Lisbon neverending story, czyli kilka godzin w Lizbonie, jesień 2014 r.

Kiedy Wilczy oznajmił mi, że jedyne sensowne połączenie z południa Portugalii do domu wiedzie przez Lizbonę, nawet się bardzo nie zdziwiłam. On zrobi wszystko, żeby się chociażby przejechać przez to miasto. Aby spędzić chociaż kilka godzin w Lizbonie. Mam niejasne przeczucie, że wszystkie drogi prowadzą do Lizbony…;)

Lizbona. Z czym się kojarzy? Z filmem Wima Wendersa “Lisbon story”, w którym najważniejszy jest dźwięk. Z fado, portugalskim bluesem, melancholijnymi pieśniami wykonywanymi przez jednego śpiewaka do dwóch gitar. Z tramwajem linii 28, krótkim wagonikiem, który pomyka po bardzo wąskich i pochyłych uliczkach Alfamy i ledwo nie zahacza o mury. Z Tagiem, który w tym miejscu nie jest zwykłą rzeką, a ogromnym rozlewiskiem, przedsionkiem oceanu.

Dlaczego ją lubimy? Bo czujemy się tam jak w domu. Bo to piękne miasto, położone na wzgórzach; bo ludzie zmęczeni, ale przyjaźni; bo kuchnia portugalska raczy nas tym, co nam smakuje najbardziej. Bo kiedyś straszliwie tu zmokliśmy, wracając z miasta do portu, na Pogorię, aby wyruszyć w rejs na żaglowcu.

IMG_3387
Alfama, tramwaj linii 28

Tym razem do Lizbony dotarliśmy autobusem Eva Transportes. Coś jak Polski Bus, gniazdka z prądem i Wi-Fi, toaleta i pani parząca kawę. Zapoznani z automatami biletowymi przy wejściu do metra sprawę nabycia nowych kart (stare, jak się okazało, wyekspirowały) i załadowaniu ich biletami załatwiliśmy śpiewająco szybko, może nawet szybciej niż miejscowi. Kierunek – hotel!

A właściwie pensjonat. Residencial Roxi położony jest przy Avenida Almirante Reis 31, praktycznie w centrum miasta, od Alfamy i najciekawszych atrakcji oddalony o 2-3 stacje metra. W dodatku tuż przy nim jest wejście do metra i przystanek zabytkowego tramwaju linii 28 🙂 Pensjonat zajmuje drugie i trzecie piętro kamienicy bez windy. Recepcja jest na drugim. Nasz pokój był na trzecim, z oknem na małą, boczną uliczkę. W pokoju poza łóżkiem, szafą, biurkiem i krzesłem (oraz, rzecz jasna, telewizorem, który zignorowaliśmy) była umywalka – bardzo dobry pomysł oraz – ku naszemu zaskoczeniu – bidet. Pomysł jeszcze lepszy. Najważniejsze kawałki ludzika można umyć nie biegając pod wspólny prysznic na końcu korytarza. W pensjonacie są także pokoje z łazienkami, można sobie wybrać jaki się potrzebuje 🙂 Jedynym problemem była ilość gniazdek z prądem. Po pewnych poszukiwaniach odkryliśmy jedno, sprytnie schowane w obudowie… szafki nad umywalką.

Po porzuceniu bagaży w pokoju ruszyliśmy w miasto. Czas na obiad 🙂 Wilczy zawlókł mnie do metra, gdzie oglądaliśmy lokalny koloryt miasta z zawodzącym i postukującym laską żebrakiem na pierwszym planie. Pojechaliśmy do Mercado da Ribeira, który stał się ostatnio modnym miejscem na lunch. Targ jest uroczy: z jednej strony pełen stoisk z warzywami, owocami, kwiatami, rybami i owocami morza; z drugiej – swoisty food corner: stoiska z najróżniejszej maści jedzeniem. Było sushi, były ciasteczka, były ryby. Na środku hali – stoły i stoiska np. z winem. Dookoła – czego żołądek zapragnie, a portfel wytrzyma. Niestety, stoiska nie miały wystawionego jedzonka, coby pojeść oczami, więc musieliśmy się skupiać na głównie portugalskich napisach nad nimi, co nam nieco utrudniło życie. Przeszliśmy całą halę dwukrotnie dookoła, zanim zdecydowaliśmy się na… ośmiornicę 🙂 Zażyczyliśmy sobie zestaw obiadowy – danie główne, deser i napój. I dostaliśmy… Zapomnieliśmy tylko zorientować się, że Mercado jest miejscem, w którym jedzenie jest może i pięknie podane, ale porcje niekoniecznie są obfite…;)

IMG_3353
Ośmiornica wg szefa kuchni 🙂

Ośmiornica była bardzo dobrze zrobiona, zatem mogłoby być jej więcej. Jako dodatki miała coś, co wyglądało jak skórka z ziemniaka wysuszona na wiór, papkę ziemniaczaną oraz zielone liście czegoś. Ciasto deserowe było niemal tak wielkie jak danie główne, a piwo było małe. Wszystko jednak zaskakująco smaczne (ta podejrzana skórka ziemniaczana też ;)). Posileni mogliśmy zacząć zwiedzać.

Pojechaliśmy oczywiście do Alfamy, gdzie doszliśmy do wniosku, że tramwaje nas nie lubią. Pierwszy tramwaj przyjechał nawet dość szybko, ale był prawie pełny. Mimo to wlazło do niego ze 20 osób z przystanku, więc nam się już nie bardzo chciało pchać do ciasnoty, poczekamy na następny. Tylko że następnego nie było. Po dość długim oczekiwaniu i obejrzeniu wszystkich atrakcyjnych sklepów w najbliższej okolicy poszliśmy dalej na piechotę. Dotarliśmy pod Katedrę Se. Trafiliśmy na parking lizbońskich tuk-tuków: małych, spalinowych samochodzików, które służą sprytnemu zwiedzaniu miasta. Kolorowe, na trzech kołach, z podwójną tylną kanapą, aż zapraszają do przejażdżki. Ich niewątpliwa zaleta to rozmiar: wjadą wszędzie. Więc tak się teraz zwiedza Lizbonę…;)

My pozostaliśmy przy tradycyjnym sposobie i uparliśmy się na tramwaj, ale tramwaju ciągle nie było. Wędrowaliśmy więc na piechotę. W końcu zmieniliśmy dzielnicę, wróciliśmy do Baixa, żeby się przejechać Elevadorem de Santa Justa – przecudną windą, traktowaną jak środek transportu miejskiego (tak, nasze karty z biletami do metra, autobusu i tramwaju na nią też działają) i wylądowaliśmy na wyższym poziomie miasta, w Bairro Alto, przy ruinach klasztoru Karmelitów. Trochę niesamowite to miejsce, szczególnie wieczorem, w ciemnościach, kiedy ludzie poznikają w okolicznych uliczkach… Dalej jest placyk i uliczki z knajpkami i kamienicami, wszystko na pofalowanej powierzchni, podobnie jak w Alfamie – nie ma tu płaskich ulic 🙂

Na kolację jednak wróciliśmy na dół. Weszliśmy do jednej z wielu knajpek w Baixa, nieopodal przystanku tramwajowego, skuszeni wizją kolejnej ośmiornicy i kalmarów. Najpierw pan kelner zapomniał o zamówionej wodzie, potem dostaliśmy sałatę przyprawioną nieco zbyt mocno octem. Ośmiornica była z grilla, a mimo to całkiem ok, nie twarda, natomiast jedną mackę miała kamienną (?). Kalmarom przydałyby się przyprawy, w dodatku były nieco gumowate… No dobrze, jadaliśmy lepiej 😉 Ale chyba już nie mieliśmy siły upierać się przy lepszej obsłudze, bo wizja samolotu o 6:20 rano sprawiała, że chcieliśmy jak najszybciej wrócić do hotelu i przynajmniej na chwilę się położyć spać.

Tym razem tramwaje nie odmówiły współpracy. Całą atrakcyjną trasę linii 28 przejechaliśmy na dobranoc 🙂

Od pana w recepcji pensjonatu dowiedzieliśmy się, że taksówka na lotnisko w nocy kosztuje tyle samo, co w dzień, a zamawiać nie trzeba, bo jeżdżą ciągle. Z duszami na ramieniu wyszliśmy na ulicę około 4.30 rano i… faktycznie. Drugi samochód, jaki zobaczyliśmy na ulicy, to była taksówka, która za 8,7 EUR dowiozła nas na terminal drugi lotniska w Lizbonie.

Żegnaj, Lizbono. Ale kiedyś znowu tu wrócimy – tyle jeszcze zostało do obejrzenia 🙂

Lisboa – neverending story from psyche on Vimeo.

Wyszperane w Sieci:
Eva Transportes
O “Lisbon story”
Pensjonat Residencial Roxi
Mercado da Ribeira
Tuk-tuki w Lizbonie
Elevador da Santa Justa

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply