Poznaj swój kraj, Włóczęga

Wyprawa na Dziki Zachód

(czerwiec 2010 r.)

Kosztorys
Paliwo, parkingi, autostrady (;-p): 878,5 zł
Bilety wstępu: 276 zł
Pola namiotowe: 212 zł
Zakupy: 388 zł
Kajaki: 70 zł

Część pierwsza – MRU i okolice

W ramach odpoczynku od imprez masowych, czyli 10-osobowych rejsów, postanowiliśmy w tym roku wakacje spędzić w najlepszym, czyli własnym (;-p) towarzystwie. Nawet nie trzeba było rzucać okiem na mapę, aby stwierdzić, gdzie mamy jeszcze białą plamę. To było całkiem jasne: jedziemy na zachód! 🙂

Powodzie i niesprzyjająca aura do samego końca trzymała nas w niepewności. Śledziłam doniesienia o podtapianiu autostrady, o wylewających rzekach, prognozy pogody… Na wszelki wypadek do listy map i przewodników dołożyłam atlas Europy… I w końcu, w piątek po Bożym Ciele, wsiedliśmy w auto, zapchane do granic możliwości Wilczymi zabawkami do pływania i ruszyliśmy na podbój Dzikiego Zachodu 🙂

kolaz

Mieliśmy obejrzeć mnóstwo atrakcji. Bunkry, zamki, sztolnie, mosty obrotowe i co tam jeszcze wpadnie w oczy i pod nos. Wyposażenie w postaci 4 książek, przewodników oraz 2 atlasów turystycznych i kilku map ważyło 4,5 kg.
Przyznać trzeba, że plan – pomimo początkowej obsuwy – zrealizowaliśmy w 100% 🙂 Obejrzeliśmy około 30 atrakcji i przejechaliśmy przez 8 parków krajobrazowych. Pływaliśmy w 4 jeziorach oraz kajakiem jedną rzeką, a Wilczy raz nurkował. Przejechaliśmy 2477 km ze średnią prędkością 49 km/h, w aucie spędziliśmy 50 godzin i 29 minut… 😉

Wyjazd o poranku przesunął się na godzinę 10:15, bo trzeba było jeszcze znaleźć trochę wolnego miejsca w samochodzie na część rzeczy absolutnie niezbędnych. Z komputera i wędki zrezygnowaliśmy ku mojemu ogromnemu żalowi (żal dotyczył głównie wędki…), ale torby z żarciem nie pozwoliłam zostawić 🙂
Jedziemy. Oczywiście robiłam za uroczego pilota i nawigację. Mówię do Wilczego:
– Teraz spokojnie, bo tu zaraz będą manewry…
– Dobrze – odpowiedział Wilczy, po czym przyspieszył…
Puściliśmy muzykę. Płyta z muzyką filmową, czyli z naszych własnych produkcji. Nie ma bata, każdy kawałek kojarzy się z konkretnym fragmentem w konkretnym filmie…;) Zaczęliśmy się przerzucać tekstami z filmów i zrobiło się zabawnie.
Przejechaliśmy kawałek autostradą, załapaliśmy się na 3 bramki i lżejsi o 36 zł dojechaliśmy do Kórnika. Znaleźliśmy zamek, wjechaliśmy na plac przed nim i od razu okazało się, że parking jest płatny. Nie, żeby jakoś strzeżony, bogowie brońcie, ale płatny owszem, 10 zł. Trudno. Zapłaciliśmy, pan był do tego stopnia zakręcony, że nie wiedział, czy dał bilet parkingowy, czy nie i poszliśmy do zamku, gdzie znów wyskoczyliśmy z kasy (bilet normalny: 13 zł, zamiast ładnego biletu dają wydruk z kasy fiskalnej…), po czym… wbito nas w kapcie. Takie wielkie, obrzydliwe kapciory, zakładane na buty, w których przed nami chodził już milion gości. Przystopowało nas ciut, ale co było robić, wbiliśmy się w te kapcie, ja – narzekając i mamrocząc inwektywy pod nosem, Wilczy ze stoickim spokojem.

W Kórniku stoi doskonale zachowany średniowieczny zamek, obecnie muzeum i siedziba Biblioteki Kórnickiej PAN. Obok zamkowej fosy rosną… gruszki na wierzbie, czyli grusza, która ma liście podobne do wierzby 🙂 A dodatkowo tuż obok mieści się wspaniałe arboretum.
Niedaleki Rogalin słynie z kolei z późnobarokowego pałacu, przylegającego do niego ogrodu francuskiego, parku i wiekowych dębów.
Zamek w Kórniku
Arboretum w Kórniku
Dąb w Rogalinie
Pałac w Rogalinie
  • Nie dość, że zmuszają ludzi do darmowego froterowania podłogi, to jeszcze każą sobie za to płacić!… – ciskałam się. Weszliśmy dalej, co i rusz nadziewając się na obsługę, która pilnowała, czy aby na pewno chodzimy w kapciorach. Większość komnat była zwyczajnie zagrodzona i nie dało się do nich wejść, obejrzeć można było z daleka tylko to, co widać przez drzwi. Wszystko mocno zakurzone (prócz podłogi, rzecz jasna ;), na sufitach brakowało części zdobień. Przy schodzeniu na dół po schodach należało już zdjąć kapciory, żeby nie spaść – okazało się, że już ochrona posadzki nie jest konieczna, zapewne odszkodowania za wybite zęby kosztowałyby więcej niż konserwacja podłogi. Można by zrezygnować z tych brudnych kawałków filcu z gumą w ogóle, bo odbieranie turyście resztek godności jest raczej niewskazane ;-p
    Z wnętrz zdjęć nie ma, bo oczywiście fotografowanie było płatne (ale jest szansa, że się to zmieni, im prędzej, tym lepiej ;).
    Wyszłam z zamku mocno zniesmaczona i zawlokłam Wilczego do Arboretum, żeby spędzić chwilę w zieleni i odstresować się 🙂
    Wstęp do arboretum kosztował nas 6 zł od głowy. Fotografowanie było tym razem za darmo, więc porobiłam zdjęcia kwiatkom i od razu zrobiło mi się lepiej. Generalnie uznaliśmy, że Kórnik robi sobie z nas jaja… Po spacerze pojechaliśmy dalej, następny przystanek – Rogalin.
    Pałac w Rogalinie bardzo ładny, owszem, ale my poleźliśmy oglądać ogrody za nim – ten francuski i ten angielski, a który jest który to do tej pory nie wiem 🙂 Ale było bardzo przyjemnie i zielono, a zamknięte na głucho WC, do którego prowadziły tabliczki z każdej strony parku, pominę litościwym milczeniem. Obejrzeliśmy polanę dębów zabytkowych, no owszem, trochę te drzewka przeszły 🙂 Rzuciliśmy okiem na kawałek wody w postaci jeziorka, poprzyglądaliśmy się tym cudom powycinanym z zieleniny i w końcu ruszyliśmy dalej, bo czas naglił, a tu nocleg jakiś trzeba by znaleźć.
    I tym sposobem dotarliśmy nad jezioro Głębokie, gdzie ciągnęło oczywiście Wilczego, bo tu nurkują. Może i nurkują, zastopowało nas przed wjazdem za bramę, okazało się, że to jest po prostu ZAMKNIĘTE MIASTECZKO, ogrodzone płotem i z własną RECEPCJĄ. Wjechaliśmy dalej, przejechaliśmy się między domkami, wyglądającymi na jednakowoż letniskowe, było jakieś boisko do siatkówki i generalnie wszystko wyglądało mocno wakacyjnie, ale również było mocno tłoczno i głośno, i niekoniecznie znaleźliśmy fajne miejsce na namiot. A przewaga półnagich 10-latek, rozwrzeszczanych, biegających bachorów oraz mięśniaków zbiła nas z tropu i jednak pojechaliśmy dalej.
    Tym sposobem trafiliśmy nad jezioro Cisie koło Bledzewa. Podjechaliśmy. Stanęliśmy. Rozejrzeliśmy się. Stoi jeden namiot. Generalnie dość przyjemnie, nawet ławki leśne stoją, tylko syf – rozbite szkło, puste butelki, pety, a obok wielki śmietnik. Tiaaa…
    Postanowiliśmy, że zostajemy – na jedną noc na pewno, a może na dłużej. Oczyściliśmy teren pod namiot, Wilczy wbijał śledzie, ja zajęłam się pompowaniem materaca. Okazało się, że jednak coś tu lata, więc wyjęłam nabytą w Carrefourze spiralę na komary i zapaliłam. Komary się wzdrygnęły, ale odsunęły na bezpieczną odległość. Chyba jedyny raz na tej wyprawie, na zachętę…;)
    Pożarliśmy jakąś kolację, umościliśmy sobie spanko, a Wilczy stwierdził, że to on pójdzie popływać. Żaby zaczęły koncert, ja spojrzałam na niego jak na wariata, nie przejął się, zaczął się ubierać w piankę i szykować sprzęt. No dobra…
    Nawet nie zasnęłam, poczekałam, aż wróci z tego jeziora i dopiero poszliśmy spać – a właściwie staraliśmy się pójść spać, ale żaby…
    No naprawdę staliśmy dość daleko od jeziora. No naprawdę były w międzyczasie krzaki. A tymczasem owe żabska było doskonale słychać i spać się nie dało ;-p

