Hyundaisraz Morava, czerwiec 2015 r.

Czeski Klub Hyundaia, zaprzyjaźniony z polskim klubem, zaprosił nas na zlot. Odzew był niewielki, ale był i nagle okazało się, że nasi jadą. A skoro jadą, to można się do nich przyłączyć…:)

I tym sposobem w bożocielny czwartek sterczałam (samotnie, bez Wilczego), ocierając pot z czoła, z plecakiem wrzynającym się w ramiona (co w nim, do licha, jest?!?) przed wjazdem na parking nieopodal łódzkiej Manufaktury. Sterczałam z telefonem w ręku, oczekując na transport w postaci Shadowa z Moniką w ich Hyundaiu. Nie widzieliśmy się ze dwa lata. Nie szkodzi, rzuciliśmy się sobie w ramiona i czym prędzej ruszyliśmy w trasę. Rozmowa dość szybko zeszła na tematy kulinarne…

Klubowicze przed fabryką
Klubowicze przed fabryką

Indagowany telefonicznie Wilczy, który ponad czeskie piwo postawił bałtyckie wraki, poinformował, że głodne nurki wracające z Zakrzówka do Polski centralnej zatrzymują się w Starym Młynie w Koziegłowach i żrą. Postanowiliśmy zeżreć i my 🙂 Stary Młyn jest, niestety, po złej stronie drogi i trzeba do niego zawracać, ale na szczęście niedaleko. Zamawia się przy barze, dostaje się numerek, wybiera się stolik i się oczekuje. Na sznycla. Jedzenie może nie było najwyższych lotów, ale dało radę, a pełne brzuszki przyczyniły się do błogich uśmiechów. A trzeba było wziąć na wynos…;)

Zatrzymaliśmy się jeszcze przed granicą na ostatnie zakupy (i lodzika w McDonaldzie ;p), a potem opłotkami (by nie płacić za autostrady) dojechaliśmy na miejsce zlotu – do kempingu ATC w miejscowości Łucyna. Z ależ pięknym widokiem na jezioro!…

Z “naszych” był już Zbyszek z Małgosią i Stanleyem. Stanley – nieopierzony buldog – miał nadmiar energii i było go wszędzie pełno. Zameldowaliśmy się u Davida, organizatora zlotu i zakwaterowaliśmy się na pięterku domku (parter zajął Stanley z państwem ;). Domek był letniskowy jak najbardziej, na górze miał 3-osobową sypialnię, na dole – podwójne łóżko, stół, lodówkę i łazienkę z prysznicem. Podobno jak się stanęło na konkretnej desce podłogowej przy drzwiach wejściowych do domku, drzwi od łazienki otwierały się samoczynnie 😀 Nie było możliwości zamknięcia się od środka, więc staraliśmy się być po prostu ostrożni 😉 Prysznic swoim wyglądem przypominał chłopakom szafę i utarło się stwierdzenie, że idziemy do szafy. Ciepłą wodę produkował podgrzewacz przepływowy, zatem trzeba było ustawić naprawdę minimalne ciśnienie, aby ta woda faktycznie była gorąca, a to z kolei nie było łatwe ze względu na nieco rozklekotany kran, z którego nie leciało nic albo od razu Niagara. Nie było łatwo…

Nasz domek - ten z lewej
Nasz domek – ten z lewej

Lodówka za to była konkretnych rozmiarów i dzielnie dawała radę napojom i pożywieniu. Tymczasem ja – mając w pamięci polski zlot sprzed dwóch lat – nie pomyślałam o takich podstawowych rzeczach jak kubeczek, talerzyk czy jedzenie, wychodząc z założenia, że wszystko będzie na miejscu. Okazało się, że niekoniecznie, że generalnie obiady i kolacje tak, ale od jutra, a o śniadania i dzisiejszą kolację należy sobie zadbać samemu. Mignęła mi wizja wylizywania miski Stanleya, ale mogłabym nie wygrać z jego zębami i pazurami… Na szczęście okazało się, że pomyśleli inni i uratowali mnie przed śniadaniową śmiercią głodową 🙂

Tymczasem powędrowaliśmy do najbliższej czynnej knajpki i zaczęliśmy urocze, gorące popołudnie od czarnego Kozela. Potem przyszedł czas na pizzę (a trzeba było kupić parek w rohliku!), bo bar nie oferował zbyt wiele. Za to dość szybko zaczęliśmy się dogadywać po czeskopolsku 🙂 A Shadow przez następne dwa dni powtarzał, jak jest po czesku widelec, ale założę się, że już nie pamięta…;) Na pizzę spuśćmy zasłonę milczenia…

Spacerując brzegiem jeziora odkryliśmy rybie truchło, ale także piękne okoliczności przyrody i obiecałyśmy sobie z Gosią kąpiel. Koniecznie! Woda nawet nie jest dramatycznie zimna (dało się włożyć dłoń i nie uciec z krzykiem). Nad jeziorem był spory kawałek skoszonej łąki w charakterze plaży i pola namiotowego oraz stanowiska wędkarskiego. Jak się okazało w weekend – wszyscy żyją ze sobą w zgodzie, wędkarze rozkładają się tuż przy kąpielisku, do jeziora wjeżdżają samochody, żeby wyciągnąć z wody jakąś krypę, warczą skuterki wodne, ludzie pływają i jakoś nikt nie ma pretensji do innych. Znamy miejsca w Polsce, gdzie byłoby to nie do pomyślenia…

Piątek był już pierwszym oficjalnym dniem zlotu i zaczynał się od atrakcji w postaci zwiedzania fabryki Hyundaia. Fabryki, która mogła stanąć w Polsce…

Polska reprezentacja przed czeską fabryką
Polska reprezentacja przed czeską fabryką (fot. Shadow)

Film reklamowy i krótka przemowa/prezentacja były oczywiście po czesku, ale okazało się, że sporo można zrozumieć. Głównie to, że nie wolno fotografować i wszystkie telefony i aparaty musimy zostawić w depozycie ;p Obowiązujący dress code to długi rękaw i długie spodnie (?!? upał był!). Kto był nieodpowiednio ubrany, dostał drelichowe gacie z zasobów firmy 😉 Potem zostaliśmy przeciągnięci przez trzy hale. W pierwszej były wielkie bele blachy, z której potem się robi karoserie, w dwóch pozostałych był już montaż. Wielkie roboty z żółtymi ramionami bardzo mi się podobały 🙂 Nie nudzą się, nie potrzebują do toalety ani przerwy śniadaniowej nie trzeba im zapewniać. Ale nie wystarczają, w fabryce nadal pracują tysiące ludzi i to widać było w kolejnej hali, gdzie na wielkich taśmach jechały już zmontowane karoserie, a ludzie dokręcali im śrubki. Nie jestem pewna, ile czasu bym wytrzymała, dokręcając cały czas trzy te same śrubki w tysiącach aut… Podobno zadania są zmieniane i chyba tylko to chroni ludzi od totalnego wariactwa 🙂 Wszędzie tabliczki na temat bezpieczeństwa i higieny pracy. Spore i sterylne sekcje wypoczynkowe. A teren potężny.

Zwiedzanie zakończyło się obiadem w stołówce dla gości, kuchnia oczywiście koreańska. Dostaliśmy zupę z wodorostów (zielona woda z zielonymi liśćmi :), ryż, warzywa, kawałek kurczaka i kimchi. Do picia należało sobie nalać wody: ciepłej lub zimnej. Jedna była bardziej słodka, druga mniej i do dziś nikt nie wie, co to za woda 🙂

Zbyszek i Shadow przed fabryką :)
Zbyszek i Shadow przed fabryką 🙂

Po obiedzie czekał na nas zorganizowany przez czeski fanklub rajd na orientację. Z fabryki należało wrócić na kemping według otrzymanych wskazówek. “Jedź około 3 km, za cmentarzem skręć w lewo” 🙂 Dla nas wskazówki zostały specjalnie przetłumaczone na polski, chociaż ów cmentarz nie był całkiem oczywisty, bo w jego okolicach się zgubiliśmy 😀 Ale odnalezienie właściwej trasy to nie wszystko, były jeszcze zadania specjalne: zapamiętać nazwę budynku czy zwrócić uwagę na przydrożną reklamę. No i ukryty fotoradar, pilnujący prędkości! Emocje sięgały zenitu 🙂 Shadow stwierdził, że to mu się podobało 🙂

Rajd na orientację
Rajd na orientację

Tymczasem upał sprawił, że we trzy powędrowałyśmy nad jezioro. Monika w celu złapania słońca, my z Gosią w celach kąpielowych. Woda nie była jeszcze zmącona, więc miała przyjazną temperaturę, a wejście do jeziora był raczej wjazdem (betonowe płyty). Przyjemność psuła tylko konieczność stąpania gołymi stopami po kamykach i wyszczerbionym betonie. Nie ma to jak dobra kąpiel! Zrobiłam sobie porządną wycieczkę wpław do bojki w zatoczce obok, bojka się nie przyznała, co oznacza, a wizura nie przekraczała półtora metra. Ale pływało się cudnie 🙂

Wieczorem zorganizowano ognisko i pieczenie kiełbasek. Czyli Shadow i Zbyszek piekli, a my się integrowałyśmy. Integracji sprzyjały przeróżnej maści butelki, co i rusz wędrujące dookoła ogniska zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Z ciekawszych należy wymienić osiemnastoletnią śliwowicę własnej roboty, puszczoną w obieg z okazji zbliżającego się ślubu syna jednego ze zlotowiczów. Była też fantastyczna nalewka na jabłuszkach, porządnie zmrożona. Towarzystwa dotrzymywał nam nasz polsko-czeski kolega, Mariusz, tłumacząc przy okazji co ciekawsze spontaniczne przemówienia Czechów.  

Gdzieś w środku nocy na kemping dotarła ekipa Niemców z Hyundai Club Team Cobra. Zlot zrobił się już bardzo międzynarodowy 😉

Sobota zaczęła się od wyjazdu do kopalni Landek w Ostrawie. Kopalnia jest wprawdzie już nieczynna, ale pozostało po niej doskonale zorganizowane muzeum z ekspozycją podziemną, ekspozycją ratownictwa górniczego oraz skansenem na terenie parku. Przewodnik szczegółowo opowiadał o historii ratownictwa, oglądaliśmy skafandry ratownicze/nurkowe z zamkniętym systemem obiegu powietrza, dowiedzieliśmy się także o ruchach górotwórczych i układzie warstw węgla. Wycieczka była bardzo interesująca, a za tłumaczenie tradycyjnie dziękujemy Mariuszowi 🙂

Fabryka Landek
Fabryka Landek
Fabryka Landek
Fabryka Landek
Fabryka Landek
Fabryka Landek

Po powrocie na kemping mieliśmy zjeść obiad, ale okazało się, że najpierw musimy zaczekać na niespodziankę. No i niespodzianka przyjechała – Genesisem udekorowanym ślubnie 🙂 David, główny organizator zlotu, właśnie wziął ślub z Martiną 😀 Niektórzy zlotowicze wiedzieli, co się święci, ale reszta była zaskoczona, tym bardziej, że widzieliśmy Davida o poranku gdzieś na terenie kempingu. Widocznie nie trzeba było wielkich przygotowań 🙂

David i Martina
David i Martina

Państwo Młodzi zostali godnie powitani i zorganizowali sobie niewielkie wesele, wszyscy zjedliśmy obiad, a potem chłopaki zajęli się samochodami. Przyjechały bowiem auta do testów: nowe modele i20, i30 TURBO, i40. Panowie poszli się przejechać, ja się pointegrowałam ogólnie, Gosia pilnowała Stanleya, który znalazł sobie drugiego młodego psiaka do towarzystwa i razem dokazywali, pełni energii.

Chłopaki po jeździe trochę ponarzekali, że po TURBO spodziewali się czegoś więcej, ale za to zgodnie stwierdzili, że i40 wymiata. Na tę okoliczność zorganizowali sobie piwo (już można było 😉 i poszliśmy wszyscy nad jezioro. Tym razem na plaży były tłumy, a wejście do wody zmącone i przez to woda lodowata. Oj trudno było się zanurzyć 🙂 Ale nagrodą była nagrzana, cieplutka woda tuż pod powierzchnią już jakieś 10 metrów od brzegu, gdzie nie docierali mąciciele. Dobrze jest rozruszać mięśnie i trochę się zmęczyć, piwo potem lepiej smakuje…;)

Następnym punktem programu było spotkanie, na którym organizatorzy wręczali nagrody za udział w różnych konkurencjach, bo poza rajdem na orientację było jeszcze trochę innych atrakcji, m. in. jazda z zasłoniętymi oczami na podstawie wskazówek pilota (po placu manewrowym ;). Nagrody zostały rozdane i wieczór tradycyjnie należało spędzić przy ognisku i grillu. Tym razem integrowaliśmy się częściowo z Niemcami, czego efektem było zaproszenie na ich październikowy zlot. Pierwsze pytanie z naszej strony: “Czy to będzie podczas Octoberfest”? 😉 No niestety, ale nie – i jęk zawodu 😉

Panie z baru na mój widok już niemal same nalewały, co trzeba do kufla. Dużego wyboru nie było: Radegast 10 i 12 (procent ekstraktu – w Czechach jest ważniejszy niż procent alkoholu). Panie piją dziesiątkę, panowie dwunastkę 😉

Ostatnią konkurencją było przebranie na wieczorne ognisko. Miało nawiązywać do tematyki morskiej i rzeczywiście część osób bardzo fajnie to zinterpretowała. Mieliśmy pana admirała z własnym okrętem, piracką papugę (nie na ramieniu, a w wózku dziecięcym – to chyba był najmłodszy członek zlotu 🙂 oraz grupę pomalowanych na niebiesko ludzików, podobno Smurfów, z morskimi akcentami w postaci na przykład podkolanówek z kotwicami. Wygrał pan admirał. Trzeba przyznać, że był przygotowany bezbłędnie 🙂

Niestety, wszystko, co dobre, szybko się kończy. W niedzielę o świcie odjechali Shadow z Moniką. My posprzątaliśmy domek na tyle, na ile się dało i też niebawem ruszyliśmy w stronę domu. Stanley zasnął czym prędzej na tylnym siedzeniu i miałam ogromną ochotę wziąć z niego przykład 🙂

Coby tradycji stało się zadość, zatrzymaliśmy się na obiad w… Starym Młynie w Koziegłowach 🙂 Tym razem grany był placek drwala albo inny po węgiersku, jak zwał, tak zwał. Ważne, że było dużo i dobre 🙂

Muszę przyznać, że organizację zlotu Czesi zaliczyli na medal. Fakt, że mają wsparcie odgórne, ale i tak włożyli w to mnóstwo pracy i czasu. Fajnie, że są jeszcze ludzie, którym się chce 🙂 Mam przeczucie, że to nie był mój ostatni czeski zlot…;)

Wyszperane w Sieci:
Hyundai Klub Cz
Kemping w Łucynie
Kopalnia Landek
Hyundai Motor Manufacturing Czech

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply