Malta, Nurkowanie, Podróże, Włóczęga

Malta w przerwie powierzchniowej

Jeśli  chcesz pogodzić przyjemne nurkowania wrakowe z atrakcyjną przerwą powierzchniową i do tego smacznym jedzeniem – jedź na Maltę!

Malta brzmi dobrze. Gdy 3 lata temu byliśmy na Gozo i udało nam się zobaczyć tylko mały fragment Malty, to już wiedziałam, że muszę tu wrócić. Szczęśliwie się złożyło, że w międzyczasie powstało w Bugibbie polskie centrum nurkowe Dive on Malta, więc trzeba było tylko ustalić termin.

Malta we wrześniu wygląda uroczo

Postaraliśmy się naprawdę ograniczać z bagażem, ale wiadomo, jak to jest, kiedy jedziesz z prawie całym szpejem nurkowym i jeszcze upierasz się, że będziesz robić pod wodą zdjęcia i kręcić filmy. Nasze bagaże ważyły w sumie ponad 60 kg… Nie wiem, jakim cudem znalazły się na warszawskim lotnisku, wyrzuciłam z głowy tę traumę 😉 I tak w czwartek wieczorem wylądowaliśmy na Malcie.

Po wyjściu z samolotu Wilczy pogalopował do toalety, a ja ustawiłam się strategicznie przy taśmie z bagażami. Taśma ruszyła natychmiast i wśród pierwszych bagaży pojawiły się te nasze. Te wściekle ciężkie. Panika dodała mi sił, rzuciłam się do taśmy, jednocześnie dźgnęłam łokciem w bok jakiegoś gościa, stojącego obok i poprosiłam go uprzejmie:

– Hej, pomożesz mi? To! Tylko to ciężkie jest! – pokazałam paluchem, jednocześnie ciągnąc drugą z ciężkich waliz. Nawet nie wiem, czy gość rozumiał polski język, ale zareagował prawidłowo: zdjął potwora z taśmy i postawił obok. Podziękowałam natychmiast i zajęłam się przesuwaniem stosu złożonego z 4 ogromnych waliz i plecaków gdzieś ciut dalej od taśmy. W końcu utknęłam na środku i wtedy z toalety, cały szczęśliwy, wyszedł Wilczy. Popatrzył na mnie i go przystopowało:

– Jak to, już?!?…

W portach obok wielkich i nowoczesnych jachtów stoją kolorowe drewniane łódki

A potem poszliśmy kupić kartę na 12 przejazdów autobusowych i zrobiło się śmiesznie, bo Wilczy stanął w kolejce do kasy, a ja z bagażami obok, nieopodal automatów biletowych. Najpierw przesłałam z mojego Revoluta na Wilczego ostatnie pieniądze, czyli 15 euro, potem wyczaiłam, że w automatach też można kupić tę kartę. Kolejka jakoś marnie szła, ja z ciekawości rozpoczęłam transakcję w automacie i nieuchronnie doszło do momentu płatności, tylko ja już nie miałam czym zapłacić, więc Wilczy dał mi swojego Revoluta, a potem usiłował jakoś wyleźć z tej kolejki, żeby wbić PIN, ale to nie było takie proste, bo kolejka była obstawiona sznurkami i generalnie jeden kierunek ruchu. Zablokowaliśmy automat, rozśmieszyliśmy kolejkę (dużo Polaków akurat stało) i w końcu Wilczemu się udało wyplątać z ludzi z walizami i sznurków, wbił ten PIN i już byliśmy szczęśliwymi posiadaczami karty na 12 przejazdów. Plastikowej, grubej, jednorazowej (dwunastorazowej) karty, której nie można doładować następnymi przejazdami. W dobie walki z przytłaczającą ilością plastiku mocno to nieekologiczne. No ale hurra, mamy bilety, przed lotnisko marsz, do autobusu!

Znaleźliśmy właściwy przystanek nawet dosyć szybko. Ale jeżeli chodzi o komunikację miejską, to autobusy głównie zajmują się tym, że nie przyjeżdżają. Ja nie wiem, co one robią w tym czasie, kiedy ich nie ma!… To znaczy przyjechał taki, który miał jechać do Bugibby 1,5 godziny, ale że za chwilę miał być ten, który jedzie tylko 50 minut, to postanowiliśmy poczekać i to był błąd. Autobus nie przyjechał. Nie przyjechał także następny i jeszcze kolejny. Czekająca z nami Polka filozoficznie co 20 minut patrzyła na zegarek i komentowała:

– Nie zdążę na ten prom na Gozo. O, na ten też nie zdążę. Na ten następny też nie zdążę. Ciekawe, czy zdążę na ostatni…

Na przystanku stała nowoczesna elektroniczna tablica, wyświetlająca godziny odjazdu autobusów. Te nasze przestała wyświetlać dosyć szybko – co będzie świecić po próżnicy. W efekcie czekaliśmy na autobus ponad godzinę. Wreszcie podjechał i dopiero po jakiejś dłuższej chwili wyświetlił, dokąd jedzie. Do wejścia rzucił się tłum, rzuciliśmy się i my. Największym problemem było upchanie tych wszystkich toreb w dość wąskim przejściu autobusu oraz upchanie siebie, udało się jakoś, jedziemy!…

Co prawda to nie autobus, ale takie wehikuły też można spotkać 🙂

Jakiś czas później zaczynamy nerwowo patrzeć na GPS. Kiedy będzie ten przystanek, na którym mamy wysiąść?!? Za oknem maltańskie ciemności, na wyświetlaczu w autobusie pojawiają się nazwy przystanków w języku angielskim i maltańskim na przemian, mapa mniej więcej pokazuje, gdzie jesteśmy, aha, to już teraz, trzeba zacząć przepychać się do wyjścia… Utknęliśmy w przejściu. Na szczęście tam ludzie są cierpliwi i poczekali, aż się wypchniemy z autobusu, pewnie czując ulgę. Powędrowaliśmy do przejścia dla pieszych i już po drugiej stronie ulicy zobaczyliśmy Isię i Rysia, którzy wzięli nas pod swoje skrzydła nurkowo i towarzysko. Hurra, prawie w domu!…

A guzik. Do domu było jeszcze megadaleko (to znaczy całkiem blisko, ale z torbami daleko). I pod górkę. A na końcu jeszcze po schodach!… Granda i potworności.

Jednak w końcu dotarliśmy do miejsca docelowego, ciepnęliśmy bagaże gdzie bądź i poszliśmy w miasto. Zakotwiczyliśmy w pizzerii, zmęczeni potwornie i głodni nieziemsko. Na Malcie króluje kuchnia włoska, której nie jesteśmy miłośnikami, na szczęście są też owoce morza, znacznie bliższe naszym kubkom smakowym 🙂 Każda knajpa jednakowoż ma w menu najpierw pizzę, a potem dopiero resztę świata, czasami plącze się tam jakiś królik, czasami ryby albo stek. Ceny znacznie odbiegają od portugalskich, danie główne kosztuje sporo powyżej 20 EUR, aczkolwiek nie należy tracić nadziei 😉

Kilka następnych dni miało wyglądać bardzo podobnie: pobudka o nieistniejącej godzinie, żeby na 7:30-8.00 być w siedzibie Dive on Malta, wyjazd na nurkowanie, powrót, ogarnięcie sprzętu, powrót do domu, ogarnięcie siebie i wycieczka na jedzenie. Spać chodziliśmy koło 22, wstawaliśmy koło 6 rano, kolejne wakacje, które są zaprzeczeniem mojej wizji odpoczynku!… Ale nie było ani trochę monotonnie.

Takie widoki w drodze do bazy. Codziennie!
Gdzieś w Bugibbie. Każdy dom ma swoją nazwę, wypisaną na kolorowych kafelkach na ścianie. Często poza nazwą są jakieś elementy chrześcijańskie
Na Malcie też istnieją krasnale ogrodowe 😉

Piątek – pierwsze nurkowania

W piątek o poranku nie wiedzieliśmy jeszcze, że zza otwartych na oścież okien będziemy co rano słyszeć lokalne Radio Maryja wraz z wtórującą mu babcią. Po śniadaniu nas i nasze bagaże zgarnęła Isia, zapoznała nas z centrum nurkowym, kazała wypełnić papiery (uparcie zaznaczaliśmy, że jesteśmy zdrowi psychicznie), zapakowaliśmy auto i ruszyliśmy nurkować. Grupę mieliśmy cudownie małą: 4 osoby wraz z instruktorem i mniej więcej tak już miało być do końca. Idealnie! 😀 Pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy, była Popeye Village, czyli nurkowanie z widokiem na wioskę Popeya 😉 Miejsce bardzo fajne, coś w rodzaju kanionu. Podjechaliśmy autem pod coś w rodzaju stołów do ogarnięcia sprzętu, zaczynamy skręcać wszystko i nagle się okazuje, że… mam co prawda dwie lampy do aparatu podwodnego, ale mocowanie tylko do jednej z nich. Brawo ja, resztę śmiesznych drobiazgów zostawiłam w domu jako nieistotne. Trudno, lampa się przejechała, trzeba było nauczyć się korzystać tylko z jednej.

Przeczytaj więcej o naszych nurkowaniach na Malcie.

Pod wodą było ładnie i kolorowo, zaliczyliśmy też jaskinkę podwodną, w której zaatakowała mnie kreweta. Normalnie zobaczyła światło lampy i jak ćma pchała się w tę lampę! Musiałam uciekać 😉 Za to potem się okazało, że nie mogę wyjść z wody. Wychodzi się po drabince, jestem w stanie dotrzeć do miejsca, w którym wszystko na moich plecach zaczyna ważyć miliony kilogramów i to jest koniec. Musiałam rozebrać się w wodzie i prosić o pomoc w wywleczeniu szpeju na wierzch. I tak mi już zostało do końca nurkowania. Ja wszystko rozumiem, wraki, rybki, ośmiornice, podwodny świat, ale czy to wszystko musi tyle ważyć?!?… Od następnego dnia zaczęłam mieć zakwasy…;)

Nakrapiana murena

Następne nurkowanie to była Cirkewwa i wrak patrolowca P29. Jak podjechaliśmy na parking, to okazało się, że mamy dla siebie ławeczkę przy samochodzie – proszę, jakie luksusy! Był też prysznic z ciepłą wodą i foodtruck z kanapkami, spodobało mi się to miejsce od razu 🙂 Wejście też blisko samochodu, w miarę wygodne, osłonięte skałami. No to wchodzimy! Pod wodą ładnie już od wejścia, a sam wrak – przecudny! Porządnie zarośnięty. Z wielkim karabinem (wiadomo, wszyscy robią sobie tu zdjęcia). Z nieodłącznymi murenami i skorpeną (moje ulubione zwierzątka na wrakach ;). Z milionami małych rybek robiących sztuczny tłok ;p To było bardzo przyjemne nurkowanie 🙂

Wrak P29. Słynny karabin

Po nurkowaniu wróciliśmy do bazy, wypłukaliśmy sprzęt i powędrowaliśmy do domu. Isia nas zaprowadziła, żebyśmy trafili… a po drodze zgarnęliśmy jeszcze książkę do Deepa (kolejny stopień nurkowy, który psyche uparła się zrobić, bo Wilczy ma, a ona nie). Po wypłukaniu siebie poszliśmy w miasto, szukać jedzenia. Jedzenie to podstawa! W przerwie między nurkowaniami wrzuciliśmy w siebie tylko po kanapce, więc głodni byliśmy niesłychanie. Trafiliśmy do knajpki w turystycznej części Bugibby, wzięliśmy menu dnia, trzy dania, z czego główne to królik. Oczywiście! Wszak jesteśmy na Malcie, tu króliki mnożą się jak… no, króliki 😉 Po obiadokolacji bardzo chcielibyśmy jeszcze pobalować, ale Iśka zapowiedziała pobudkę o świcie, a my jeszcze pamiętaliśmy poprzedni dzień spędzony w podróży i… padliśmy jak muchy.

Tak miał wyglądać prawie każdy nasz dzień: pobudka z Radiem Maryja i babcią, nurkowania, jedzenie i sen. Mało atrakcyjnie jak na wakacje, co?…

Jedna z tabliczek na domach

Sobota – psyche zaczyna kurs Deep Diver

Następnego dnia nurkowaliśmy z Pablo z Argentyny. Pojechaliśmy znowu do Cirkewwy, tylko na inny wrak – holownika Rozi. Rozi ma fantastyczny komin! W ogóle jest fajna, ale ten komin robi robotę 🙂 Drugie nurkowanie także było w Cirkewwie, nie musieliśmy zmieniać miejscówki. Tym razem poszliśmy na lewo od wejścia, do Paradise Bay, pooglądać sobie rafę, rybki i ślimaczki. Było gorąco, piliśmy jakieś niesamowite ilości wody, jedliśmy kanapki i smażyliśmy swój tłuszcz na słońcu. A wszystko to w miejscu tylko dla nurków… Nawet na drodze dojazdowej do tego miejsca jest napisane, że nurkowie w lewo, a na prom w prawo 🙂

Pod wodą cały czas walczyłam ze sprzętem foto. Potem, jak już wyszłam i zaczęłam opowiadać, jak to wszystko NIE DZIAŁAŁO, to Wilczy skwitował:

– Zamknij się i umieraj jak mężczyzna!

– Nie mogę, bo jestem kobietą…

Otóż okazało się, że cały ten misterny system motylków, pływaków i przedłużek do lamp do aparatu podwodnego jest nic niewart. Potrójny motylek, na którym miały się trzymać obie lampy, nie trzymał w ogóle i wszystko to latało jak chciało, ustawienie świateł było prawie niemożliwe. Do tego lampy przeważały, aparat leciał na ryj lampami do przodu, ciężko to było utrzymać w jakimś pionie czy poziomie. No i za krótka linka bezpieczeństwa (od aparatu do ludzika, żeby sprzętu nie zgubić w razie czego) powodowała, że nie mogłam wygodnie patrzeć na monitorek aparatu ani na przełączniki. Już nie wspomnę, że przełączniki działały jak chciały, blokując się w pewnych pozycjach!… No i jak ja mam umierać jak mężczyzna przy tylu problemach?!?… ;p

Część problemów potem rozwiązaliśmy, ale generalnie nic nie tłumaczy nieumiejętności obsługi aparatu pod wodą – tu to już powinnam porozmawiać sama ze sobą, najlepiej na osobności jednak…;)

Wilczy miał lepiej, bo miał tylko GoPro ;p Faceci!…

Wrak Rozi. Widok ogólny
Paradise Bay. Fantazyjne skały

Na kolację powędrowaliśmy do… knajpy bałkańskiej, która była niedaleko nas. Może smaki bałkańskie niekoniecznie są właściwe na Malcie, ale za to niewątpliwie śródziemnomorskie i bliskie naszym żołądkom, a do tego okazało się, że jest tam naprawdę tanio i mają tzatziki 😀

Wieczorem uparłam się, że będę się jednak uczyć na tego Deepa, więc z oczami na zapałki starałam się zrozumieć, co jest w tej książce napisane i wypełnić odpowiednią liczbę testów. Natomiast Wilczy powędrował na ploty do centrum nurkowego!… On sobie gadał, a ja się uczyłam, czy to sprawiedliwe?!? W dodatku każdy, kto miał do czynienia z książkami PADI dobrze wie, jak trzeba wysilać intelekt, by wyciągnąć z bełkotu potrzebną wiedzę i nie oszaleć. Obiecałam sobie, że co ciekawsze kwiatki polskie wynotuję z książki i upublicznię, żeby inni też mieli radość z logiki i języka polskiego inaczej…

Niedziela – Rabat i Mdina

W niedzielę o 5:30 obudziła nas awantura na tle radia Maryja. To już nie były modlitwy i śpiewanki, to było tłuczenie się po głowach i wrzaski. Na bogów!… Jest 5:30!… Maltańskie przekleństwa leciały do nas kurcgalopkiem przez otwarte na oścież okna. Okien zamknąć się nie dało, bo upał. Rzucić kamieniem we wrzaski się nie dało, bo nie wiedzieliśmy, skąd dokładnie dochodzą. Nikt poza nami nie reagował, więc to chyba stan normalny…;)

Dziś pierwsze nurkowanie z serii Deep, więc jedziemy znów na P29. Tym razem na poważne nurkowanie z eksploracją wnętrza wraku, więc bierzemy butle 15-litrowe. No matko jedyna moja, ile to waży! Doczołgałam się jakoś do wody, obiecując sobie, że w ogóle nigdy więcej głębokich nurkowań, bo za dużo trzeba dźwigać. Na szczęście w wodzie to już przestaje mieć takie znaczenie. Za to w wodzie zaczyna atakować przyroda – ja dostałam po łapach meduzą, taką malutką, przezroczystą, co to poparzyła mnie w paluchy lewej ręki i dobrze, że nie w twarz, bo pływała sobie dokładnie tam, gdzie chciałam tę twarz zanurzyć… no jak można bujać się w wejściu do wody?!?…

Oddałam Wilczemu aparat, żeby się skupić na ćwiczeniach. Najpierw mieliśmy znaleźć punkty orientacyjne. Isia je widziała, ale ona była tam jakiś tysięczny raz, więc moim zdaniem po prostu płynęła na czuja i na fale ;))) Ja nie widziałam żadnego z tych punktów, chociaż bardzo się starałam i chyba nie chodzi tu o moją krótkowzroczność ;p Na wrak jednak trafiliśmy, na wysokości pokładu zrobiłam obowiązkowe ćwiczenia. Potem to już sama przyjemność: popływaliśmy sobie po wnętrzu wraku, potem powoli wynurzając się po rafie, oglądaliśmy rybki i ślimaczki. Już blisko wejścia Isia popukała się w głowę i natychmiast doszłam do wniosku, że mówi mi, że coś źle zrobiłam, tępym tłukiem jestem, a tymczasem jej chodziło o to, że boli ją głowa…;) Na takie dictum zakończyliśmy nurkowanie na ten dzień, pożarliśmy jeszcze jakieś smakołyki z samochodu z żarciem i wróciliśmy do bazy wcześniej.

Ćwiczenia na P29 🙂

Postanowiliśmy skorzystać z okazji i natychmiast pojechać do Mdiny, dawnej stolicy Malty. Mdina łączy się z Rabatem, a Rabat oznacza “przedmieścia”. Autobus do Rabatu spóźnił się jedynie 15 minut. Co to jest 15 minut w stosunku do wieczności!…

Najpierw oblecieliśmy Rabat, bo też jest niczego sobie i trafiliśmy na placyk przed kościołem, sklep ze słodyczami (który się potem podstępnie zamknął), publiczną toaletę w bardzo dramatycznym stanie i knajpkę z dziedzińcem, gdzie natychmiast zalegliśmy i zaordynowaliśmy sok pomarańczowy. Pić się chce, gorąco jest. I otóż Wilczy zeżarł na obiad sałatę. Nie wiem, jak to się stało!… Co prawda w sałacie były ze 4 plasterki szynki parmeńskiej, bo to włoska knajpa była, ale jednak w daniu przeważała sałata i on pożarł tę sałatę jak królik. I to nawet bez jakiegoś większego obrzydzenia. Ja natomiast zamówiłam Aperol Spritz i stwierdziłam, że jednak wolę normalne piwo. Wiatr zwiał nam ze stolika puszkę. I tak ciągle coś zwiewał, a my ciągle to łapaliśmy. Oraz ciągle przenosiliśmy stolik, żeby na nas słońce nie świeciło i tak wędrowaliśmy przez pół dziedzińca, aby być cały czas w cieniu rachitycznego drzewka. Z obsługą ciężko się było porozumieć, bo mówili tylko po włosku. Ale ostatecznie spędziliśmy miło czas, a potem ruszyliśmy zwiedzać.

Zaułek w Rabacie

Zwiedzanie polega głównie na uważaniu na samochody. Chodniki nie zawsze istnieją, za to zawsze istnieją mury, do których trzeba się przytulić, jak coś jedzie. Po Rabacie jeździ wariat, tam są 4 ulice na krzyż, a on rozwija prędkości nadświetlne i ryczy silnikiem. Na prochach jakiś, czy co?… A tam naprawdę nie ma gdzie uciec!… Przejścia dla pieszych za to istnieją. W Valletcie. Ale też nie są zbyt ortodoksyjne i w ogóle nie przywiązujmy się do myśli bezpiecznego przechodzenia przez ulicę. Natomiast atrakcje turystyczne, które powinny być otwarte w dni wolne, czyli na przykład w niedzielę, są zamknięte, bo jest niedziela i kto by tam pracował!… To jest opowieść o tym, jak nie zobaczyliśmy katakumb…

Brama do Mdiny

Dotarliśmy w końcu do Mdiny, weszliśmy główną bramą i najpierw trafiliśmy na zamkniętą informację turystyczną, a potem to już po prostu szliśmy przed siebie. Na plac pod katedrą, wąskimi uliczkami, do Bastion Square, rzucić okiem na wyspę. Widok jest cudny, morze widać z dwóch stron, nic dziwnego, że Maltańczycy urządzili tu sobie kiedyś stolicę. Niestety, sama Mdina zmieniła się na niekorzyść od naszego poprzedniego pobytu: wszędzie były samochody. Poprzednio były tu nieliczne auta, teraz były nieliczne miejsca bez nich… Strasznie psują urok tego starego miasta.

Jak już obeszliśmy wszystko (Mdina nie jest zbyt rozległa), postanowiliśmy odwiedzić knajpę, którą pamiętaliśmy z poprzedniego pobytu: Fontanellę. Pan na wejściu zapytał: taras z widokiem, czy air-condition? Wybraliśmy taras, więc pan ustawił nas w kolejeczce na schodach… Aha.

Nie pamiętałam jakoś z poprzedniego pobytu, że to jest pizzeria po prostu. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że narodową potrawą maltańską jest potrawka z królika. Narodową potrawą maltańską jest pizza! Tu każda knajpa jest pizzerią. Zamówiliśmy… pizzę. I piwo. Spędziliśmy na tarasie uroczy zachód słońca, złota godzina przeszła płynnie w niebieską i pojawił się bardzo fotogeniczny księżyc nad dachami katedry, wszyscy rzucili swoje pizze, żeby robić zdjęcia. A Wilczy nie chciał zamówić ciastka…

Zaułek w Mdinie
Mdina
Malta po nurkowaniu oferuje ciekawee miejsca do zwiedzania
Mdina

W końcu, nie przejedzeni, poszliśmy w stronę przystanków autobusowych, robiąc po drodze jeszcze milion zdjęć nocnej Mdiny. Przystanki autobusowe ciągnęły się po obu stronach drogi i nie mieliśmy pojęcia, na którym z nich powinniśmy stanąć, żeby wsiąść w ten właściwy, jadący do domu. Na Malcie nic nie jest tak po prostu oczywiste. Obstawiliśmy więc obie strony drogi, wypatrując właściwego numeru na autobusach. Spacerowałam sobie wzdłuż mojego odcinka, podśpiewując różne tam takie, aż nagle się zorientowałam, że na ławeczce za moimi plecami leży sobie jakiś czarny gość. A ja mu co, kołysankę do snu śpiewam?!?… Przy przystanku stał sobie autobus z zapalonym silnikiem i bez kierowcy i stał tak ze 20 minut. Naprawdę. Potem się okazało, że stanie na silniku przez dużo czasu jest tu bardzo rozpowszechnione. Autokary, samochody, wszystko stoi i grzeje to i tak megarozgrzane powietrze i smrodzi. Tymczasem ja nie mogłam też powstrzymać się od zerkania na zegarek, chociaż dobrze wiedziałam, że rozkłady jazdy w tym kraju są jedynie wskazówką. A autobus przyjechał oczywiście z niewłaściwej strony, pojechał też w niewłaściwą, gdzieś tam potem robiąc kółko i jednak finalnie trafiliśmy do Bugibby.

Poniedziałek – the day off i Valletta

Dziś dostaliśmy dzień wolny, więc postanowiliśmy go wykorzystać na wycieczkę do Valletty, stolicy kraju. Najpierw zapoznaliśmy się jednak z supermarketem. Okazało się, że Malta jest bardzo no zero waste. W sklepach wszystko jest pakowane w osobne plastikowe torebki (oczywiście darmowe). Krojone wędliny pakowane są w kilka takich torebek, a do tego wszystko z działu niesamoobsługowego pchane jest do kolejnej torby. No na pewno się nie wysypie, ale po co tyle tego plastiku?…

Potem powędrowaliśmy na przystanek autobusowy, przechodząc przez wiele ulic na durch, bo przejść dla pieszych nie uświadczysz, a nawet jeśli, to gdzieś bardzo daleko stąd. Mniej więcej za kilka minut powinien przyjechać nasz autobus. Tymczasem przyjechało tak ze 20 innych autobusów, ludzie na przystanku na ławeczce palili papierosy (kolejna rzecz, która nas różni, u nas jak już palą, to przynajmniej nie pod wiatą ;), żar lał się z nieba, a autobus w końcu przyjechał spóźniony tylko 15 minut. Naprawdę nie przywiązujmy się do rozkładów.

Valletta
Dopracowane szczegóły 🙂
Główna ulica miasta jest deptakiem
Boczne uliczki prowadzą nad morze 🙂

W Valletcie oczywiście poszliśmy na spacer głównymi ulicami starego miasta. To jest właśnie to miasto, w którym wszystkie budynki są udekorowane pięknymi drewnianymi balkonikami, a przez środek biegnie długa i prosta ulica, kończąca się niemal w morzu. Wszyscy robią tam zdjęcia 🙂 Dookoła jest mnóstwo knajpek z daniami włoskimi, po ulicach chodzą tłumy nie tylko turystów, a miasto dosłownie spływa ze wzgórza do morza.

Bo Valletta i okolice to w sumie wielki port. Malta – ze względu na swoje położenie między Europą a Afryką – zawsze była smakowitym kąskiem, każdy chciał tu rządzić i kontrolować ruch na Morzu Śródziemnym. Jednak dziś najbardziej widać wpływy Zakonu Maltańskiego (pod którego panowaniem kraj był przez ponad 2,5 wieku) i Wielkiej Brytanii. Dużą rolę Malta odegrała podczas II wojny światowej, kiedy to stanowiła aliancki przyczółek nieopodal faszystowskich Włoch. Grand Harbour to spory, z interesującą linią brzegową, port leżący pomiędzy Vallettą a Trzema Miastami (Vittoriosa, Cospicua i Senglea). Od czasów Wielkiego Oblężenia Malty w 1565 roku był strzeżony przez baterię artylerii, najpierw turecką, potem Zakonu Maltańskiego. Saluting Battery była używana nie tylko do celów obronnych. Oddawano z niej saluty powitalne, ceremonialne i sygnałowe. Dziś stoi tu 8 replik 32-funtowych dział. Każdego dnia (w samo południe oraz o 16.00) z jednego z nich oddawany jest salut. Można go oglądać z Górnych Ogrodów Barrakka albo za 3 EUR wejść na teren z armatami i być bliżej atrakcji  

Widok z Górnych Ogrodów Barrakka na Grand Harbour i Trzy Miasta
Saluting Battery
Górne Ogrody Barrakka 🙂

Oczywiście poszliśmy obejrzeć wystrzał z armaty, ten za darmoszkę, z Górnych Ogrodów. Przewodniki mówią, że trzeba tam być kwadrans wcześniej, bo jest opowieść i cała ceremonia, i w ogóle. Nie mówią za to, że jak przyjdziemy później, to nic nie zobaczymy, bo się nie dopchamy do barierki 🙂 Przyszliśmy wcześniej, zajęliśmy dogodne miejsce, wycelowałam aparat w armatę i czekam na właściwy moment. Tymczasem piętro niżej, tam, gdzie armaty, zaczął się delikatny ruch. Pojawił się pan, który głównie namawiał nas na kupno różnych gadżetów, a tylko trochę opowiadał o strzelaniu. Jednocześnie do armat podeszło dwóch artylerzystów i zaczęli upychać proch w dwóch armatach. Tłum gęstniał. Słońce parzyło. Samo południe, pot spływa po kręgosłupie, a tam na dole niewiele się dzieje. Wreszcie nerwowość sytuacji wzrosła na tyle, że wiadomo było, że to już zaraz. Pochyliłam się nad aparatem i…;)

Tak wyglądał wystrzał armatni z Saluting Battery

Armata strzeliła jedna, chociaż przygotowali dwie. Wilczy twierdzi, że to dlatego, że to są armaty GUE – mają po prostu backup. Ale swoją drogą tyle czekania na jedną sekundę radości!… Za to zaraz po strzale były obowiązkowe brawa 🙂

Jak już obejrzeliśmy ten strzał z armaty, to okazało się, że wszyscy na tarasie chcą, żeby im Wilczy zrobił zdjęcia typu “janatle”. I Wilczy tak robił po kolei: jednym, drugim, trzecim… Ciekawe, widocznie wyglądał na większego profesjonalistę niż psyche, która dźwigała ciężką lustrzankę. No, ale widocznie dźwigała sprzęt swojemu panu ;p

W Górnych Ogrodach Barrakka jest wmurowana tablica pamiątkowa ORP “Kujawiak”. Wodowany w 1940 roku polski niszczyciel eskortowy brał udział w przeprowadzeniu konwoju z zaopatrzeniem dla Malty podczas II wojny światowej w ramach operacji Harpoon. Już u wejścia do maltańskiego portu okręt trafił na minę, która spowodowała na tyle duże uszkodzenia poszycia, że w konsekwencji Kujawiak zatonął, a wraz z nim 13 członków załogi. Na tablicy napisano: “Abyśmy nigdy o nich nie zapomnieli”.

ORP “Kujawiak” – tablica pamiątkowa

Idąc za ciosem, postanowiliśmy obejrzeć Lascaris War Rooms (12 EUR), czyli podziemne, wykute w skale, centrum dowodzenia, używane podczas II wojny światowej. W sumie interesujące miejsce, pełne historii, to stąd kierowano obroną wyspy i innymi działaniami na Morzu Śródziemnym. Jest tu kilka pomieszczeń z mapami, można dowiedzieć się, w jaki sposób zaznaczano na nich umiejscowienie wrogich sił, jak żyli tutaj ludzie w najściślej chronionej części. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że na wycieczce po obiekcie jesteśmy skazani na np. półgodzinne stanie dookoła jednej z map, bez możliwości posadzenia czterech liter gdziekolwiek. No przydałyby się ławeczki pod ścianami, naprawdę!

Lascaris War Rooms
Lascaris War Rooms – tablica stanu gotowości dywizjonów myśliwskich
Lascaris War Rooms
Lascaris War Rooms – centrala
Lascaris War Rooms – główna mapa do zaznaczania pozycji sił własnych i wroga

Wyjście z Lascaris jest w dolnej części miasta, więc przeklinając upał wdrapaliśmy się do tej właściwej części, na wzgórze. Obejrzeliśmy sobie z zewnątrz schronisko dla zakonników (no dobra, to był po prostu Zajazd Kastylijski), zrobiliśmy pięćset zdjęć balkonikom i zdobieniom architektonicznym, popatrzyliśmy z rozrzewnieniem na knajpki ze stoliczkami ustawionymi na schodach i weszliśmy do jednego z 365 kościołów – kościoła św. Pawła Rozbitka. To jakimś cudem nasz ulubiony kościół w Valletcie. Wchodzimy do niego zawsze bocznym wejściem, które wygląda jak wejście do kamienicy (kościół jest sklejony z budynkami obok). W środku można dostać informację w języku polskim. Kościół jest w stylu barokowym i jest absolutnie przepiękny. Poza tym daje trochę schronienia w upalny dzień 😉

W kościele św. Pawła Rozbitka
W kościele św. Pawła Rozbitka

Kiedy zatrzymaliśmy się w jednej z knajpek na schodach na sok pomarańczowy, dobiegło nas nagle swojskie: “Dzień dobry!”. Dużo Polaków na Malcie, ale żeby od razu z każdym się witać?!?… Okazało się, że zostaliśmy rozpoznani z akcji “biletomat” na lotnisku przez sympatyczną parę krajanów. Wymieniliśmy się od razu atrakcjami, które warto zobaczyć. Wychodzi na to, że opłacało się błaznować…;) Aneta, pozdrawiamy! 😀

Następną atrakcją był Food Market. No, może byłby, gdyby był jakiś bardziej pełny życia. Tymczasem było tam kilka hipsterskich stoisk, supermarket i generalnie pustawo oraz drogawo. Zgodnie uznaliśmy, że to nie jest miejsce dla nas. Wilczy na moje pytanie, czy chce obejrzeć Narodowe Muzeum Wojny (10 EUR) zastrzygł uszami, więc powędrowaliśmy powolutku w stronę Fortu św. Elma. Wybudowany przez joannitów na planie gwiazdy fort jest dziś siedzibą muzeum, chociaż zaraz po wejściu stwierdziliśmy, że to raczej muzeum złomu niż wojny, bo przywitały nas gigantyczne i zardzewiałe kotwice. W dodatku zamieszkałe przez stada jaszczurek. I o ile bardziej nas kręcił po prostu fort, widok z murów, armaty i strzelnice, o tyle trzeba przyznać, że zbiory muzeum też są interesujące. Tym bardziej, że można w nim zobaczyć nie tylko ordery, fragmenty statków, ubrań i papiery, ale też prawdziwe maszyny – np. samolot, motocykle, samochody. Natomiast samo podejście do eksponatów jest takie trochę sprzed 40 lat – najlepiej, żeby się do niczego nie zbliżać, nie dotykać, wszystko za szkłem i z daleka. No wiadomo, że nie wszystkiego można dotknąć, ale armacie chyba dotyk nie zaszkodzi?…

Kotwice na wejściu do Fortu św. Elma
Piękne widoki z fortu
Fragment ekspozycji

Jak już nas wyrzucili z Fortu św. Elma, bo zamykali (czynne do 18.00, ale już o 17:05 zaczęli zamykać niektóre pomieszczenia), to poszliśmy poszukać tej uroczej knajpki, którą widzieliśmy wcześniej, szwendając się po mieście. Bez powodzenia, bo ją… zamknęli. Widocznie to był bar lunchowy, a o 18.00 to już nie czas na lunch. Musieliśmy znaleźć inny bar z fish&chips czy tam risotto. A potem to już trzeba było lecieć do autobusu, bo o matko, odjedzie bez nas!…

Mieliśmy mnóstwo szczęścia, bo zdążyliśmy na autobus, który się spóźnił, bo przecież gdyby był o czasie, to byśmy nie zdążyli. Natomiast okazało się, że autobus jest w środku mokry. I dwa razy usiadłam na mokrych siedzeniach!…

Wtorek – nie gadamy, nurkujemy!

Po obowiązkowym wysłuchaniu Radia Maryja o poranku, powędrowaliśmy do bazy nurkowej i zapakowaliśmy bardzo porządnie auto. Dziś mieliśmy w planach trzy nurkowania z Jarkiem, z czego dwa głębokie na Um El Faroud, wraku o dość smutnej historii. To libijski tankowiec, który miał być remontowany w maltańskiej stoczni. Opróżniony z paliwa, niestety nieprzewietrzony. Wybuchły opary paliwa, grzebiąc dziewięciu robotników stoczniowych. Wybuch zniszczył statek do tego stopnia, że nie zdecydowano się kontynuować remontu. Odholowano Um El Farouda i zatopiono przy południowym brzegu Malty. Kilka lat później, podczas silnego sztormu, wrak przełamał się na pół.

Najgorsze było dźwiganie do wody tych ciężkich butli ;p Dla psyche to były nurkowania ćwiczebne. Obejrzeliśmy sobie przy wraku jak wygląda na 34 metrach pod wodą piłeczka tenisowa (śmiesznie wygląda, wklęśnięta taka), co się dzieje z powietrzem w butelce plastikowej (a jak się do niej napuści powietrza pod wodą, to po wyjściu trzeba uważać na oczy i zęby przy odkręcaniu butelki) oraz co się dzieje z bananem. Poza tym Um El Faroud ma fantastyczną śrubę. To taka atrakcja, przepłynąć między śrubą a płetwą sterową 😉 A pod śrubą mieszka sobie murena. Potem obejrzeliśmy jeszcze kawałek wraku, a na koniec psyche usiłowała nauczyć się pływać do tyłu, co oczywiście nie jest możliwe, bo opór materii jest ogromny. Prędzej zrobię salto w wodze, niż popłynę do tyłu, trudno, czas się z tym pogodzić. Chyba stanowiłam niezłą rozrywkę dla ośmiornicy, która najpierw się gapiła, wystając z dziury w rafie, a potem podniosła raban, dmuchnęła syfem, zmąciła wodę i zatrzasnęła nam drzwi przed nosem. Mało gościnna.

Wrak Um El Faroud. Kominy

Na drugim nurkowaniu obejrzeliśmy sobie kawałek wnętrza wraku, a potem pobawiłam się stagem (to dodatkowa, przyczepiana gdzieś z boku butla). A na trzecie nurkowanie pojechaliśmy do raju. Raj nazywał się Ghar Lapsi, niegdyś wioska rybacka, dziś kąpielisko. Trudno się dziwić, naturalnie osłonięte wejście do wody, płytko, ogromne kamienie, dużo rybek i malusieńkich krabików, przejścia w skale, jaskinki, kaniony, łuczki, no cudnie po prostu! Płytkie nurkowanie, bardziej spacer, kluczenie po rafie, dużo życia, dużo kolorów. A przed nurkowaniem kawka w knajpce. Sama przyjemność! 🙂 Tym bardziej, że z 15 litrów zeszliśmy na 12 i butle zrobiły się nieco lżejsze 😉

Ghar Lapsi

Tego dnia dołączył do naszej gromadki Darek, który natychmiast poszedł na pizzę. A my na kolację zapodaliśmy bałkańskie żarcie 😉

Środa – świętujemy wielkim żarciem

Tym razem nurkowaliśmy bliżej Valletty, na płytkich wodach, oba nurkowania były wrakowe. Na pierwszym obejrzeliśmy holownik Tug 2 (wymawiaj: taktu, czyli yes here 😉 ), na drugim – resztki niszczyciela HMS Maori, zatopionego w 1942 roku oraz Toyotę Prius, zatopioną w 2016 roku… Sztorm zmył ją z nabrzeża, zatrzymała się na wraku okrętu. Póki co jest w lepszym stanie niż statek 😉 Natomiast samo nurkowanie tuż za murami miejskimi Valletty sprawiało dość niesamowite wrażenie, jak nurkowanie w środku miasta. No i ta mała, ciekawska ośmiorniczka schowana w rurze tuż przy wejściu do wody 🙂 Natomiast moja maska, nie do końca wysuszona po poprzednim nurkowaniu, parowała mi jak wściekła, w związku z tym ja też byłam wściekła, bo musiałam ją co chwilę przepłukiwać i straciłam na to mnóstwo energii, powietrza i złych myśli. Możliwe, że mamrotałam inwektywy w drugi stopień automatu, na szczęście pod wodą nie słychać…;) W efekcie moja maska wylądowała w rękach Jarka, który jest podobno cudotwórcą w kwestii ostatecznego odparowywania masek. Była okazja sprawdzić jego działania, bo wzięliśmy – no oczywiście! – jeszcze jeden dzień nurkowy! 🙂

Wrak Rozi. Widok ogólny

Koniecznie chcieliśmy sfotografować pod wodą naszą flagę. Z założenia miał to być nasz ostatni dzień nurkowy, więc poranek upłynął nam na szaleńczym poszukiwaniu flagi. Aha, akurat – flaga zniknęła. Nigdzie jej nie ma. Może została w centrum nurkowym, w torbie na sprzęt? W torbie jej nie było. No to zniknęła, rozpłynęła się, diabeł ogonem nakrył, koniec. Poszła na wódkę z innymi flagami. I przez to, że nie mogliśmy znaleźć flagi, musieliśmy wziąć jeszcze jeden dzień nurkowy z nadzieją, że jednak tę flagę znajdziemy. No i… znalazła się! Wilczy ją zachachmęcił, bo chciał jeszcze nurkować. Należało to przewidzieć, że ją schowa ;p Leżała sobie grzecznie w szufladzie, pod jakimiś gatkami. “Szukałem!… Wszędzie szukałem!”. Aha ;p

Na wieczór zaplanowaliśmy wielkie wyjście. W końcu skończyłam kurs, trzeba to uczcić! Wybraliśmy restaurację Ocean Basket, bo podobno tam wyśmienicie karmią, no i są owoce morza. Więc po nurkowaniu wykąpaliśmy się, wytarliśmy i… wcale nie wyschliśmy. Był dziki upał i ludziki nie schły wcale. A to przecież druga połowa września, strach pomyśleć, co tu się dzieje w lipcu! Ludzie mówią, że teraz to już jest jesień!…

Poszliśmy spacerkiem przez Bugibbę, żeby zobaczyć wreszcie kawałek miasta. Promenada jest, dworzec autobusowy jest. Dzielnica wypasionych hoteli – jest. Znaleźliśmy nawet fiata 126p wypchanego jakimiś pudłami 😉 No i znaleźliśmy też Ocean Basket.

Na samym początku popełniliśmy fopę, ponieważ nie zaczekaliśmy na przydzielenie stolika. Nie zaczekaliśmy, bo musielibyśmy stać w słońcu, a obsługa w knajpach nie należy do zbyt energicznych… Znaleźliśmy sobie uroczy stolik przy barierkach, z widokiem na zatokę i usiedliśmy. Obsługa wędrowała po knajpie, ignorując nas pracowicie, ale my twardo siedzieliśmy. Nie po to szłam przez całe miasto, żeby teraz nie zjeść!… Gdzieś po 15 minutach już ktoś nam przyniósł karty, to jest nieźle, znaczy, byliśmy twardsi niż oni 😀 Nawiasem mówiąc, pustych stolików była masa, zajętych tak może z 10%. Potem poszło już zupełnie szybko: napoje, startery i danie główne: talerz owoców morza dla dwojga, wszystko przyszło dosyć szybko i było pyszne. Naprawdę palce lizać! Różne rodzaje krewetek, muszle, kalmary, ryby, frytki, ryż, mniam! Fakt, że rachunek był wysoki, ale przecież świętujemy świeżo upieczonego Deepa, nieprawdaż? 🙂

Taki widok do kolacji <3
Ośmiornica na przystawkę
Malta po nurkowaniu to także wspaniałe jedzenie
Danie główne – pycha!

Niestety, wieczór nie należał do najradośniejszych, bo okazało się, że musimy grzebnąć w apteczce: jedno z nas miało kłopoty żołądkowe, a drugie – zatkany nos. Generalnie okazało się, że wyjątkowo przydało nam się niemal wszystko, co w apteczce mieliśmy: woda utleniona w żelu na poharatanego palucha, plastry na zdartą skórę na nogach, węgiel, apap… Boję się pomyśleć, co jeszcze mogłam do tej apteczki zapakować!…

Czwartek – ostatnie nurkowania na Um El Faroudzie

O poranku Isia wręczyła mi tymczasowy certyfikat Deep, no i pojechałam na nurkowanie, jarząc się jak świetlówka i podsuwając każdemu papierek pod nos. Na ostatnie nurkowania przydzielono nam znów Um El Farouda, z czego się ucieszyłam (bo to bardzo fajne miejsce jest) i zniesmaczyłam (bo trzeba wziąć butle 15 litrów). Że też te co fajniejsze rzeczy w życiu wymagają jakichś wyrzeczeń!…

Tym razem nurkowaliśmy w piątkę i udało się zrobić kilka zdjęć z tą nieszczęsną flagą, chociaż prąd był dosyć silny i zwiewało nas z tą flagą wzdłuż kadłuba dość szybko 😉 W wodzie było w ogóle zatrzęsienie wielkich meduz, zwanych potocznie jajkiem sadzonym. Pewnie te silne prądy przywiały je do naszej zatoczki. Ciężko było pływać między nimi, żeby ich nie uszkodzić. Ogromne, ale delikatne i łatwo zrobić im krzywdę. Podobno nie parzą, wolałam tego nie sprawdzać, bo ciągle czułam poparzenie po poprzednim spotkaniu z małym, niemal niewidocznym paskudztwem…

Psyche&Wilczy na Um El Faroud u wybrzeży Malty

Jak wskakiwałam do wody na drugie nurkowanie, to dostałam nagle czkawki. No wiecie co?!? Spróbujcie oddychać pod wodą z czkawką!… Na szczęście zajęłam się pozbywaniem meduz i czkawka się sama uspokoiła. Natomiast na wraku były jeszcze jakieś inne ekipy (trudno się dziwić, wszyscy tu przyjeżdżają dla niego) i woda była mocno zmącona, także przez ten prąd, widoczność słaba i ruch jak na autostradzie Warszawa – Łódź w piątek wieczorem.

Po nurkowaniu poszliśmy się jeszcze wykąpać, tak zwyczajnie, bez sprzętu, po prostu. Wchodzimy do wody, a z brzegu jakaś pani woła do nas: “Uważajcie, bo tu jest niebezpiecznie!”… No tak, nie da się ukryć 🙂

W ramach kolacji poszliśmy do jakiegoś podrzędnego ulicznego baru na mixed fish. Czyli kawałki ryby w panierce, jakieś owoce morza, do tego fryty. I taki bar u nas byłby bardzo podejrzany, a tam, chociaż to bar z cyklu: bardzo lokalny, bardzo tani i bardzo niezdrowy – żarcie miał świeżutkie i całkiem dobre 😉

Siedząc przy stoliku przed barem, obserwowaliśmy życie uliczne. Na przykład ktoś stanął autem niemal na środku skrzyżowania (no zostawił przejazd, ale nie upierajmy się, że szeroki), wysiadł nie gasząc silnika i wszedł do baru ewidentnie, aby złożyć zamówienie. I tak kopcił przez 10 minut. Oj…

Inny klient stanął jakoś niedaleko wejścia i zapalił papierosa. Dym leciał prosto na mnie i momentalnie wzrosła we mnie furia. Nie zdążyłam się podnieść, gość sam zorientował się, że zaraz wybuchnie napalm i zabrał się z papierosem sprzed mojego nosa…;)

Ale ulice to mają, za przeproszeniem, zasrane. Jak wracaliśmy wieczorem do domu, to niektórymi odcinkami szliśmy z włączoną latarką w telefonie, żeby patrzeć pod nogi. Nie byłoby przyjemnie w coś wdepnąć, a idea sprzątania po pieskach jeszcze na Maltę nie trafiła.

Piątek – Vittoriosa

Dziś mogliśmy pospać nieco dłużej. Ale rano okazało się, że w nocy padało, ale nie skończyło i teraz jest po prostu megaulewa. Taka, która zatapia miasta. A że na Malcie wszędzie jest z górki, to nam podtopienie nie grozi, ale wycieczka do autobusu wymaga co najmniej czółna. Mimo wszystko zaryzykowaliśmy. Niestety, gdzieniegdzie trzeba było wejść w tę rwącą rzekę, żeby przejść przez ulicę. Wilczy zalał sobie chodaki i potem stał w okolicach przystanku, machając nóżką i susząc skarpetkę…;) Za to opady najwyraźniej usprawniły działanie autobusów, bo nie musieliśmy długo czekać ani w Bugibbie, ani potem w Valletcie na przesiadce. Pojechaliśmy bowiem oglądać megalityczne kamulce, bo wiadomo, że do Hypogeum to trzeba było kupić bilety 3 miesiące temu, więc i tak się nie dostaniemy. Padło więc na Tarxien Temples (6 EUR), dużo prehistorycznych gruzów, ścieżka pomiędzy i kot, nic sobie nie robiący z historii, bezczelnie depczący tysiącletnie kamulce. Oraz wielka baba. Tak ściśle, to wielkie pół baby. Dolne pół bogini płodności… (no dobra, kopia, bo oryginał schowali w Muzeum Archeologicznym :).

Świątynie Tarxien
Świątynie Tarxien
Brama świętej Heleny, Bormla
Prace szkutnicze w centrum miasta
Widok na port i Islę

W dzikim upale (po ulewie nie pozostało nawet wspomnienie) powędrowaliśmy do Vittoriosy (Birgu) – najstarszego z Trzech Miast, zahaczając po drodze o pobliską piekarnię, bo pachniało obłędnie na całą okolicę. Nos nas zaprowadził. Po drodze mijaliśmy mury twierdzy, bramy miejskie i wąskie uliczki, na których Maltańczycy remontowali swoje łodzie. Na sok pomarańczowy usiedliśmy dopiero nad wodą, rzut beretem od Muzeum Morskiego (5 EUR), które było naszym następnym celem. Bardzo inspirujące miejsce, ale na bogów, czemu na Malcie nie wynaleziono jeszcze klimatyzacji?… I oświetlenia?!?… W muzeum gdzieniegdzie stały jakieś wiatraki, robiące co prawda ludzikom dobrze, ale tylko przez chwilę i lokalnie. Przeskakiwaliśmy zatem między obszarami w zasięgu wiatraków, inne atrakcje oglądając nieco z daleka, w dodatku w ciemnościach. A było co oglądać, bo mają tam przepiękne i naprawdę duże modele żaglowców!… Wilczy mówi, że niektóre modele były niepełne, bo czasami brakowało na przykład rej, a jak wiadomo, reje są ważne, bo na rejach wiesza się tych, co podpadli. No żaglowiec bez rej to się nie nadaje po prostu! 🙂 Część modeli była przekrojona poprzecznie lub podłużnie i można było zobaczyć, jak wyglądał taki statek w środku, gdzie były kule do armat, jak spała załoga i gdzie trzymano zapasy. Były też oryginalne fragmenty wyposażenia statków i nawet komplet do nurkowania 😉 No i galiony, rzecz jasna. Oraz pomieszczenie z różnymi maszyneriami, silnikami, śrubami, narzędziami. A obok leżała sobie czterotonowa kotwica rzymska (nie ma nic wspólnego z dzisiejszymi kotwicami). Sporo atrakcji.

Jeden z modeli (ten ma reje 😉 w Muzeum Morskim
Ubranko dla nurka 🙂
Odtworzona kantyna
Galion

Następnym punktem był Pałac Inkwizytora, gdzie chcieliśmy głównie obejrzeć kazamaty, ale jak zwykle zwiedzaliśmy nie po kolei (strzałek brakowało ;p). Najpierw są piękne komnaty, bogato zdobione, malowidła na ścianach i sufitach, sztukaterie, szaleństwo kolorów i materiałów. Potem były portrety inkwizytorów. O matko jedyna moja!… Nie chciałabym mieć takiego wujka! W dzisiejszych czasach to za samą twarz zamknęlibyśmy ich za nienawiść, zbrodnie mieli wypisane na gębach bardzo wyraźnie. I podczas, gdy inkwizytor pławił się w luksusach, dwa piętra niżej były kamienne cele, bez toalet (dziury w podłodze załatwiały sprawę), bez okien i bez niczego. Pomiędzy światami była sala trybunału. Sądzony musiał nisko się pochylić wchodząc – zmuszano w ten sposób do pokłonu przed inkwizycją. Obok cel mieściła się sala tortur. Wyposażono ją w drzwi (pewnie, żeby krzyki torturowanych nie przeszkadzały tak bardzo inkwizytorowi). Nie wolno było torturować skazanych dłużej niż 30 minut – no ludzki pan!… Najłagodniej traktowano tych, którzy donosili sami na siebie. Jak to dobrze, że to średniowiecze mamy już za sobą…

Na ścianie w jednej z cel
Malowidła w części mieszkalnej – herby inkwizytorów
Droga krzyżowa w miniaturze

Po takich atrakcjach powędrowaliśmy do Fortu St. Angelo (8 EUR). Leży na cyplu, jak to fort powinien leżeć. Jest z niego piękny widok na Ogrody Barrakka w Valletcie. Ale zwiedzać można tylko część, bo górny fort został oddany we władanie joannitom, którzy pozwalają go zwiedzać w jakichś określonych okolicznościach przyrody (np. o konkretnych godzinach, które oczywiście dawno minęły). Jednak przebieżka po starych murach z widokiem na morze/port/Vallettę/Trzy Miasta jest bardzo inspirująca, można zrobić fajne zdjęcia 🙂

Widok z Fortu St. Angelo na Grand Harbour
Widok na Vallettę
Fragment fortu

Została nam jeszcze jedna atrakcja – tramwaj wodny do Valletty 😉 Za 1,5 EUR od osoby przepłynęliśmy 60-osobowym promem pod Ogrody Barrakka, gdzie skorzystaliśmy z windy, aby dostać się na właściwy poziom miasta. I jak podeszliśmy na przystanek autobusowy, to właśnie podjechał autobus. Tak na koniec bezproblemowa komunikacja?…

Wieczorem zrobiliśmy podsumowanie nieszczęść i strat. Zgodnie doszliśmy do wniosku, że to najwyższy czas na koniec tych wakacji, bo jesteśmy wykończeni. Wilczy ma wbity prawdopodobnie kolec od opuncji w stopę, zdartą skórę na pięcie, ja mam wrak w palcu, bolą mnie wszystkie mięśnie, mam pozdzieraną w kilku miejscach skórę, poparzyła mnie meduza, poparzyło mnie słońce, coś nas pogryzło i naprawdę, NAPRAWDĘ dobrze, że już wracamy do domu, bo czas wyleczyć rany… 😉

Po lewej – tramwaj wodny. Po prawej tradycyjna maltańska łódź

Sobota – czas do domu

Żebyśmy nie zapomnieli – obudziło nas Radio Maryja. Po ogarnięciu siebie i spakowaniu bagaży powędrowaliśmy z tymi kilogramami do bazy, spakowaliśmy graty nurkowe i poszliśmy ostatni raz w miasto. Jeszcze ostatnie zakupy, wizyta w sklepie z czekoladą, ostatnie piwo. Wyściskaliśmy obsługę Dive on Malta i tym razem bez przeszkód dojechaliśmy na lotnisko. Chcieliśmy się przed lotem przebrać w jesienne polskie ciuchy, ale okazało się, że kolejka do toalety jest monstrualna, więc zrobiliśmy to… między budkami na hali. Państwo z monitoringu mieli ciekawe widoki 😉 A zaraz potem okazało się, że likier z opuncji na lotnisku kosztuje tyle samo lub czasami mniej niż w mieście. I też jest kranik z wodą i można sobie napełnić butelki!

(wrzesień 2018 r.)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.