Sobota
Obudziliśmy się i okazało się, że jest gorąco. Po kawałku wypełzaliśmy zatem z sauny w namiocie. Tymczasem na małym, ustronnym kąpielisku zaczęli zbierać się ludzie i z każdą chwilą było ich coraz więcej i więcej… No tak, sobota, długi weekend, ludzie przyjechali na piknik!…
Tylko dlaczego z dziećmi?!?…
Dzieci oczywiście wbiegały, wskakiwały i właziły do wody, podnosząc fontanny oraz wrzeszcząc, ile sił w płucach. Rodzice rozstawiali grilla i zaczynali śmierdzieć podpałką. Na pomostku zaległy leniwe ciała tuż przy sobie, nie pozostawiając zbyt wiele miejsca dla chcących przejść dalej. Lato.
– Jak te dzieci to robią, że się w tym kąpią, przecież ta woda ma temperaturę urągającą człowieczeństwu… – wymamrotałam, krzywiąc się po kolejnej porcji wrzasków i fontann.
– Te dzieci urągają społeczeństwu – odpowiedział rezolutnie Wilczy.
Wilczy stwierdził, że pójdzie się też wykąpać. Między tymi dziećmi. No dobra ;-p
– Tylko bez obiadu mi tu nie wracaj – przykazałam mu, po nocnych opowiadaniach o szczupakach i takich tam. – Ryba ma być!
Niestety… ten bandyta matrymonialny nic sobie z tego nie zrobił i wrócił bez ryby. Tylko mi o nich opowiadał. No i po co było w ogóle iść do tej wody?…
Obiad zeżarliśmy z jakichś zapasów zatem, po czym zastanawialiśmy się, co dalej, kiedy na polanę wjechała… amfibia i jakiś inny wojskowy samochód. Amfibia zrobiła pokazówkę i nie zatrzymując się wjechała prosto do wody, wzbudzając okrzyki zdziwienia i zachwytu wśród zgromadzonej gawiedzi. Zrobiła kółeczko i wróciła na ląd po resztę obsady z drugiego auta, po czym pojechała z powrotem do jeziora.
Duże to jezioro nie jest, ale zniknęli gdzieś tam sobie, wrócili po kilkunastu minutach. Efekciarze!…
Poszliśmy na spacer szukać bunkra, który jest tu zaraz gdzieś obok, w krzakach po drugiej stronie drogi, między naszym a następnym jeziorkiem. Zamiast bunkra znaleźliśmy drogę prowadzącą nad to drugie jeziorko, a kończącą się ni stąd ni zowąd chaszczami. Chwilę później przebiegła przed nami sarna, a potem trafiliśmy na kompletnie zdezorientowanego psa, który usiłował chyba tę sarnę znaleźć i upolować, ale ją zgubił i nie umiał tropić. Odganiając się od komarów obeszliśmy ścieżką kawał wykopalisk, jakiś płot, znaleźliśmy przy drodze kawał samodzielnego betonu, uznaliśmy, że to bunkier i wróciliśmy do domu.
– Sikanie w warunkach komarnych jest strasznie niebezpieczne…
– No, można sobie samemu w łeb dać…
Postanowiliśmy zagrać w badmintona. Akurat mieliśmy dwie przedpotopowe lotki. Stanęliśmy więc naprzeciwko siebie, Wilczy serwował po ludzku, ja – jak w tenisie ziemnym, pograliśmy chwilę, po czym od obydwu lotek odpadły pomarańczowe główki. Starodawna guma była już sparciała, nie ma się co dziwić. Wilczy skomentował:
– No i straciliśmy gumki, no!…
Zabronił mi wsadzać w lotki kamyki, uparcie twierdząc, że kamyki powylatują i nas pozabijają, więc całą zabawę szlag trafił i nie dało się dłużej grać.
Nie, to nie, w takim razie wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do Bledzewa do sklepu. Przy okazji obejrzeliśmy miejscowość i co ciekawszym budynkom porobiliśmy zdjęcia. Bar “Mustang”, GS Bledzew, restauracja Obra… Kupiliśmy piwo, wsiedliśmy w auto i zamiast do domu, pojechaliśmy zwiedzać miasteczko. Wpakowaliśmy się w jakieś bardzo wąskie uliczki, zastanawiając się, czy aby na pewno są jednokierunkowe w tę stronę, w którą jedziemy… i zaczęliśmy wracać. Na leśnej drodze, niedaleko naszego biwaku, na kolejnej dziurze podwozie w coś walnęło, coś zagruchotało, po czym zaczęło się ciągnąć. Wilczy stanął, posiedział chwilę z niepewną miną, mnie się włączył słowotok, aż wreszcie on wysiadł i zaczął zaglądać pod auto. No tak. Urwała się plastikowa osłona od silnika. Zazgrzytałam zębami, Wilczy oderwał ją do końca i wróciliśmy do namiotu. Po czym dłuuuugo, dłuuuugo oglądał, czy coś się jeszcze nie popsuło. Otóż popsuło się, naderwał się pasek klinowy…
– No, to się nazwiedzaliśmy – wymamrotałam złym głosem. – Jutro jest niedziela, musimy czekać co najmniej do poniedziałku, żeby gdzieś pojechać, do jakiegoś warsztatu, gdzie my w ogóle tu znajdziemy jakiś rozsądny warsztat?… – po chwili dodałam: – Dobrze, że chociaż piwo mamy…
Ludzie z drugiego namiotu nazbierali chrustu i rozpalili ognisko, na które dostaliśmy zaproszenie, wzięliśmy więc ciasteczka jako wkupne i przyłączyliśmy się do nich. Okazało się, że są z Zielonej Góry, więc przy okazji podpytaliśmy ich, co można tam ciekawego zobaczyć, bo wybieramy się w tamte rejony. Dowiedzieliśmy się, że odnowiono rynek i właściwie to tyle. Komary pokochały naszą spiralę oraz nas i wcale nie czuły się niezręcznie w naszym towarzystwie, zatem w końcu wynieśliśmy się do łóżka… Nawet Wilczemu wybiłam z głowy pływanie po nocy ;-p

View Dziki Zachód in a larger map

Niedziela
Spało się dobrze i wcale nieprawda, że budziłam Wilczego, bo słyszałam nieistniejące głosy czy kroki – one istniały i szwendały się obok naszego namiotu, o. Może było trochę chłodno, a Wilczy spadał z łóżka, czyli z materaca, zamiast mnie grzać.
Od rana na naszym polu tłumy ludzi. Wilczy za to biega z saperką po lesie i chowa swoją radosną twórczość. Po śniadanku i kawie ja też pobiegłam z saperką i nawet komary dały mi spokojnie zrobić swoje…:) Potem pooglądaliśmy przewodniki, poczytaliśmy o okolicznych atrakcjach i już, już zbieraliśmy się, żeby zrobić kontrolny przejazd do Bledzewa, kiedy przyjechała para, która zaczęła przygotowywać się do nurkowania… Wilczy popędził na pomost i chwilę później był już z nimi zaznajomiony i też zaczął przygotowywać się do nurkowania, z dziko rozanielonym wyrazem twarzy. W ten sposób poznaliśmy Pawła i Emilię 🙂 Wilczy sobie ponurkował, pooglądał zatopione łódki, rowery i lustra i wrócił szczęśliwy.
Codziennie poznajemy nową florę lasu. Dziś przyszła do nas mała, zielona glizda. Chodzą po nas mrUFFki.
– I kumaki spać nie dają – zaśpiewał Wilczy.
Po obiedzie pojechaliśmy do Bledzewa obejrzeć most zwodzony, tak zwany rolkowy. No fajny nawet i sprytny. Potem ruszyliśmy na Kursko-Dąbie obejrzeć kolejny most. Tym razem obrotowy. Ale zanim na niego trafiliśmy, napotkaliśmy wiadukt kolejowy – bardzo fajny, Wilczy się nawet na niego wdrapał, ja miałam na nogach klapki…

Wiadukt kolejowy niedaleko Kurska-Dąbie
Widok z mostu
Most obrotowy niedaleko Kurska-Dąbie 🙂
Templewo, nadal księstwo

Do domu wróciliśmy przez Międzyrzecz, w którym wyczailiśmy warsztat samochodowy oraz sklep z częściami, więc wiedzieliśmy już, gdzie jutro przyjedziemy; oraz przez Templewo – nadal księstwo 😉 (no naprawdę – tak mają napisane na tablicy z nazwą miejscowości…).
Ponieważ zostaliśmy na polu całkiem sami, wszystkie samochody już odjechały i nawet drugi namiot się zwinął, ucieszyliśmy się, że wreszcie mamy spokój i postanowiliśmy też zrobić ognisko. Pożałowaliśmy tylko, że nie mamy kiełbasy, ale już trudno, samo ognisko też będzie fajne. Właśnie wróciliśmy z lasu z naręczem patyków, kiedy… podjechał samochód.
– O nie – jęknęłam – znów kogoś przyniosło…
Tymczasem z auta wysiadł jakiś gość i zapytał:
– No co jest? Nie robicie ogniska?…
Paweł z Emilią!… Zaskoczyli nas kompletnie, z ich towarzystwa wręcz się ucieszyliśmy, a jak się jeszcze potem okazało, że przywieźli kiełbaskę… Ech ;))) Zrobiło się naprawdę miło 🙂 Wieczór spędziliśmy zatem na opowiadaniu sobie różnych historii i pożeraniu kiełbaski z ogniska.
Ugasiliśmy też śmietnik, do którego jakiś debil wrzucił niezgaszonego grilla, a wieczorem obserwowały nas oczy – jakieś nieduże zwierzę siedziało w krzakach i tylko światło latarki odbijało się od ślepi, wpatrzonych w nas. Zrobiło mi się nieco nieswojo, bo w końcu zostajemy tu całkiem sami i zaraz nas pożrą dzikie zwierzęta, ale Wilczy nie przejął się wcale i kazał mi iść spać i nie marudzić. No to poszłam…

Poniedziałek
Obudził nas deszcz. Na szczęście zaraz przestał padać i namiot szybko wysechł. Nieco się też ochłodziło. Wilczy, po wyjściu z namiotu rano:
– Upał nieco zelżał…
Bez względu na wszystko, zwinęliśmy namiot, gdyż stwierdziliśmy, że skoro i tak jedziemy do miasta, to nie będziemy go tu samego zostawiać. Pakujemy się więc.
– Może byśmy pojechali na jakąś stację, co? Bo to cmentarzysko bezimiennych komarów na tablicy rejestracyjnej to może sobie zostać, ale szybę to bym umył…
Latają wokół nas różne takie.
– Osa ugryzła cię w komar!… – wyrzuciłam z siebie radośnie. – Eeee… w ten, w kalosz… – dodałam po chwili.
Wilczy ma kluczyki od auta w kieszeni, a w pilocie ma funkcję poszukiwania samochodu. Co i rusz naciska mu się ten guziczek. Co i rusz szuka auta… A auto zaczyna mrugać i ćwierkać.
Wreszcie ruszamy. Polazłam do śmietnika wyrzucić śmieci i czekam, aż Wilczy podjedzie. Podjeżdża wreszcie, wystawiam nóżkę.
– Podwieźć cię?
– Po dwieście pięćdziesiąt…
Wsiadam. W aucie – ważka. Twardo chcę ją wyrzucić, ale się nie daje, więc robię jej sesję foto. Wilczy, przejeżdżając powolusieńku przez wszystkie dziurska, komentuje:
– Jadę jak cipa.
– No i dobrze – odpowiadam, po czym zaczynam się drzeć, bo coś na mnie usiadło.
– Co?!… – pyta przestraszony Wilczy.
– Nie wiem – odpowiadam rezolutnie, bo to coś już sobie poszło.
Dotarliśmy do warsztatu w Międzyrzeczu. Okazało się, że nie mają paska, za to niedaleko jest sklep z częściami samochodowymi, więc możemy sobie sami kupić, a oni nam go zamontują. Przed sklepem z częściami – stojak na rowery. Znaczące?…;)

Wilczy w pizzerii MAFIA 🙂
Międzyrzecz – sklep z piwem 🙂
Zamek w Międzyrzeczu
Okolice zamku w Międzyrzeczu

Panowie zamontowali nowy pasek klinowy w kwadrans, który ja spędziłam na kanapie w kantorku warsztatu, oglądając pisma dla mężczyzn. Potem pojechaliśmy na obiad – najpierw sprawdziliśmy restaurację przy kompleksie sportowym, ale wyglądała na mocno peerelowską, potem wylądowaliśmy w Mafii, pizzerii, gdzie pani pozwoliła nam skorzystać z prądu, więc sobie zgraliśmy zdjęcia, zamówiliśmy – jak to w Mafii – pizzę Karrambę, ziemniaczki pieczone, najedliśmy się porządnie oraz przeczekaliśmy deszcz. A właściwie ulewę…;)
Międzyrzecz leży w miejscu spotkania dwóch rzek, stąd nazwa. Przez Obrę prowadzi jedna z głównych ulic w mieście – uroczym mosteczkiem. Obrę przechrzciliśmy natychmiast na Wisłę i od tej pory mówiło się, że coś jest “za Wisłą” lub “po naszej stronie Wisły”…:)
Jak założyłam mój zielony kapelutek, to Wilczy zaczął mnie nazywać wujem Samem.
– Albo jesteś dziadkiem Johnem. Takim, co to na traktorze jeździ…
Cudownie. A ja, dobra kobieta, wyczyściłam mu polarek z rożnych naleciałości. To jak to skomentował?…
– Znowu mnie oskubała… Ech, kobiety!…
Po obiedzie pojechaliśmy zwiedzić miasto. Spacerek po rynku, dookoła zamku, który był oczywiście w remoncie i zamknięty, sklep z piwem…;) To właśnie w nim zdobyliśmy informację o bankomacie. A sklep był super, staliśmy się jego stałymi klientami – mieli mnóstwo rodzajów piwa również z innych krajów, ale także regionalne i nawet co nieco w lodówce…:)
Po znalezieniu jedynego sensownego bankomatu (czyli nie banku marki Mały Bank Regionalny) w Międzyrzeczu i zaopatrzeniu się w gotówkę pojechaliśmy do Nietoperka, poszukać owych słynnych bunkrów i rezerwatu nietoperzy. W Nietoperku jednak, poza pięknym znaczkiem nietoperza, nie znaleźliśmy nic, więc pojechaliśmy dalej, do Pniewa. Oczywiście było już za późno na jakiekolwiek zwiedzanie, za to natknęliśmy się na gościa, który nam trochę poopowiadał, jakie fajne bunkry są w okolicy i co można zwiedzać. Umówiliśmy się na jutro i pojechaliśmy poszukać noclegu nad jezioro Lubikowskie.

Międzyrzecki Rejon Umocniony to potężny system poniemieckich fortyfikacji, wybudowany w latach 30. XX wieku, nigdy nie dokończony. Miał służyć do obrony przed wojskami polskimi. Jego pierwowzorem była francuska Linia Maginota. Dziś to około 100 obiektów bojowych, częściowo połączonych podziemnymi tunelami, mosty zwodzone i inne obiekty hydrotechniczne.

Wjechaliśmy na teren pierwszego napotkanego ośrodka – Lubikowski Ośrodek Wypoczynkowy. Nigdzie żadnej recepcji. Wiało straszliwie. Domki, las, płotek od strony jeziora. Wielki kontener na śmieci, roztaczający swój smrodek po okolicy. Przypadkiem trafiliśmy na gościa, który wyglądał mocno na miejscowego guru od budki z piwem, gdyby taka budka istniała, a który oznajmił, że jest tu zastępcą kierownika. Panu brakowało kilku zębów oraz kąpieli i czystego ubrania, ale o cenach nas poinformował. Namiot: 7 zł, jedna osoba: 5 zł, prysznic: 5 zł. Podziękowaliśmy i pojechaliśmy kawałek dalej, do ośrodka ADA, gdzie powitały nas czyste, zadbane domki, ładnie przycięty trawniczek i klomby z kwiatami. Namiot: 6 zł, ludzik: 10 zł, samochód – 4 zł. Nieco drożej, za to prysznic w cenie i generalnie porządek, więc nie zastanawialiśmy się zbyt długo – znaleźliśmy sobie ustronne miejsce w okolicy poustawianych przyczep kempingowych i rozstawiliśmy namiot.
– A ta miska to gdzie mieszka? – spytałam Wilczego, upychając rzeczy po okolicach bagażnika. Od tej pory wszystko gdzieś mieszkało ;-p
Poszliśmy nawet na spacer prawie brzegiem jeziora, ale zeżarły nas komary, a ścieżka utknęła w strumyku, więc wróciliśmy czym prędzej, wypiliśmy resztki piwa nad jeziorem, zjedliśmy kolację i zaczęliśmy się nudzić. Wiał silny wiatr. Wilczy usiadł w otwartym bagażniku i zastanawiał się, na co będą jeździły samochody w przyszłości.
– Na komary – podpowiadam, opędzając się od latającej chmury.
– Ta, zbierz pięć kilo komarów…
– Fermy komarów by były…
Ogarnęła nas zgroza na taką wizję i poszliśmy spać na znak protestu, tym bardziej, że zrobiło się całkiem zimno.

Wtorek
Poranek był już ciepły. Wręcz upalny. Rano w namiocie pojawiły się wielkie ważki, ale zostały wyproszone gwałtownie na zewnątrz. Po śniadanku (płatki marki Fitella na mleku) pojechaliśmy do Pniewa, nabyliśmy bilety na zwiedzanie tej części bunkrów za 18 zł oraz mapę okolicy za zł 11 i grzecznie poczekaliśmy na zebranie się grupy. Polarki i latarki trzymaliśmy w garści, pomni uprzedzeń, że na dole jest zimno i ciemno. Grupa, do której dołączyliśmy, to młodzież z zainteresowaniami rozrywkowymi oraz kilka sztuk indywidualnych. Nasz przewodnik ma na imię Tomek i w garści trzyma… czapkę. Wilczy skomentował to później:
– A tak się zastanawiałem, po co mu ta czapka, teraz już wiem – też powinienem swoją wziąć!…
No właśnie, bo na dole zwyczajnie wiało!… Ja, okutana w kaptur, też marzłam ;-p

Pniewo – jedno z wejść do MRU
Kuchnie polowe diabli wiedzą, gdzie..
MRU Pniewo – nakaz fotografowania 🙂
Pniewo – zęby smoka
Kolejka podziemna
Wilczy – zdobywca 🙂
Obserwujemy z wieży okolicę…
Bunkry – Pętla Nietoperska

Wreszcie zaczęliśmy zwiedzanie. Obok zębów smoka (czyli betonowych zapór przeciwczołgowych) przeszliśmy do pierwszego bunkra, gdzie zeszliśmy na dół. Tu jeszcze działało światło 🙂 Taki bunkier to sprytna sprawa była, stanowisko karabinowe naprzeciwko wejścia, zapadnia… Nie dało się ot tak wejść do środeczka. Obejrzeliśmy sobie prycze, sedesy, kabinę radiooperatora i poszliśmy dalej, długim i ciemnym korytarzem do stacji kolejowej. Przyznać trzeba, że robiło to wrażenie… Napracowali się trochę przy tym wszystkim. Szkoda, że potem to niszczało i było rozkradane… Na szczęście nie dało się ukraść tuneli, ale gdyby się dało, to z pewnością już ich by nie było!…;-p
Zostały za to jakieś smętne resztki torów dla kolejki i drezyna, którą oczywiście część młodzieży natychmiast wykorzystała do potępieńczych jęków, czyli przejechania się fragmentem tunelu. Obejrzeliśmy sobie stację, no kawał roboty tu odwalili. Wilczy koniecznie chciał przestawić zwrotnicę, ale chyba nie całkiem sprawna była 😉 Potem doszliśmy do drugiego bunkra, gdzie wyleźliśmy z podziemi na upał, ściągnęliśmy z siebie polary i odwaliliśmy sesję zdjęciową wśród kopułek i już można było wracać. Ale nie poszliśmy, jak wszyscy, do auta, o nie, wyczailiśmy wieżę obserwacyjną zaraz obok, więc oczywiście na nią wleźliśmy. Widok z góry przyjemny, acz mnie najbardziej podobały się kwiatki na łące na dole…;) Po czym ustaliliśmy, że jedziemy na obiad dróżką wśród pól, do kolejnej kępki bunkrów, może je znajdziemy…

Tak trafiliśmy do Pętli Nietoperskiej – części trasy po MRU czynnej tylko latem. I to konkretnie w wakacje, a że był czerwiec, to nawet nie mieliśmy o czym marzyć… Obeszliśmy bunkier z wierzchu i ustabilizowaliśmy się w trawce z obiadem. Zapewne był to jakiś kociołek do syta 🙂 Następnie pojechaliśmy do Boryszyna, bo tam w końcu też są bunkry, ostatnia część udostępniona do zwiedzania – Pętla Boryszyńska. Nie było grupy do zwiedzania, więc obeszliśmy tylko teren wierzchem, odganiając się od komarów i postanowiliśmy odnaleźć Wieżę Bismarcka.

Wilczy musi wszędzie wsadzić nosa 🙂
Ptaszek
Pętla Boryszyńska
Pętla Boryszyńska

Po drodze zaliczyliśmy jeszcze Lubrzę i obejrzeliśmy sobie wypożyczalnię kajaków i rowerów, reklamującą się hasłem “Paklica zachwyca!”, poznaliśmy ceny i stwierdziliśmy, że przemyślimy temat. Trochę mnie ciągnęło na kajaki, w sumie – czemu nie? Na wakacjach w końcu jesteśmy, nie?…;)
Wieża Bismarcka była ukryta w lesie, mniej więcej wiedzieliśmy, jak daleko od głównej drogi powinien być w nią skręt. Jedyne drogi, które znaleźliśmy, były raczej niewyględne, więc w żadną nie skręciliśmy i wieży nie zobaczyliśmy. Inna sprawa, że na mapie wieża została opisana jako: “wierza Bismarcka”. Gratulujemy wydawcy…;-p
Na koniec pojechaliśmy do Łagowa. Bo piękny ponoć i w ogóle. Miałam ochotę na rybkę, rybki mi się chce i koniec, smażona, z frytami, z piwem…
Łagów składał się z jednej bramy, przez którą wjechaliśmy, parkingu przed zamkiem, do którego nie wiadomo, którędy się wchodzi, kościoła, pomostku oraz drugiej bramy. I za tą drugą bramą, kawałek jeszcze, stoi sobie smażalnia rybek. Czynna do… 17.00. Uroczo… Obeszłam się smakiem i zrobiłam się zła ;-p

Łagów – jezioro Trześniowskie
Łagów – Brama Polska
Łagów – Brama Marchijska
Łagów – most kolejowy

Wilczy zaciągnął mnie – w zamian za tę rybkę, której nie było – na most kolejowy, gdzie co prawda leżą sobie tory, ale wcale nie jestem pewna, czy to jest czynna linia. Na most trzeba było się wdrapać zdechłymi schodkami, w ogóle sam most przepiękny i widok z niego też ładny, acz miasteczko było akurat pod słońce. A potem okazało się, że coś ćwierka w samochodzie…
W rezultacie przez Międzyrzecz i zakupy w Kauflandzie wróciliśmy do domu. Przynajmniej prysznic mamy, chociaż niestety – komary też…

Środa
Pobłyskało się, pobłyskało, postraszyło, ale nie popadało. O siódmej rano już było upalnie, więc wypełzliśmy z namiotu. Na śniadanko. Po śniadanku – kawa.
– To co, przenosimy się do salonu na kawę?
Do wyboru mieliśmy oczywiście stołeczki turystyczne. Tylko…;)
Po kawie postanowiliśmy pojechać na te kajaki przez Międzyrzecz, żeby zajrzeć do warsztatu. Tradycyjnie Wilczy wsiadł do auta i ruszył naokoło, przez cały ośrodek (bo na krótszej trasie zbudowali boisko do siatkówki…;), a ja poszłam ze śmieciami do kontenera. Tradycyjnie spotkaliśmy się przy śmietniku, tradycyjnie spytałam go, dokąd mnie dziś zawiezie, tradycyjnie odmamrotał coś pod nosem… A potem, jak wyjechaliśmy na szosę, minął nas samochód z napisem: “Ludzie! Ciasto jedzie!” 😉
W warsztacie umówiliśmy się na popołudnie i pojechaliśmy na te kajaki. A tam – tłumy. Wycieczka polsko-niemiecka, 20 kajaków. Plus 7 kajaków dodatkowo – to inna grupa. My się zindywidualizowaliśmy, obraliśmy sobie kurs na kajaczek i czym prędzej go znieśliśmy do rzeki (ale ciężkie bydlę…), zapakowaliśmy się i w drogę!…

Wilczy w kajaku 🙂
Tak się przepływa pod budową autostrady…;)
Bunkry nad Paklicą
Przepiękne okoliczności przyrody

Najpierw było uroczo. Rzeczka płynęła, specjalnie machać nie trzeba było, z jednej strony drzewka, z drugiej łąka, przed nami pusto, za nami pusto… I tak dopłynęliśmy do budowy autostrady. Jak wiadomo, jest to teren budowy, plątać się po nim nie nada, ale przecież rzeka płynie i możemy udawać, że nas tu wcale nie ma. Rzeka pod autostradą płynie w takiej rurze, dłuuuugiej i czarnej. Wpłynęliśmy tam, zrobiło się zabawnie i Wilczy zapytał:
– I co, nawet zdjęcia nie zrobisz?…
No to zrobiłam 🙂 Wiosłami machać się nie dało, bo było zbyt wąsko, odepchnęliśmy się od ścian i popłynęliśmy dalej. Potem poprzyglądaliśmy się robotnikom, a jeszcze potem z rury z boku wpłynęła do rzeki czarna i śmierdząca maź. Później okazało się, że to ścieki…
Przestaliśmy zatem wyłazić z kajaka w ramach przesuwania go nad mielizną, bo woda zrobiła się okropna, płynięcie też przestało sprawiać przyjemność, ale co zrobić… Płyniemy… I tak oto dopłynęliśmy do owej grupy 20 kajaków polsko-niemieckiej grupy. Kilka pierwszych udało się bez problemu wyprzedzić na jakichś szerszych zakrętach, a potem utknęliśmy za kajakiem, który co chwila stawał w poprzek albo wręcz tyłem do przodu. Mieliśmy trochę problemów, ale udało nam się wyminąć i ten kajak, i wówczas, rozzuchwaleni łagodnym przejściem poprzedniego progu, z którego po prostu zjechaliśmy niżej, z kolejnego zsunęliśmy się zbyt gwałtownie i nabraliśmy wody. Wyrwałam spod nóg natychmiast torbę z aparatem i uniosłam do góry, Wilczy ustabilizował nas przy brzegu i zaczęliśmy wybierać wodę z kajaka…;) W międzyczasie wyminęły nas dziewczynki z owego nieradzącego sobie kajaka…;) Trudno, co zrobić, po jakimś czasie udało nam się łyknąć je jeszcze raz, a z kolejnych progów zjeżdżaliśmy dużo spokojniej i wolniej. Natomiast utknęliśmy w tłumie kajaków, wstrzymywanych przez kolejny, dużo bardziej rozpaczliwie zachowujący się na wodzie. Panny utknęły tyłem do przodu i zupełnie nie umiały sobie z tym poradzić, więc tak stały, zagradzając drogę i czekając, aż ktoś coś z tym zrobi…
Przepchnęliśmy się obok i powiosłowaliśmy dalej, byle dalej, byle dalej… Aż zmienił nam się krajobraz na Wietnam. Dookoła wysoka roślinność wodna, wijąca się Paklica pod dnem i zygzak przez to wszystko w palącym słońcu. Tak dopłynęliśmy do jeziora Paklicko Wielkie, wypłynęliśmy na środek mniej więcej i troszkę odpoczęliśmy. Znaczy: przerwa na batonika. Za sobą zostawiliśmy ten 20-kajakowy spływ, więc dalej już mogliśmy spokojnie sobie płynąć… A tymczasem jezioro się skończyło (Wilczy wiosłował, ha!…) i wpłynęliśmy w rzekę, tym razem otoczoną wysokimi drzewami. Faktycznie, było tu uroczo i woda już się oczyściła po tym syfie, wpadającym do niej wcześniej. Spotkaliśmy też łabędzia z małymi, które były leniwe, więc wlazły mamusi pod skrzydełka i jechały na gapę. Co będą się męczyć…;)
Potem było jeszcze jedno malutkie jeziorko, w którym koniecznie chciałam się wykąpać, ale okazało się, że nie za bardzo jest gdzie się zatrzymać, a przy jedynym sensownym pomostku woda jest zasyfiona i na dnie leży mnóstwo różnych śmieci, więc odechciało mi się. Wilczy zadzwonił do wypożyczalni pod ledwo widoczny na zalanej mapce numer i już po chwili kończyliśmy spływ w Gościkowie, przy zabytkowym klasztorze, w którym mieści się dziś seminarium duchowne.
Zostaliśmy zawiezieni razem z kajakiem do Lubrzy, gdzie poskarżyłam się na brudną wodę oraz wycyganiłam świeżą mapkę spływu (kosztuje 4 zł, no bez przesady…) i pojechaliśmy przed siebie. Czyli przez Boryszyn do Wysokiej, tam znaleźliśmy miejsce nad jeziorem, gdzie można było zatrzymać się i zjeść… chińską zupkę. Bo jasna sprawa – kuchenkę, gary i żarcie woziliśmy ze sobą 😉
Czas wracać do Międzyrzecza, do warsztatu. Nie byliśmy pewni, czy zdążymy z tymi kajakami dziś, ale trasa, którą pan z wypożyczalni określił na 4-5 godzin, nam zajęła 3, więc okazało się, że mamy zapas czasu. I nawet wyrąb drzew po drodze nas nie zastopował na zbyt długo, w warsztacie wymienili nam rolkę od paska klinowego, my zjedliśmy w tym czasie lody z Lidla, zrobiliśmy potem zakupy w Netto i pojechaliśmy do domu. Wilczy wybrał inną drogę, koniecznie usiłował trafić w jakieś miejsce, w którym był kiedyś i trafił, ale nie w to zamierzone. Leśne pole namiotowe, potwornie zaniedbane, dojechaliśmy tam cudem. Wilczy oczywiście zobaczył jezioro, więc wywlókł wszystko i zaczął się wbijać w piankę, coby popływać, mnie za to pognała natura. Pokręciłam się trochę w kółko, ale ponieważ nie mijało, wzięłam saperkę, papier i Offa i polazłam w las. Jedyne wyjście z sytuacji, to popsikać obficie Offem wszystkie odkryte części ciała… 😉 Ale udało się przeżyć, komary brzęczały, nie ugryzł mnie żaden 🙂
Jak już Wilczy się wypływał, to polazłam i ja, woda była super, wcale nie bardzo zimna, za to mokra i bez komarów.
A potem wróciliśmy do domu i pożarliśmy wielką puszkę pulpetów z Netto na kolację. No co? Obiad był mizerny i dawno temu, nie?…;)
Trochę się spakowaliśmy, ustawiliśmy budziki na raniutko i poszliśmy spać. Jutro daleka droga. Maniak zaprasza 🙂

Część druga – cywilizacja maniacka

Czwartek
Wilczy od rana narzeka na upał. Chodzi dookoła i marudzi. A teraz bezczelnie zagląda mi przez ramię.
Coś huknęło gdzieś w oddali, Wilczemu natychmiast przypomniał się wierszyk:
Coś tam w lesie huknęło,
coś tam w lesie stuknęło,
a to komar z dębu spadł,
złamał sobie w krzyżu gnat…

Faktycznie gorąco potwornie. Potem doszliśmy do wniosku, że był to najgorętszy dzień całego naszego wyjazdu. Spakowaliśmy się wreszcie, pożegnaliśmy z właścicielami ośrodka ADA i ruszyliśmy na południe.
Najpierw obejrzeliśmy zza szyby jeszcze raz Gościkowo – Paradyż. Potem wjechaliśmy do Zielonej Góry i zaczęły się schody. Czyli brak oznaczeń, nie wiadomo, gdzie jesteśmy, nie wiadomo, gdzie jechać i dlaczego ta droga prowadzi w jakąś totalną dupę?… Ale najpierw w Zielonej Górze poszliśmy coś zjeść. Trafiliśmy idealnie – do knajpy Papu, gdzie obsłużono nas rewelacyjnie i jedzenie było pyszne i wcale nie przeszkadzał nam remont ulicy tuż pod oknami. A na koniec dostaliśmy zniżkę na noclegi w powiązanym hotelu…;)

Przespacerowaliśmy się po rynku, Wilczy kupił nowe sandałki za grosze, znaleźliśmy sklep z piwem, za to nie mogliśmy znaleźć bankomatu, a upał już się ostro dawał we znaki. Informacja turystyczna stwierdziła, że rozsądny bankomat jest w centrum handlowym, więc ruszyliśmy tam, poprzebywaliśmy trochę w klimatyzowanym wnętrzu, po czym – nieświadomi pułapki – spróbowaliśmy wyjechać z tego rozkopanego i nieoznakowanego miasta…
W aucie było jakoś potwornie gorąco. Na zewnątrz również. Wilczy ustalił, którędy powinniśmy jechać, tylko okazało się, że rzeczywistość uliczna Zielonej Góry ma się nijak do planu miasta i co i rusz utykaliśmy w podporządkowanych uliczkach, które prowadziły donikąd, lub nie tam, gdzie trzeba. Po jakiejś półgodzinie miałam tego wszystkiego serdecznie dość, zrobiłam się zła, zmęczona, głodna i wściekła…
I wtedy wreszcie Wilczemu udało się wyjechać, cudem jakimś, we właściwą stronę. Wściekłość jednak nie mijała, a jak Wilczy znalazł wreszcie ten skansen, którego szukaliśmy, odpowiednio też ukryty, to trzęsły mi się ręce i nie byłam w stanie zrobić sobie kanapek. Ale Wilczy zrobił, bo to dobry człowiek jednak jest…;)

Ochla – muzeum etnograficzne
Ochla – muzeum etnograficzne
Ochla – muzeum etnograficzne
Ochla – muzeum etnograficzne

Muzeum Etnograficzne w miejscowości Ochla jest bardzo fajne, bo dzieje się tam mnóstwo rzeczy: pokazy wyplatania wikliny, nauka układania bukietów, robienia różnego rodzaju ozdób, no i jest winiarnia 🙂 Ponieważ jednak jak zwykle byliśmy zbyt późno, to te wszystkie atrakcje nas ominęły i mogliśmy sobie pospacerować po skansenie wierzchem, bez zaglądania do chat, a bilety kosztowały nas całą złotówkę od głowy. Po spacerze zatem ruszyliśmy dalej i zignorowawszy most zwodzony w Nowej Soli pognaliśmy prosto do Lubina, po drodze łapiąc telefonicznie Maniaka. Jak już dojechaliśmy do jego miejscowości, umówiliśmy się na jednym ze skrzyżowań i czekaliśmy, aż po nas podjedzie, bo wiadomo – sami nie trafimy. Siedzieliśmy w aucie i rozważaliśmy.
– Ciekawe, czy go poznamy…
– Nie widzieliśmy się z osiem lat, mógł się zmienić…
– Ciekawe, na czym po nas wyjedzie?
– No. Może na rowerze.
– Autem?…
– A może quadem?…
W zasięgu wzroku pojawił się łebek na rowerze.
– O, może to on?… E, nie, niemożliwe, żeby odmłodniał o 25 lat…
W końcu zatrzymał się obok nas samochód z uśmiechniętą gębą w środku. Nie mieliśmy żadnych wątpliwości – Maniaco nic się nie zmienił 🙂
Dzięki temu zaproszeniu wieczór spędziliśmy w cywilizacji i było nam super: prysznic, lodówka, wygodne łóżko, kolacja, wino, nalewka… Echhh 😉
A potem padliśmy spać…;)

Piątek
Obudziliśmy się coś po 10 🙂 Cirri przygotowała genialne śniadanie, składające się z ryb, wędlin, ogóreczków, pyyyycha! Zaczęłam się zastanawiać, co zrobić, żeby tu zamieszkać…;)
Po śniadanku ruszyliśmy do Lubina, zwiedziliśmy nieczynny zakład klimatyzacji oraz czynną galerię handlową, gdzie nabyliśmy lotki do badmintona w ilości sztuk 6 i dziko szczęśliwi wróciliśmy do domu, zostawiliśmy graty i pojechaliśmy wszyscy razem zwiedzać.

Bolków – zamek
Bolków – zamek
Kowary – kopalnia uranu
Kowary – kopalnia uranu
Kowary – kopalnia uranu
Kowary – kopalnia uranu
Kowary – kopalnia uranu
Kowary – kopalnia uranu

Na pierwszy rzut poszedł zamek Bolków. To ten, gdzie odbywa się co roku Castle Party – festiwal w klimatach gotyckich, dla którego częściowo zrujnowany zamek jest genialną scenerią. Fajne miejsce, dość obszerne, nie wiem, co prawda, gdzie oni te koncerty robią, ale to bez znaczenia. Obeszliśmy całość, weszliśmy do muzeum i pooglądaliśmy makiety innych zamków i ruszyliśmy dalej – do Kowar, gdzie była kopalnia uranu, aktualnie zamieniona na muzeum. Bilety: 19 zł oraz 3 zł za fotografowanie (a już nie wolno pobierać opłat za fotografowanie, ha!). Do wejścia do sztolni mieliśmy jeszcze godzinkę, więc uraczyliśmy się w pobliskim barze ciemnym piwkiem z browaru Czarnków w międzyczasie, a potem okazało się, że grupa weszła bez nas 🙂 Nie szkodzi, zaraz ją dogoniliśmy, w uroczych kaskach na głowach. W kopalni kapało na głowę. Do przewodniczki ciężko było się dopchać, zatem nie było słychać, co mówiła, ale część techniczną opowiedział nam Maniak, znający ten temat wyjątkowo dobrze. Plątaliśmy się po kopalni nieco samopas, albowiem jak grupa już odeszła, to można było obejrzeć atrakcje, przy których się zatrzymywała, więc oglądaliśmy 🙂 Było tam mnóstwo gablot z kamieniami wydobywanymi w różnych miejscach, ale były też inscenizacje oraz akwarium z rybami morskimi 🙂
Na koniec wycieczki zajrzeliśmy do Jeleniej Góry, gdzie pod ratuszem stoi sobie zaparkowany tramwaj i robi za atrakcję turystyczną.
A w domu, w maniakowej cywilizacji, zrobiliśmy grilla i znów było nam dobrze 🙂 Zmusiliśmy naszych biednych gospodarzy do obejrzenia filmów z rejsów, nawet bardzo głośno nie protestowali (dobrze wychowani ;). Cirri w ogródku z ziołami odkryła żabę.
– Ale ona jest czarna!…
– A ty jesteś rasistką!…
Plątały się po nas komary, które nie rozumiały, że jeśli ktoś się wysmarował Offem, to nie należy go gryźć. Jakieś tępe, doprawdy…

Sobota

Dziś daliśmy odpocząć gospodarzom od nas i ruszyliśmy na wycieczkę sami. Najpierw do Jawora, gdzie stoi jeden z kościołów pokoju. Wstęp – 8 zł. Trochę się buntowałam, że tyle trzeba zapłacić za zwiedzanie kościoła, ale przemogłam się i nie żałowałam potem. Budowla jest mocno zniszczona, ale widać, jaka była kiedyś piękna, głównie w środku. Architektura i zdobienia są nie do pobicia, warto było tam wejść i to wszystko obejrzeć.

Kościoły pokoju powstały w XVII wieku, gdy cesarz Ferdynand III Habsburg przyznał śląskim luteranom prawo do wybudowania trzech świątyń. Mocno jednak ograniczył możliwości architektów: budynki mogły być wzniesione jedynie z materiałów nietrwałych, stąd kościoły są drewniane; musiały być wybudowane jedynie poza granicami miasta, nie dalej jednak niż na odległość strzału armatniego od murów miejskich; nie mogły mieć wież, dzwonów ani tradycyjnego kształtu świątyni. Kościoły powstały w Jaworze, Świdnicy i Głogowie, ten ostatni jednak spłonął.

Potem ruszyliśmy do Książa. W końcu to taki zabytek, a ja go jeszcze nie widziałam – wstyd normalnie!…
Najpierw okazało się, że droga jest zamknięta, ale kawałek dalej była druga droga, więc nie było problemu. Potem okazało się, że parking w okolicach zamku – bo przed zamek oczywiście podjechać nie można – jest płatny. Następnie okazało się, że toaleta – czyli barak, stojący w okolicach parkingu – również jest płatna. Zaczęłam czuć się jak pod Poznaniem…
Długą drogą dotarliśmy wreszcie do zamku, który nie zrobił na mnie zbyt dobrego wrażenia. Ot, zamek, jak zamek, widywałam w życiu ładniejsze… No ale trzeba, to trzeba, wchodzimy. Bilety po 17 zł plus za fotografowanie 6 zł, wybraliśmy zwiedzanie indywidualne – sale zamkowe i tarasy, do przewodnika zwykle nie można się dopchać, poza tym trzeba iść w jego tempie, a i tak go zwykle nie słychać. Zatem idziemy, zgodnie ze strzałką “WC”. Okazuje się, że toaleta w zamku, gdzie kupiło się bilet na zwiedzanie, jest płatna 2 zł!…

Szlag mnie trafił z miejsca, odwróciłam się na pięcie i poszłam zwiedzać, mamrocząc mnóstwo inwektyw pod nosem oraz wymachując aparatem fotograficznym, stwierdzając, że przynajmniej będę robiła wszystkiemu zdjęcia, skoro mnie tak traktują. No i robiłam ;-p
W środku zamek był zupełnie ładny, tablice w pomieszczeniach informowały, co tu się znajdowało w przeszłości, często pokazywano na nich też zdjęcia, jak to pomieszczenie wyglądało kiedyś. Zanim zostało zniszczone czy rozkradziono wyposażenie… Trzeba przyznać, że to było dość niezwykłe, oglądać na przykład na zdjęciu schodki, po których teraz nawet śladu nie było. Albo drzwi, aktualnie zamurowane. Kiedyś w zamku było znacznie więcej architektonicznych drobiazgów niż teraz.
Do większości pomieszczeń niestety nie dało rady wejść, bo zaraz za progiem stały sznurowe powstrzymywacze. Zupełnie, jakbym natychmiast siadała na tych wszystkich fotelach, tarzała się po łóżkach i zaglądała do szuflad sekretarzyków. No trudno, nie, to nie.
W jednej z sal odbywał się ślub, zatem stanęliśmy z boczku, w samych drzwiach, żeby nie pchać się gościom weselnym między wódkę a zakąskę i podziwialiśmy sufit. Po chwili podeszła do nas pani z ochrony i wyprosiła nas stąd, tłumacząc, że przeszkadzamy weselnikom. Szlag trafił mnie po raz kolejny…
Nic to, poszliśmy dalej, ponaśmiewaliśmy się z parki, ona mu pozowała wszędzie i w różnych pozach, normalnie fotka pe el, aż w końcu, gdzieś po tysiącu komnat, doszliśmy do toalety!… Czynnej i bezpłatnej. Niemożliwe?…

Zamek Książ
Zamek Książ
Zamek Książ
Zamek Książ
Zamek Książ
Zamek Książ
Zamek Książ
Zamek Książ
Zamek Książ
Zamek Książ
Zamek Książ
Zamek Książ

Wreszcie wyszliśmy na zewnątrz, na tarasy i dopiero tutaj się okazało, że zamek Książ jest przepiękny. Dopiero z tej strony – czyli de facto od tyłu – naprawdę jest na co popatrzeć. Są stare kamienie, jest bluszcz, jest kolorowo i cudnie. Przód to może się schować!…
Przespacerowaliśmy się tarasami od początku do końca, a długie były potwornie, wróciliśmy do wejścia do podziemi, spragnieni chłodu i tu zonk. Okazało się mianowicie, że do podziemi moglibyśmy zejść, kupując bilet na zwiedzanie z przewodnikiem. Skoro kupiliśmy inny, podziemia nam się nie należą. Super, nie? Ale przy kasie tej informacji nie było – oczywiście.

Od 1943 roku w rejonie Gór Sowich Niemcy prowadzili prace budowlane pod wspólnym kryptonimem “Riese” (“Olbrzym”). Budowa nie została nigdy ukończona, a jej pozostałością jest szereg podziemnych kompleksów i budowli naziemnych do dziś owianych mgłą tajemnicy co do ich przeznaczenia. W ten sposób powstały między innymi kompleksy “Rzeczka”, “Osówka” i “Książ”. Siłę roboczą stanowili więźniowie z obozu koncentracyjnego Gross-Rosen.

Trudno, co zrobić, nogi nas już bolały od włóczęgostwa, ale trzeba jechać, zwiedzać dalej. Ruszyliśmy zatem w stronę Osówki – podziemnego miasta. Długa i kręta droga, ale jakoś dojechaliśmy, niestety na miejscu okazało się, że już jest koniec pracy, jesteśmy za późno i możemy jechać do domu. A obsługa nawet na tyle nie była zainteresowana potencjalnymi klientami, że nie zaproponowała nic w zamian: przyjedźcie jutro, kupcie batonika, no szkoda, że się spóźniliście… Nic z tych rzeczy, wynocha, cześć.
Zawróciliśmy zatem i pojechaliśmy do sztolni walimskich. Tutaj po drodze trafiliśmy na wesele strażaka, na szczęście droga przez wieś była przejezdna, w kasie muzeum kupiliśmy bilety (12 zł) i batoniki, i już zaraz dopadł nas przewodnik, który wciągnął nas do pierwszego wejścia niemal siłą i opowiedział, co tu widać. W dodatku okazało się, że pan ma kłopoty żołądkowe, zatem chwilami bywało zabawnie… Po chwili dołączyli do nas jeszcze motocykliści i już w całe 6 osób przeszliśmy wszystko to, co jest w tej chwili udostępnione do zwiedzania. Nadal prowadzone są bowiem prace zmierzające do odkrycia pozostałych, zasypanych dziś pomieszczeń. Część z nich Niemcy wysadzili, wycofując się, a legenda głosi, że schowali tam skarby 🙂
Czas wracać. Usiłowaliśmy znaleźć jeszcze jakiś czynny sklep po drodze, ale żadnego nie było, za to lunął potężny deszcz i do Maniaków wróciliśmy w ulewie. No i jak ich nie kochać? Powitali nas genialnym obiadem…;)
A potem, zamiast iść spać, to te pijaki gadały do 3 w nocy. A w niedzielę mieliśmy rano wstać i wynieść się od państwa, tak?… ;-ppp

Część trzecia – powrót w lubuskie

Niedziela
Oj ciężko było się zwlec z łóżka, oj ciężko… Ale postaraliśmy się, spakowaliśmy graty i po pysznym śniadaniu wyściskaliśmy się z Cirri i Maniakiem i pojechaliśmy… do Legnicy! Od 3 dni usiłowałam ją zobaczyć i miałam z tym kłopot, w końcu trafiła się okazja. Wszystko przez film “Mała Moskwa”, który dzieje się właśnie w Legnicy. Klimatu z filmu w mieście nie zobaczyłam, ale i tak bardzo mi się podobało – galeria handlowa idealnie wpasowana w uliczki z odnowionymi kamieniczkami, zamek, kościół, deptak, a na deptaku – targ staroci. Rewelacja!…

Z Legnicy ruszyliśmy na zachód. Po drodze mijaliśmy zamek Grodziec, nie musiałam długo namawiać Wilczego, żeby skręcić do niego. Wjechaliśmy na wysoką górę, zaparkowaliśmy przed bramą (błąd, trzeba było wjeżdżać na dziedziniec, zakazu nie było, a parking całkiem słuszny) i poleźliśmy dalej. Bilety – 8 zł. Okazało się, że właśnie trafiliśmy na festiwal pieśni – albo myśliwskiej, albo śląskiej, w końcu nie wiadomo, a i tak panie śpiewały po ukraińsku 😉
Sam zamek jest częściowo zrujnowany, ale w trakcie odbudowy, co zupełnie nie przeszkadza szwendać się po nim do woli. Najbardziej podobały mi się wygódki, takie prawdziwe, z dziurami na wylot 🙂 Poza tym bardzo podobało mi się to, że mogłam wszędzie wejść i wszystkiego dotknąć, a przy okazji był ten festyn, więc po dziedzińcu ganiali ludzie poubierani w różne kolorowe fatałaszki, które zapewne były strojami z epoki lub regionalnymi. A muzyka całkiem do otoczenia pasowała 🙂

Zamek Grodzie
Zamek Grodzie
Zamek Grodzie
Zamek Grodzie
Zamek Grodzie
Zamek Grodzie
Zamek Grodzie
Zamek Grodzie

Ruszyliśmy dalej i trafiliśmy do Złotego Potoku, do ośrodka, gdzie najpierw zjedliśmy wielki obiad w lokalnej restauracji, a potem zdecydowaliśmy się zostać na noc. Postawiliśmy zatem namiocik, poszliśmy do sklepu po wodę, zagraliśmy w kometkę. Teraz mamy czym przynajmniej… Ledwo się ruszamy. Nie odbiłam jednej lotki, co Wilczy skomentował od razu:
– Niektórzy to skaczą, wiesz?…
– Na przykład żaby… – odgryzłam się leniwie, posyłając mu lotkę jakoś wysoko. – Albo wilki – dodałam zaraz, bo on podskoczył 🙂
A potem pogadaliśmy ze stróżem z budki przy wjeździe, który nam powiedział, że w miasteczku obok jest koncert, bo są kwisonalia. To miasteczko to Gryfów Śląski, a na pytanie: “Jak daleko tam jest?”, pan odpowiedział, że około 4-5 km. Hmmm. Napilibyśmy się piwa…;)
– To chodźmy na spacer – zaczęłam męczyć Wilczego.
– Ale to na pewno jest strasznie daleko…
– E, nie, zobacz, jak tu dobrze słychać.
– Bo po wodzie się niesie…
– Oj co ci zależy, pójdziemy kawałek, jak nam się odechce, to wrócimy…
– I będę musiał iść drugi taki wielki kawał, żeby do domu wrócić!…
– Ale piwa to byś się napił, co?
Wilczy już się nie odezwał, tylko rzucił mi mordercze spojrzenie i poszliśmy 🙂 Po drodze okazało się, że na asfalcie od czasu do czasu pojawiają się takie czarne cosie. Po bliższym przyjrzeniu się poznaliśmy w nich ślimaki. Grube, czarne ślimaki bez domków. Obrzydliwe dość, wyglądające jak kupa, ale Wilczy – ten obrońca uciśnionych – postanowił, że będzie je ratował przed rozjechaniem!… I tak przy każdym jednym zauważonym ślimaku zatrzymywał się i przenosił ślimora na trawkę. Okropność!… Taki Gniady to już na pewno nie poda mu ręki ;)))
Szliśmy i szliśmy, a Gryfowa jak nie było, tak nie ma. Nuuudy. Wreszcie – dotarliśmy do rogatek. Akurat trafiliśmy na zakończenie koncertu, za to miasteczko powitało nas pokazem sztucznych ogni.
– Ale napiszesz w relacji, że to na naszą cześć tak strzelali, nie? – dopytywał się Wilczy.
I jak zwykle szliśmy pod prąd. Wszyscy wracali z imprezy, a my się na nią pchaliśmy. A jak już się dopchaliśmy, to okazało się, że piwo jest, ale tylko w puszce, tylko nie zimne, i tylko Tyskie… Co było zrobić, skoro już przyszliśmy, to trzeba było to piwo kupić. Wzięliśmy po puszeczce i zaczęliśmy wracać. Powrót jakoś wyszedł szybciej, chociaż więcej ślimaków było do ratowania…
Jak już skręciliśmy w dróżkę do naszego ośrodka, Wilczy sobie pofolgował i teraz to już żadnemu ślimakowi nie przepuścił. Dorwał się do jednego, który na dotknięcie patyczkiem zwinął się w kłębek. Stałam nad nim i świeciłam czołówką.
– No i zobacz – skomentował Wilczy – z birmańskiego ślimaka bojowego zamienił się w malezyjski precelek obronny… I co ja mam z nim teraz zrobić? No chodź tu, bo inaczej zginiesz śmiercią marną!… – to ostatnie było skierowane już do ślimaka.
Natychmiast wyciągnęłam notesik, żeby zapisać jego krasomówstwo. To wyraził święte oburzenie:
– Ciemna noc dookoła, potwory rzężą, a ty wyciągasz kapowniczek?…
Wróciliśmy wreszcie do namiotu, kokosimy się na materacu, smarujemy, szykujemy…
– Masz ten Fenistil gdzieś pod ręką? – spytał Wilczy.
– Mam, a co?
– Bo skarpetki mnie swędzą!… I to obie!…
Po chwili, jak już sobie załatwił te skarpetki odmownie Fenistilem i oglądał swoje pogryzione łydki:
– Jezu, jak ja wyglądam!… Jak po wojnie!…
Faktycznie, cały w bąblach i czerwonych kropkach oraz zadrapaniach…;)

Poniedziałek
Obudził nas deszcz. Leje i leje. Ale przecież tu nie zostaniemy, bo co tu będziemy robić? Jechać się chce. No więc zwinęliśmy się, akurat przestało trochę padać, więc namiot trochę podsechł. I ruszyliśmy cokolwiek na południe, do Lubomierza, do Muzeum Samych Swoich. Przed muzeum stoją postacie Kargula i Pawlaka, każdy za swoim płotkiem. W muzeum (wstęp: 2 zł) są głównie rekwizyty z filmu z opisami scen, w jakich zostały użyte. Nie trzeba tam specjalnie jechać, ale jak już się jest w okolicy, to można zajrzeć 🙂

Z Lubomierza pojechaliśmy do zamku Czocha. Bilety po 12 zł plus 5 zł parking. Na parkingu stanęliśmy na początku za darmo, ale jak wracaliśmy, to dorwał nas gość i zażądał opłaty, nie dało rady się wywinąć.
Zamek Czocha jest bardzo fajny, dobrze utrzymany i mieści się w nim hotel. Ceny pokoi są oczywiście zamkowe, łącznie z ceną 900 zł za apartament księżnej, chociaż przyznam, że ów apartament jest super 🙂 Stoi tam fantastyczne łóżko z zapadnią (to na wypadek, gdyby żona była zbyt upierdliwa) oraz drzwiczkami, w które mąż musiał zapukać i poczekać na pozwolenie wejścia do łóżka 🙂 Meble też są zabytkowe, o łazience nie wspominając – ale działa! Ale od początku: wycieczki po zamku odbywają się o określonych godzinach, z przewodnikiem, który jest zachwycony tym, że goście robią zdjęcia zamkowi, jego wyposażeniu oraz “janatle”. Nie wymaga się przy tym żadnego biletu na fotografowanie 🙂 Młodziutki przewodnik opowiedział nam historię zamku oraz – czego teraz brakuje, bo rozkradli. Pokazał także tajemne przejścia: tu naciskasz, tu ciągniesz i przesuwa się cały regał, odsłaniając ukryty tunel 🙂 Fantastyczne 🙂 Na końcu przewodnik pokazał nam wejście na wieżę z drewnianymi schodkami oraz drabinkami i puścił nas samopas.

Zamek Czocha
Zamek Czocha
Zamek Czocha
Zamek Czocha
Zamek Czocha
Zamek Czocha
Zamek Czocha
Zamek Czocha

Na podzamczu jest dodatkowo muzeum, oddzielnie płatne oczywiście, ale już tam się nie zapuściliśmy, wsiedliśmy do Wilczowoza i ruszyliśmy na zachód. I do dziś nie wiem, czemu Wilczy nie skręcił do Czech, bo byliśmy od nich jakieś 3 km. Wilczy się zaparł i pojechał prosto, dzięki czemu nie kupiliśmy czeskiego piwa… Potem twierdził, że gdybym mu kazała skręcić, to by skręcił, a że ja tylko powiedziałam, że tam są Czechy, to za mało ;-p Jasssne… Tym sposobem dojechaliśmy do jakiejś uroczej miejscowości z drewnianymi ławami w bliskim sąsiedztwie Urzędu Gminy, gdzie rozłożyliśmy namiot do wyschnięcia oraz kuchenkę i zrobiliśmy sobie obiad. Wcale dziwnie nie patrzyli na nas przejeżdżający szosą…;-p

Obiad
Obiad

Wreszcie dojechaliśmy do Zgorzelca. Nawet był plan, żeby zadzwonić do Megi i wprosić się na herbatę, ale że nie mieliśmy zbyt wiele czasu, to odpuściliśmy sobie sytuacje towarzyskie i tylko przeszliśmy się mostem na połówkę niemiecką, obeszliśmy coś w rodzaju starówki, Wilczy znalazł bezpłatne pisuary, ja – płatne toalety za 0,5 EUR. On skorzystał, ja nie… I pojechaliśmy dalej. Na północ. Przez Żagań, gdzie stoi pałac ze 197 maszkaronami, twarzami diabła, jedna jest podobno niewykończona, bo jak architekt zobaczył, co stworzył, to zmarł na zawał serca…;) Właściwie maszkarony obejrzeliśmy z wierzchu mocno, bo już byliśmy cokolwiek zmęczeni i zajęliśmy się głównie kawą i ciastkiem w pobliskiej kawiarence 🙂
Po drodze w kierunku Krosna Odrzańskiego zatrzymał nas jakiś śniady gość, twierdzący, że mu się benzyna skończyła i potrzebuje pomocy, i da nam stary złoty pierścień, jeśli mu tylko trochę tej benzyny sprzedamy. I wciska ten pierścień przez okno. Kazałam mu się wynosić, Wilczy nie był do końca zdecydowany, ale oszustwem śmierdziało na kilometr, a potem z mediów się dowiedziałam, że właśnie tak teraz naciągają naiwnych Polaków również mało sprytni złodzieje… Tia.
Dotarliśmy nad jezioro Niedźwiedno między Krosnem Odrzańskim a Świebodzinem i zostaliśmy na noc w dziwnym miejscu, pełnym mrówek. To tylko jedna noc na szczęście, ale w namiocie ciągle coś się znajdowało nieproszonego… – To na mnie spadło z sufitu! – pokazałam Wilczemu rozklapciałego robaka.
– To malarze widocznie zostawili – stwierdził ten potwór…

Wtorek
Spakowaliśmy się dość szybko, gdyż mrówki żyć nie dawały. Wilczy chodził w kaloszach przeciwmrówkowych. Na Offa nie reagowały w ogóle, spiralę przeciwkomarową pokochały, nas też i chyba chciały nas zaciągnąć do mrowiska i zjeść. Zezłościłam się. Tupałam nogami, co pomagało o tyle, że strącałam te potwory ze swoich nóg, ale nie uciekały, tylko wracały. Pakuję sypialnię od namiotu i co i rusz znajduję w niej mrówkę.
– Znalazłam trupa mrówki w środku – mówię do Wilczego.
– A co, miała ranę postrzałową głowy?…
Spakowaliśmy się, jedziemy.
– O, jakie wielkie mrowisko!… Kopiec!…
– Bo tu jest MRU. Mrówczy Rejon Umocniony…
Pojechaliśmy do Ołoboka obejrzeć zabunkrowaną tamę forteczną oraz most przesuwny. Zaparkowaliśmy sobie ładnie przy rzeczce, tamę oglądaliśmy z mostu, kiedy Wilczy wpadł na genialny pomysł, że on tam wlezie. Po tych powyginanych żelastwach, do bunkra-tamy, nad rzeką i kamulcami. Zaczął wchodzić. Na czworakach…
– Ej, nie oddałeś mi kluczyków od auta. Jak tam gdzieś wlecisz, to co ja tu zrobię? Nawet do domu nie wrócę!…
Obok był jeszcze jeden bunkier, połaziliśmy sobie po jego wierzchu, ale Wilczy nie byłby sobą, gdyby nie spróbował do niego wejść. Więc poleciał do auta po latarkę i zaczął eksplorować bunkier, tym razem oddając mi kluczyki od samochodu. A ja stałam na zewnątrz i odganiałam się od komarów…
Pojechaliśmy kawałek dalej, znaleźliśmy urocze miejsce nad jeziorkiem na obiad, Wilczy oczywiście zostawił mnie z kuchenką i polazł się kąpać. Baby do garów…;-p No ale w sumie zmywał, to mnie ten układ pasuje, wolę gotować 😉
Potem poszliśmy na spacerek nad drugie jeziorko – Niesłysz, gdzie trafiliśmy na obóz harcerski jeszcze bez harcerzy. A potem pojechaliśmy poszukać noclegu w Przełazach, ale nic nas nie zachwyciło i tak wylądowaliśmy nad jeziorkiem Dziarg koło Kosobudza, gdzie trafiliśmy na urocze, doskonale utrzymane pole biwakowe, z ujęciem wody i wygódkami za płotem oraz ławami i stołami zbitymi z drewna. Szalenie wygodne 🙂

W lesie koło Kosobudza
W lesie koło Kosobudza

Kibelki są dwa: jedna to toi-toika z dziurą w ziemi, a druga to typowa sławojka, niestety z opadającą klapą. Ale właścicielka dba o czystość i dezynfekcję tych cudnych miejsc – na szczęście 🙂 Niestety, kontenery są pełne śmieci i nowe worki już się w nich nie mieszczą.
Poszliśmy pograć w kometkę, chociaż ciut wiało. Było mocno zabawnie, albo odbijaliśmy lotkę drewienkami, albo powtarzaliśmy, że niektórzy to skaczą, albo Wilczy podchodził coraz bliżej, albo w ogóle nie ruszał się z miejsca… Ale na pewno się rozgrzałam 🙂
– A ona była biała czy szara, jak ją kupowaliśmy? – zastanowiłam się za którymś razem, podnosząc szaroburą lotkę z ziemi.
Gmeramy przy kuchni (czyli skrzynce z artykułami kuchennymi).
– Papier toaletowy jest w kuchni – poinformowałam Wilczego, gdyby potrzebował. – Nie wiem, co prawda, co on tam robi, ale tam właśnie jest.
– To właściwe miejsce przecież. Papier jest mocno związany z odżywianiem się. Z bardzo końcowym etapem odżywiania…
– Ze zbieraniem okruszków ze stołu?…
Ten bandyta Wilczy, zamiast mnie grzać, bo zimno się zrobiło, poszedł o północy się kąpać. Założył piankę i polazł podglądać ryby. A ja marzłam… A potem przyjechał jakiś samochód i okazało się, że to chłopaki na nocne nurkowanie…
Leżymy w namiocie. Zasypiamy. Wilczy:
– Słyszę głosy…
Zamarliśmy na chwilę. Cisza totalna.
– Hmmm… słyszysz głosy? – spytałam.
– No, może to był mój i twój…

Środa
Obudził mnie jazgot. Jakieś baby darły ryja. Ja nie wiem, że to tak trzeba?… Wstaliśmy, wyciągnęliśmy kuchnię i zaczęliśmy robić sobie śniadanko, kiedy przyjechał pan strażnik leśny i polazł na obchód. Kawa z kakao była super po śniadanku 🙂 Bo jest zimno, wieje wiatr i w ogóle jakby popsuła się ciut idealna pogoda. Wilczy ma zwidy, widzi człowieka, który merda ogonem…
Na sznurku wisi wilczy wisielec, czyli jego pianka. Suszy się. Siedzi na niej stado much. Moja mordercza dusza domaga się zabicia tych much, a ten bandyta nie pozwala mi bić wisielca 🙂 I jak tłukę piankę, to się jeszcze drze, żeby nie po jajkach 🙂
Poszliśmy pomacać wodę w jeziorze. Zaskakująco ciepła, w przeciwieństwie do wody z ujęcia, która jest lodowata. Ta w jeziorze jest cieplejsza od powietrza, tym bardziej że w powietrzu wiatr hula. Zdecydowaliśmy się na kąpiel zatem… Słońce świeciło, więc jakoś usiłowałam wejść do wody. Mamrocząc inwektywy wlazłam do bioder i tu mnie zastopowało. Ale jakoś w końcu poszło, bo Wilczy już się zbliżał, to przecież nie będę gorsza od niego, że niby on pływa, a ja nie?!?… Porobiłam nawet jakieś zdjęcia, żeby nie było i wylazłam 🙂
Potem – gorąca kawa. Siedzę w samochodzie, zakładam buty i mamroczę:
– Przecież ja mogłam iść do fryzjera, żeby umyć głowę!… Wilczy!… Dlaczego ja nie myślę?!?…
– Mogę to cytować?…
Mówiłam, że bandyta?…
Jedziemy do Łagowa. Siedzę sobie na fotelu samobójcy i coś tam wyśpiewuję. Wilczy na to:
– Trzymam kierownicę i nic nie słyszę, chociaż psychuś śpiewa, to krew mnie nie zalewa, bo trzymam kierownicę i nic nie słyszę…
Potwór, nic innego. Ale zawiózł mnie do Łagowa i tym razem trafiliśmy na otwartą smażalnię, gdzie natychmiast się zadekowaliśmy i zapodaliśmy sobie po smażonym okoniu. Rewelacja!… Cena, niestety, już mniejsza rewelacja…
Następnie pojechaliśmy do Lubniewic. Zwiedzać, zwiedzać!… Pilotuję, kazałam mu gdzieś tam jechać i dodaję:
– Niech cię nie zmyli…
– Niech cię nie zmyli dźwięk starych motyli… – dośpiewał sobie Wilczy. I zaraz dodał gwałtownie: – O Jezu! Zabij mnie! I zakop! Jak trzeba będzie, to trzy razy!…
Jedziemy przez Wielowieś, którą natychmiast ochrzciliśmy per Multivillage.
W Lubniewicach są dwa zamki: nowy i stary. Nowy zamek jest w remoncie, z okna wystaje mu latarnia uliczna i przygląda się smętnie terenom przed zamkiem.

Stary zamek w Lubniewicach
Stary zamek w Lubniewicach

Obok jest urocza plaża miejska z pomostkami mocno fikuśnymi. No i cokolik, na który natychmiast wlazłam za potrzebą pozowania jako pomnik. Niemożliwe, żebym była jedyna, która na to wpadła, więc nie kumam, czemu przechodzący ludzie patrzyli się nieco dziwnie?…
Niedaleko był stary zamek. Oczywiście – w remoncie. Jednakowoż oba zamki wyglądały tak, jakby ten remont to był mocno wirtualny. W każdym razie zwiedzać się nie da, płot stoi i cześć pieśni. Przy starym zamku jedynie zafascynowała nas wiewióra, która ganiała po drzewku, ale w końcu też sobie poszła i po spacerze po dwóch ryneczkach uznaliśmy, że Lubniewice mamy zaliczone i pojechaliśmy do Międzyrzecza. Do naszego ulubionego sklepu z piwem. Potraktowano nas poważnie i dostaliśmy kartę stałego klienta…;)
Wracając do Kosobudza postanowiliśmy jeszcze raz dać szansę Wieży Bismarcka.
– Wieża Dwóch Glutów… Gdzie ona jest??? No gdzie?…
Wjeżdżaliśmy w różne dróżki i jeździliśmy nimi tak daleko, aż wydawało się, że to już za daleko… Wilczy patrzył na drogę i klął potwornie, bo słońce świeciło nieubłaganie i widoczność momentami spadała do zera. A ja gapiłam się w bok i szukałam czegoś murowanego w prześwitach między drzewami… Wreszcie – jest!… Stała sobie w krzakach, ledwo widoczna, na górce. Poleźliśmy do niej natychmiast i oczywiście wdrapaliśmy się na nią, ja do końca murowanych schodów, Wilczy – po rachitycznej drabince – na sam szczyt. I co z tego, kiedy drzewa zarosły wszystko i widok z wieży był co najwyżej na najbliższą sosnę ;-p

Wieża Bismarcka
Wieża Bismarcka

Wróciliśmy do Kosobudza, odpaliliśmy to piwo ze sklepu, siedzimy i rozważamy.
– Dzisiaj jest czwartek? – spytał Wilczy.
– Nie, środa.
– To co my będziemy robić jeszcze tyle czasu?…
– Opieprzać się.
– To dzisiaj miał być dzień na opieprzanie się, a my jeździmy, łazimy, zwiedzamy…
– Jutro będziemy się opieprzać… – powiedziałam łagodnie jak do marudnego dziecka.
– No przecież wcale tak bardzo nie marudzę – obruszył się Wilczy.
– Ale ja też nie mówiłam poważnie…
Tutaj komary są w ilościach przystępnych i boją się Offa, za to atakują nas Zergi. Takie duże robale z żółtymi plamami, jak się później okazało – larwy biedronek. Jest ich tu pełno, łażą po wszystkim, ale są tylko trochę obrzydliwe, zatem raczej je strącam, zamiast zabijać. Spirala działa, chociaż Wilczemu się zdarzyło, że siedział okadzony dymem i jednocześnie ugryzł go komar 🙂
Ten bandyta w ogóle zażyczył sobie kolacji, potem zeżarł pół puszki, a potem polazł się kąpać w nocy. Znów było zimno, okutałam się kocami i jakoś dało radę. A on potem spadał z materaca i budził się obok ;-p

Czwartek
– Skoro Paklica zachwyca, to Drwęca zniechęca?…
– Albo może zachęca…
Mieliśmy odpoczywać, tak?… Wrzucił mnie do samochodu i pojechał do dwójki, która kilka razy krzyżuje się z budową autostrady, zatem natychmiast utknęliśmy w korku. Ci ambitni ludzie, którzy robili mapę MRU, narysowali autostradę w kompletnie innym miejscu niż w naszych atlasach i niż w rzeczywistości. Pojechaliśmy do Świebodzina, gdzie niemal natychmiast dopadł nas bachor i pewnie usiłował pilnować auta, ale zbieraliśmy się w takim tempie, kompletnie gówniarza ignorując, że się zniechęcił i sobie poszedł. Obejrzeliśmy świebodziński rynek, na którym przepiękne kamieniczki przylegają do obrzydliwego socjalistycznego bloku – no naprawdę, nic, tylko to zburzyć, okropieństwo!… Po czym pojechaliśmy do Trzciela i dalej szlakiem wspomnień Wilczego do Borowego Młyna i Pszczewa, gdzie NIE BYŁO MUZEUM, a powinno być. Za to był objazd do Międzyrzecza drogą, która na mapie była jakaś leśna, a w rzeczywistości miała idealnie piękny, równy i gładki asfalt… Potem jeszcze zakupy i do domu na obiad.
Wilczy oznajmił, że Zergi mu się podobają. Ładne są, znaczy. Bosz… To jest poczucie estetyki?…
A teraz mówi, że mu nudno…
Poszliśmy grać w kometkę na plażę. Niestety, śmierdziało z wychodków – akurat wiatr wiał w tę stronę. Wilczy ciągle się cofał i cofał, więc go ciągle goniłam. W końcu skomentowałam:
– To już chyba trzecie boisko…
Nudno się grało. Na leniwca. Bez ruszania się z miejsca. Wilczy zaczął chrapać…
A potem mieliśmy wieczór piosenki biesiadnej i wypiliśmy całe piwo, jakie nam się ostało. Ja więcej, bo ten bandyta miał zamiar iść się kąpać, więc na początku pił delikatnie 😉 Ale w końcu zrezygnował (pewnie się bał, że jak mnie zostawi, to sama wypiję wszystko, istotnie, była taka możliwość ;)))

IMG_4113

Piątek
Świeci piękne słoneczko. A my się leniwimy. Jakieś śniadanko, płatki na mleku, kawka, banan. Poszliśmy na spacer do wsi do sklepu po ogórka do obiadu 🙂 Trochę się poobrzucaliśmy szyszkami. I lenistwo 🙂
Wyprosiłam pająka z ławki. Kopem. Wrócił. Wyrzucił go z kolei Wilczy, po czym zaśpiewał:
– Jam pająk z Pajęczna, nie gryzę cię w dupę, więc bądź mi wdzięczna…
Po obiedzie Wilczy poszedł się wykąpać, a ja siedziałam i czekałam niczym dobra kobieta. Ech.
Następnie była kolacja, podczas której przyjechała szefowa i zdarła z nas kasę.
– Zergi to chyba poszły spać już – powiedziałam po kolacji, po czym znalazłam jednego koło kubka z herbatą.
Przyjechali też nowi goście na pole namiotowe, na przykład dwie księżniczki, nie umiejące obsługiwać pompy. No cóż.
Po kolacji poszliśmy na spacer drogą w las. Znaleźliśmy trochę jagód i dużo jagodzin, niestety – chyba podniszczałych. Oraz strzałki z gałęzi poukładane na drodze. Poszliśmy zatem po strzałkach i trafiliśmy na przepiękne rozlewisko, gdzie odwaliliśmy sesyjkę. Żurawie darły ryje… albo może dzioby…? 🙂
Wieczorem przyjechały lokalesy i zaczęły imprezę. Miałam pójść do kibelka, ale…
– Nie pójdę tam, bo ciemno i w ogóle…
– A może trochę samodzyndzalności?
Tia.
Wilczy znów poszedł się kąpać po nocy, a jak wrócił, to zajął się wypraszaniem robali z namiotu ;-p

Sobota
Wracamy do domu. Udało się jakoś po ludzku spakować i ruszyć, nawet “dwójka” jakoś tam jechała, acz stojące co kawałek przy drodze tablice z napisami “SZPARAGI” w trzech różnych językach rozwaliły mnie kompletnie. Do szparagów doszły oczywiście stoiska z krasnalami ogrodowymi, teraz oferujące znacznie większy asortyment, widziałam słonia, wiatrak, samolot, ale także świnie, bizony, poroża, greckie kolumienki i inne antyczne rzeźby… Masakra!…
Autostrada znów z nas zdarła kasę, wreszcie wróciliśmy do domu i pierwsze, co zrobiliśmy po wypakowaniu rzeczy, to rzuciliśmy się pod prysznic.
– Uch, ja już nie mogłem ze sobą wytrzymać… – powiedział Wilczy, obficie polewając się wodą.
– Normalnie taki smrodek produkowaliśmy, że hej – dodałam ja, produkując pianę na każdym kawałku siebie.
– Aaaaale dobrze – uznaliśmy razem po kąpieli 🙂

Wyszperane w Sieci:

Zamek w Kórniku
Ośrodek wczasowy Ada nad jeziorem Lubikowskim
Wydawnictwo Plan/Galileos – wydawca mapy turystycznej MRU i Pojezierza Łagowskiego
Międzyrzecki Rejon Umocniony
Wieże Bismarcka
Wypożyczalnia kajaków i nie tylko
Muzeum Etnograficzne w Ochli
Zamek Bolków
Kopalnia uranu w Kowarach
Kościół pokoju w Jaworze
Zamek Książ
Podziemne miasto Osówka
Sztolnie walimskie
Legnica
Film “Mała Moskwa”
Zamek Grodziec
Muzeum Samych Swoich w Lubomierzu
Zamek Czocha w Wikipedii
Zamek Czocha
Kosobudz – tu na polu namiotowym nocowaliśmy 😉

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply