już mogliśmy oglądać ruiny z bliska.
Koloseum wygląda, jakby było zrobione z małych cegiełek, ale czy rzeczywiście, tego nam się nie udało ustalić. Wleźliśmy na pierwsze piętro, kiedy lunęło i znów musieliśmy się schować i przeczekać. Na szczęście te deszcze – chociaż obfite – były krótkotrwałe i zaraz potem pojawiało się słońce, zatem resztę gruzów obejrzeliśmy okrytą skrzącymi się kroplami wody.

Wilczy ponarzekał, że nie wpuszczą go na najwyższe dwa piętra, ale i tak zadowolony łaził po tym, co dostępne. Pooglądaliśmy sobie część pod sceną, z jakimiś podejrzanymi korytarzami, które się nagle kończyły brakiem przejścia i w końcu, usatysfakcjonowani, poszliśmy sobie w diabły w kierunku autobusu, który nas zawiózł w okolice mostu Świętego Anioła. Przy okazji – po drodze – dowiedziałam się, po co są Smarty – te krótkie auta, dwuosobowe. Otóż – żeby parkować w poprzek! Wielokrotnie widziałam Smarty zaparkowane w poprzek – faktycznie – normalne auto w życiu by tam nie weszło, a Smart – proszę uprzejmie. Faktem jest, że z miejscami do parkowania w Rzymie jest cienko, oj cienko…
Na most weszliśmy od strony zamku Świętego Anioła i przeszliśmy się nim nad Tybrem. Co kawałek stoją rzeźby, ładnie tam, owszem, zamek też robi wrażenie, podobno jest z niego piękny widok na miasto i Watykan, ale niestety – wstęp kosztuje jakieś koszmarne pieniądze, a całego muzeum oglądać nie zamierzaliśmy, zatem powlekliśmy się w stronę Watykanu.
Wstęp do państwa Watykan jest ograniczony – przez środek placu Świętego Piotra ustawione są barierki i wejść można tylko przy kolumnadzie, gdzie są przerwy w barierkach, ale wcale nie za szerokie. Przeszliśmy.
– O, jestem w innym kraju – ucieszył się Wilczy. – I to tak bez pokazywania paszportu 🙂
Poszliśmy do wejścia do bazyliki. Najpierw musieliśmy stanąć w kolejce do trzepania, jak na lotnisku, przejście przez bramkę, bagaże przejechały przez skaner… Jedyną różnicą jest to, że można mieć przy sobie parasol i butelkę wody. Wstęp do bazyliki jest darmowy, więc idziemy…

Najpierw wywaliło nas w stronę krypt, potem – w stronę wejścia na kopułę, w końcu udało się odnaleźć – pośród tysiąca barierek – właściwą drogę do wnętrza świątyni.
No dobra, ładnie tam, mnóstwo zdobień, rzeźb, pewnie część rąbnięta z Forum Romanum, a marmur – z Koloseum, chyba, że te upchnęli w Muzeach Watykańskich. Obejrzeliśmy ołtarz, obejrzeliśmy Pietę i na końcu poszliśmy do krypt, poszukać grobu naszego papieża.
Grób papieża Jana Pawła II jako jedyny był pilnowany przez pana w garniturze, który prosił, żeby się nie zatrzymywać, tylko przechodzić, a jeśli chcemy się zatrzymać, to za barierką – również jedyną na całe krypty – widocznie nasz papież jest bardzo popularny. Poza tym grobowiec wygląda bardzo skromnie i jest – chyba również jako jedyny – otoczony prawdziwymi, żywymi kwiatami w doniczkach.
W końcu wyszliśmy i okazało się, że leje. Znów oberwanie chmury. Jakoś przebiegliśmy do kolumnady i zamarzyłam o obiedzie. W prawdziwej knajpie. Nie w syfiastym barze, tylko w restauracji…
Wilczy zawlókł mnie na drugi koniec kraju, na przystanek autobusu 62, który miał nas zawieźć do miasta, do cywilizacji, bo zgodziliśmy się, że tutaj to jesteśmy bez szans – nie stać nas na obiad w okolicach Watykanu. Przystanek znaleźliśmy. Stanęliśmy. Czekamy.
Czekamy.
Zaczęliśmy się nudzić. Spacerować. Obok zebrała się grupka ludzi.
Czekamy.
Wilczy poszedł za róg sprawdzić, co słychać.
Wrócił niespiesznym krokiem. Czekamy…
Podszedł do nas człowiek z grupki i zaczął o coś pytać, z czego zrozumiałam tylko – tak mniej więcej – 62.
– Tak – pokiwałam głową – czekamy na autobus!…
– Mamma mia! – odpowiedział na to człowiek i wrócił do grupki.
Czekamy…
Po jakimś milionie lat, kiedy zapuściłam korzonki i zaczęłam się zastanawiać nad wydaniem owoców, kiedy obok nas przejechało stado autobusów turystycznych, wreszcie zza zakrętu wyłoniło się 62. Grupka zaczęła wykrzykiwać – jak podejrzewam – różne brzydkie wyrazy po włosku, a autobus dostał brawa!…
– No wreszcie – westchnęłam, moszcząc się na siedzeniu i zapadając w letarg. Autobus zatrzymał się na następnym przystanku jakieś 400 metrów dalej i wyłączył silnik.
– Co?!?…
– Krańcówka… – westchnął Wilczy.
Co sobie wtedy pomyślałam, to zachowam dla siebie, bo niecenzuralne. Na szczęście przerwa nie trwała zbyt długo, autobus ruszył i przejechaliśmy jakoś naprawdę dużo miasta, zanim wysiedliśmy w okolicach Piazza Barberini – tego, na którym byliśmy dnia poprzedniego, bo umknęła nam Fontanna Pszczół. Tymczasem pszczoły musiały iść w odstawkę, obiad był ważniejszy.
Włoski zwyczaj jadania w ciągu dnia buły, zostawiania ciepłego posiłku na wieczór, zupełnie do mnie nie przemawiał. Potrzebowałam odpoczynku i bałam się, że nie znajdę sensownego miejsca, ale jednak udało się – trafiliśmy na La Fontanella Sistina przy Via Sistina, ceny miała takie ostatecznie do łyknięcia i weszliśmy. Powitał nas kelner, zaprosił do czystego stolika, na którym leżał czysty obrus i czyste sztućce. No dobra, wczoraj też było czysto, tylko zajeżdżało spalonym tłuszczem i było ciemno… Dostaliśmy karty i wybraliśmy sobie zupę minestrone i jakieś makarony na drugie. Oraz herbatę… Bardzo starałam się nie kichać, nawet mi to nieźle szło, ale nos to odcierpiał potem 🙂
Jedzonko było wporzo i przede wszystkim ciepłe, toaleta była czysta i na drugim końcu lokalu, rachunek przyszedł powiększony o przyzwoitą wartość coperto (w Grecji się płaci za chleb, tutaj – za nakrycie), a na koniec dostałam kwiatka od restauracji i zrobiło mi się miło.
Po jedzeniu, trochę już zmęczona (postanowiłam się nie poddawać), powlokłam Wilczego do tej Fontanny Pszczół, a potem on powlókł mnie na Via Veneto – ponoć słynną ulicę, która grała w wielu filmach. No bardzo ładna, idzie sobie tak pod górkę zakolem. Spacerując trochę zaułkami dotarliśmy przed kościół Najświętszej Trójcy, który jest ukoronowaniem Schodów Hiszpańskich. Zeszliśmy po tych schodach na Plac Hiszpański z fontanną w kształcie łodzi, potem poszliśmy do metra uliczką, która prawdopodobnie grała w filmie “Rzymska opowieść”, wróciliśmy na Termini i odkryliśmy w jego podziemiach supermarket, który natychmiast zaczęliśmy eksplorować. Dzięki czemu na kolację mieliśmy sałatkę z ośmiornicy…;)
Ale zanim wróciliśmy na kolację, ten bandyta Wilczy powlókł mnie pod Koloseum metrem, bo chciał koniecznie obejrzeć pięknie oświetlone nocą zabytki. Obejrzał Koloseum, bo Forum Romanum jakoś niespecjalnie było oświetlone, wrócił zatem do domu niepocieszony.

Obudził nas deszcz. Było go słychać. Acz nie było go widać 🙂 Zaraz po śniadaniu zjedliśmy owoc kaktusa (czy innego potwora z kolcami), czerwony, słodki i z mnóstwem pestek w środku. Nie mieliśmy pojęcia, czy jada się go na surowo, ale zjedliśmy i żyjemy, więc chyba nie było przeciwwskazań. Natomiast upierdliwość jedzenia określam na jakieś 8 w dziesięciostopniowej skali, bo pesteczki były w dużych ilościach i wszędzie.
No i ruszyliśmy się do Muzeów Watykańskich. Wejście oczywiście tak samo szykanujące, jak do bazyliki: bramka, skaner, następny proszę. Ja chciałam tylko do Kaplicy Sykstyńskiej, Wilczy chętnie by obejrzał całe muzeum, bilety na wszystko razem kosztują 15 €, wchodzimy.
Okazało się, że żeby przejść do Kaplicy to i tak trzeba przelecieć całe muzea. No, może gdzieniegdzie są jakieś skróty. Pierwszy skrót zaliczyliśmy, ale potem szliśmy zgodnie ze strzałkami, bo muzea okazały się być genialne…

Nie tylko mają tam jakąś monstrualną liczbę zabytków, na pewno częściowo wyniesionych z ruin (rzeźby na przykład), mnóstwo arrasów, ale same pomieszczenia są zabytkami. Każde pomieszczenie jest tak udekorowane na ścianach, suficie, a nawet podłodze, że robi to kolosalne wrażenie. Albo malunki, albo płaskorzeźby, albo inne wynalazki… Już przestało mi się tak spieszyć do Kaplicy Sykstyńskiej…
Parę kilometrów dalej i kilka lat świetlnych później dotarliśmy wreszcie do końca muzeów. Przed Kaplicą był barek, do którego weszliśmy na kawę i ciastko, trzeba się trochę podładować. No i wreszcie do Kaplicy Sykstyńskiej…
No i tu się rozczarowałam. Po tych wszystkich bajerach, rzeźbieniach, kasetonach oczekiwałam czegoś naprawdę full wypas. Tymczasem kaplica to po prostu gołe (acz pomalowane) ściany i nic więcej. No, jeden rzeźbiony balkonik. Ale naprawdę po tych wszystkich ozdobach, którymi byłam karmiona przez ostatnich kilka godzin, tu było wręcz ponuro… i nie było wolno fotografować (co i tak większość zwiedzających ignorowała).
Po wyjściu z muzeów Wilczy znów przekonał mnie do zaufania autobusowi numer 62. Tym razem nie musieliśmy tak potwornie długo czekać i autobus nie dostał braw na powitanie. Pojechaliśmy nim w okolice Campo de’ Fiori, gdzie miał być targ kwiatowy. Owszem, był, ale oprócz tego plac był tak potwornie zaśmiecony, że aż wstyd – naprawdę, skąd w przewodniku takie piękne zdjęcie bez jednego papierka, kosza, gazety, kartonu czy resztek kwiatków na kostce? Cały ten syf zrobił na mnie okropne wrażenie… Dla odmiany poszliśmy na Piazza Navona – plac z trzema fontannami, robiący wrażenie i przede wszystkim dużo czystszy. Na tyłach placu daliśmy się skusić na ofertę jednej z knajpek, czego potem bardzo długo żałowaliśmy. Bar był wściekle brudny, stoliki były brudne, kelner posadził nas przy takim usyfionym stoliku i wtedy już trzeba było wyjść. Byłam jednak zmęczona i instynkt został przytłumiony przez chorobę…
Dostaliśmy carbonarę z mikrofalówki, była obrzydliwa, herbata kosztowała fortunę, a coperto wyniosło chyba połowę rachunku. Zdecydowanie i absolutnie nie polecamy knajpy Bar Senato na Corso del Rinascimento. Czym prędzej wynieśliśmy się z tego syfiastego miejsca i poszliśmy obejrzeć Panteon.

Panteon
Wzniesiony jako świątynia bóstw planetarnych, zmieniony na twierdzę, a w końcu na kościół katolicki, zachował się w niezłym stanie do dziś, chociaż akurat był w remoncie. W środku, w centralnym punkcie, brakuje sufitu, nie wiem, czy tak specjalnie – w każdym razie z okazji deszczów środek był wygrodzony i mokry. W Panteonie znajduje się grób Rafaela oraz pierwszego króla zjednoczonych Włoch – Vittorio Emanuela II, a także królowej Małgorzaty.
Stamtąd powędrowaliśmy obejrzeć Fontannę di Trevi, która jest jedną z najsłynniejszych rzymskich fontann, zajmuje większość małego placyku i generalnie jest jakby fasadą budynku. Przy fontannie były dzikie tłumy.
Potem przenieśliśmy się przy pomocy komunikacji na Piazza del Popolo. Na plac weszliśmy przez Porta Flaminia, obejrzeliśmy boczne rzeźby, bardzo spodobały mi się dwa bliźniacze kościoły po drugiej stronie placu i w końcu nabrałam ochoty na przejażdżkę tramwajem. Bo tyle jeszcze zostało niezwiedzonych miejsc!… Na przykład Park Villa Borghese – akurat przez środek parku jeździ jakiś tramwaj, przejedźmy się nim!…
Wilczy uległ (to przez namiętność do pojazdów szynowych), wsiedliśmy do tramwaju, potem przesiedliśmy się do drugiego i zrobiło się bardzo niefajnie. Otóż okazało się, że co prawda tramwaj jedzie przez park, ale ulicą, która jest otoczona murami z obu stron i guzik widać. Po prostu same mury, koniec, w dodatku jest bardzo ciemno, a my powoli zaczynamy być nie wiadomo, gdzie… Poszłabym spać…
W rezultacie objechaliśmy dookoła pół miasta, wysiedliśmy gdzieś na zupełnie innym krańcu, poszukaliśmy metra i grzecznie, przez sklep, wróciliśmy do domu. Trudno. Zostało jeszcze sporo do obejrzenia, ale najwyraźniej musimy wrócić do Wiecznego Miasta…
Wilczy został obdarowany przez naszego pana opiekuna mieszkania piwem. Podtekst był jasny: chodziło o dobrą opinię dla hostelu. No i trzeba było potem powalczyć ze sobą, bo co tu dobrego napisać o miejscu, w którym klamka od łazienki chodzi w kółko, a drzwi do lodówki trzeba zamykać z kopa? Za to suszarka do włosów znacznie podniosła standard 😉

Dzień powrotu. Trochę się rozbisurmaniliśmy ostatnio i wstawaliśmy ciut później. Dziś trzeba było się w miarę zwinąć, chociaż nasz opiekun pozwolił nam zostać dłużej, bo pogoda jest paskudna. Jednak się zapakowaliśmy i po śniadanku wyruszyliśmy poszperać jeszcze po najbliższych okolicach Termini – Rzymie multietnicznym. Faktycznie, mnóstwo sklepików prowadzonych przez Chińczyków, Indyjczyków i bogowie jedynie wiedzą, kogo jeszcze. Głównie ciuchy.
Obejrzeliśmy sobie plac Vittorio Emanuele II z parkiem i rzeźbami, i trafiliśmy wreszcie na targ, którego szukaliśmy namiętnie. Weszliśmy i oniemieliśmy, a ja zrobiłam się mocno szczęśliwa. Że też nie odkryliśmy tego miejsca wcześniej!…

Prawdziwy, typowy targ, z mnóstwem stoisk wypełnionych towarem, było tam wszystko, najprzeróżniejsze owoce, których nie znaliśmy, przedziwne warzywa, sektor ryb i owoców morza, mięso, przyprawy… Absolutnie genialne miejsce!… Natychmiast kupiliśmy banany na drugie śniadanie 🙂
Przeszliśmy się jeszcze do kościoła Santa Bibiana, który okazał się być zamknięty na głucho i wróciliśmy na drugą stronę Termini, skąd miał odjeżdżać nasz autobus na lotnisko Fiumicino. To już kolejne lotnisko, które mieliśmy zwiedzić podczas tego wyjazdu.
Autobusy na Via Marsala zatrzymują się w zatoczce albo i na środku, jeśli zatoczka jest przypadkiem zajęta. Po chodniku plącze się mały człowieczek, sprzedający bilety na konkretny autobus, ale sprzedaż zaczyna nie wcześniej niż na ustalony według siebie czas przed odjazdem – nie udało mi się zorientować, co nim dokładnie kieruje. Kupiliśmy zatem bilety po 8 € i cierpliwie czekamy na swój autobus.
I jak zwykle – czekamy.
Włoska punktualność również pozostawia wiele do życzenia, może za bardzo im się wymieszała krew z krwią afrykańską?…
Czekamy.
Autobus przyjechał już spóźniony, zapakował wszystkich i odjechał. Na wycieczkę po mieście… Znaczy: zamiast na południe, pojechał na północ, objechał miasto dookoła, dotarł na tyły Watykanu i dopiero potem skręcił we właściwym kierunku.
Na lotnisku mieliśmy najpierw problem ze znalezieniem właściwego terminala, postanowiliśmy zatem skorzystać z informacji. Okazało się, że informacja jest… dziwna.
Zamiast normalnej budki z człowiekiem w środku, mieliśmy telefonik i telewizorek, trzeba było wcisnąć przycisk i poczekać na zgłoszenie informatora… który na pytanie Wilczego: gdzie, do licha, jest właściwy terminal, odpowiedział: wyjdźcie stąd i idźcie w lewo. I już. Jakie to proste!… On doskonale wiedział, gdzie jesteśmy…
Znaleźliśmy swój terminal, przeszliśmy przez odprawę z szykanami dla posiadaczy wielkich walizek, zahaczyliśmy o sklepy i ciężsi o zakupy przeszliśmy nawet ostatnią kontrolę. Wsiedliśmy do samolotu, usiedliśmy sobie przy oknie, katar już mi zaczął przechodzić, za to bolało mnie gardło, więc żarłam włoski strepsils, samolot wystartował i poleciał na południe.
– Wilczy – powiedziałam niepewnie po chwili. – My dokąd właściwie mieliśmy lecieć?…
– Wygląda na to, że wracamy na Sycylię… – odpowiedział z westchnieniem.
W sumie – czemu nie?…;)

Wyszperane w sieci:
Transport na/z lotniska firmy Terravision
Hostel World – tu rezerwowaliśmy noclegi
Komunikacja w Bergamo
Sycylia
Palermo
Autobusy firmy SAIS – rozkłady jazdy
Autobusy Interbus, Etna trasporti, Segesta
Syrakuzy
Etna
Taormina
Rzym
Rzym – plan metra
Forum Romanum
Wzgórze Palatyn, dziś część Forum Romanum
Koloseum
Watykan
Bazylika Świętego Piotra na Watykanie
Muzea Watykańskie
Panteon
Fontanny w Rzymie

<!– 4-12.11.2010 r. ->

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply