Nurkowanie, Podróże

Nurkowanie w Piechcinie

Jak wszystkie wyjazdy nurkowe, tak i ten zaczął się o świcie. Silna, acz ziewająca grupa Nurkersi Team, posilona hot-dogami i kawą na stacji benzynowej w Inowrocławiu, dojechała bezdrożami do bazy nurkowej Piechcin. Jezioro jest. Upał też. Można zaczynać…

Niektórzy :)
Tuż przed wyjazdem 🙂

Baza nurkowa mieści się nad zalanym kamieniołomem wapiennym, 18 km od Inowrocławia. Wyrobisko ma głębokość 25 metrów. Podobno jesienią widoczność pod wodą sięga 15 metrów. My, nurkując w lipcu, nie możemy tego potwierdzić 🙂 Główną podwodną atrakcję stanowi łuk skalny, do którego wszyscy płyną na wyścigi. Bo złom jest wszędzie, a formacje skalne już nie.

Cennik korzystania z bazy jest skomplikowany i wynika z ilości nurkowań. Właściciele są jednak elastyczni i można się dogadać na pobyt dzienny. Infrastruktura na miejscu nie zachwyca, ale może zachwyci w przyszłości, bo coś się dzieje. Samochodem można wjechać na trzy “poziomy”: na najwyższym jest spora wiata, którą w kilkanaście osób zajęliśmy całą, niżej był barak “biurowy”. Można też zjechać nad samą wodę, stoją tam cztery stoły, na których można montować sprzęt. Obok wiaty na najwyższym poziomie stoi sobie samotna Toitoika, z której zapaszek rozwiewa się po okolicy, szczególnie w upalny dzień. Tuż obok, na stoliku, stoi baniaczek z wodą do umycia rąk 🙂

Na poziomie średnim leży duża mapa akwenu z zaznaczonymi głębokościami i atrakcjami. Przy niej co jakiś czas zbierają się grupki, ustalające plan pływania. Pod wodą znajdziemy kilka platform na różnych głębokościach, samochody, łodzie, rurę stalową, zbiornik na gaz, lustra. Można sprawdzić, czy aby pianka dobrze leży 😉 Mapa jest świetnie przygotowana, narysowane są poręczówki a także odległości pomiędzy obiektami. Jest naprawdę przydatna.

W bazie
Widok na akwen
W bazie
W bazie

Rozłożyliśmy się pod wiatą. Zaczęło się żmudne montowanie sprzętu. Butle, skrzydła, balast, automaty, latarki, kołowrotki, bojki… Sprzęt zmontowany i sprawdzony, to teraz trzeba ubrać ludzika. A na dworze coraz większy upał. Wbijamy się w pianki lub ocieplacze, pot płynie strumieniami. W końcu, ogarnięci, maszerujemy do wody, ochłodzić się choć trochę!… Wejście do wody jest łagodne, właściwie wjeżdża tam żwirowa droga, delikatnie schodząc głębiej. Na brzegu – kąpielisko, trzeba uważać na gołe ciała, również dziecięce. Nie zadeptać, nie przewrócić się, nie potknąć, nie gibnąć… łatwo nie jest ;p W końcu, po schłodzeniu, robi się nieco przyjemniej, można założyć płetwy, maskę i spróbować się zanurzyć. Ufff, już nie jest tak upiornie gorąco, wreszcie robi się całkiem przyjemnie…:)

To dokąd najpierw? No to do łuku, szumnie zwanego Arch. Płyniemy na przestrzał przez akwen. Na początku jest fajnie, potem robi się naprawdę mało ciekawie, wizura spada do metra i widać drobinki, unoszące się w szarozielonej przestrzeni. Twarda będę – myślę sobie – nie będę marudzić, że nic nie widać i nie wiadomo, dokąd płyniemy. Ale z minuty na minutę robi się coraz bardziej nudno. W końcu ciągnę Wilczego za rękaw i pytam go, czy to aby na pewno dobry kierunek jest. On zagląda w kompas, nieco zmienia kurs i płynie dalej. I dalej. I dalej… Umarłam tam z nudów, naprawdę.

Odrodziłam się na nowo, bo z odmętów wyłoniły się chaszcze. Takie konkretne chaszcze, drzewka wręcz, lasek nawet, sterczące kikuty wśrod zmąconej wody. Atrakcja! No, przynajmniej coś więcej niż śnieżący na zielonoburo obraz…;) Co dalej? Wilczy skręcił w lewo, pojechałam za nim, zbliżając się do ściany urwiska. Tu przynajmniej było na czym oko zawiesić 🙂 Płynęliśmy tak sobie, gapiąc się na kolonie ślimaków, aż tu nagle… Tak, to on! Osławiony łuk, przejście w skale, miejsce pielgrzymek, mekka piechcińskich nurków, serce od razu bije żwawiej, a ludzikowi robi się cieplej (i nieważne, że to dlatego, że jesteśmy na 3 metrach, a nie na 13 😉 Pięknie jest, chociaż wizura nadal skromna. Pchamy się zatem w ten łuk, no niemal jak w Egipcie 🙂 Przepływamy pod nim, trwa to sekundy, ale jakie wspomnienia…;)))

Płyniemy dalej wzdłuż skał. Wszak to kamieniołom. Czasami na skałach rośnie jakiś farfocel. Częściej jednak widujemy muszle albo rybki. Okonków jest cała masa, kompletnie się nas nie boją, wręcz – powiedziałabym – ignorują. Takie bestie! Nawet się nie przywitały ;p W pewnym momencie skały zamieniają się w żwirek a ilość roślinności wzrasta gwałtownie. Jednocześnie spada widoczność, zaraz odkrywamy, dlaczego – przepływamy nad grupą nurków, którzy mącą dno, aż miło 🙂 Uciekamy czym prędzej. Docieramy do poręczówek, trafiamy na łódkę, robi się zimno. Wracamy na wody o rozsądnej temperaturze i płyniemy dalej wzdłuż brzegu. Trafiamy na ławicę wielkich okoni, moja patelnia mogłaby być za mała, ależ by się chrupało!… Okonie oczywiście nas ignorują tak samo, jak ich młodsi bracia. Mijamy kolejne drzewa, w końcu wynurzamy się przy jakiejś platformie celem lokalizacji. Ach, tak… Do Hyundaia w lewo, do domu także, powoli zatem wracamy. Opuszczenie się przy Hyundaiu nie wchodzi w grę, bo i tak gubimy linę, ale do wyjścia trafiamy bez pudła. Okazuje się, że nurkowaliśmy godzinę i 37 minut…

Nasza wiata
Nasza wiata

Wytarabaniamy się z wody i wdrapujemy na wzgórze, czyli na drugi poziom, do “naszej” wiaty. Wita nas Sebek:

– No trzeba było dłużej jeszcze tam siedzieć!… My już butle oddaliśmy do bicia!… Nie czekaliśmy na was, bo to wiadomo, kiedy wyjdziecie…

Fakt. Czas minął jak z bicza trzasnął, a w butli jeszcze 80 bar. Powietrze było, to nie goniło na powierzchnię…

Rozbieramy się ze wszystkiego i robi się jakby przyjemniej. Ciągle jest ciepło. Niestety, pojawia się problem spożycia: w bazie nie ma opcji kupna jedzenia, najbliższy sklep w miasteczku, dogadujemy się zatem z obsługą, że jak będą wieźli nasze butle do bicia, to zabierzemy się z nimi i zaliczymy sklep, co pozwoli nam nie umrzeć z głodu.

W sklepie marki MILA kupujemy rewelacyjne bułki, ser i napoje. Dużo napojów! Gorąco jest, powietrze z butli wysusza gardło, pić się chce, ale nie tylko wody. Lodówkę z piwem omijamy co prawda szerokim łukiem, ale żałujemy, że napoje aloesowe i inne wynalazki nie stoją w żadnej lodóweczce. Trzeba brać ciepłe. Rzutem na taśmę chwytamy jeszcze kwas chlebowy i wracamy do bazy.

Posileni kanapkami postanawiamy ochłodzić gorące ciała i umysły i idziemy się zwyczajnie wykąpać. Rozgarniamy dzieci, odsuwamy się na bezpieczną odległość od nurków i wchodzimy do wody.

Okazuje się, że jest lodowata. No po prostu mróz! Wilczy kłapie szczękami, ząb na ząb nie trafia. No jasne, on nurkował przed chwilą w suchym skafandrze, to mu się do pianki nie wlewało… Ja się trochę z tą wodą zaznajomiłam, to już wiem, co mnie czeka. Upał jest nadal nieziemski, nie ma bata, pcham się coraz głębiej i zanurzam –ufff – ale zimna, ale fajna, o, już nie taka zimna 🙂 Robi się całkiem przyjemnie i można popływać.

Ochłodzeni posilamy się znowu i planujemy drugie wejście do wody. W tym czasie nasze towarzystwo już nurkuje. My skręcamy sprzęt i się przygotowujemy. Następuje zmiana warty: oni wychodzą, my wchodzimy. Tym razem plan jest ścisły: idziemy do Hyundaia, a potem najwyżej w prawo, wzdłuż ścian kamieniołomu.

Prawie się udało…;) Hyundaia oczywiście minęliśmy szerokim łukiem, musieliśmy wracać, ale dotarliśmy do opustówki i powoli, zapalając latarki, zsunęliśmy się na te 18 metrów. No jak na OWD 😉 Zimno zrobiło się jak diabli, poczułam mróz w kończynach. Ciemno też się zrobiło. Latarki przebijały jakoś tę zawiesinę, ale o dobrej widoczności mowy być nie mogło. No więc dobrze, chciałam, to mam – obejrzałam Hyundaia, nawet znaczek był, napisałam mu na masce HKP (czyli Hyundai Klub Polska ;p), opłynęłam w kółeczko i zażądałam powrotu na górę. W normalne temperatury…;) Potem plan się zrealizował według założeń, popłynęliśmy wzdłuż skał, było pięknie, ślimaki, muszelki, rybska, nawet jeden szczupaczek z groźnym wyrazem pyska nas spotkał. Wracając zaliczyliśmy jeszcze dwa lustra, w każdym wyglądaliśmy jak bałwany, nie ma czemu się przyglądać ;p Tym razem nurkowanie trwało nieco krócej, bo wyszliśmy już po 56 minutach 🙂

Tymczasem na górze państwo oświecili nas, że przegapiliśmy konkretne gradobicie. Faktycznie, widzieliśmy, że pada, ale że grad?!?… Wszędzie błoto i kałuże, ale słońce świeci i pięknie jest. Towarzystwo właśnie szykowało się do trzeciego nura. Wilczy, ze 110 barami w butli, zorganizował się natychmiast i poszedł z nimi. Ja już miałam dość moczenia zadu, zostałam zatem jako rozleniwione wsparcie powierzchniowe. Akurat miałam czas się ogarnąć i podsuszyć 🙂

Hyundai podwodny, foto: Nurkersi
Hyundai podwodny, foto: Nurkersi
Hyundai podwodny, foto: Nurkersi
Hyundai podwodny, foto: Nurkersi
Szczęśliwi, pewnie dlatego, że zaraz zdejmą ten sprzęt :)
Szczęśliwi, pewnie dlatego, że zaraz zdejmą ten sprzęt 🙂

Ostatnie nurkowanie nie trwało długo. Na koniec jeszcze obowiązkowe zdjęcie grupowe i można wracać. Towarzystwo w aucie w drodze powrotnej było jeszcze mniej rozmowne, niż rano. Wszyscy lekko śnięci marzyli tylko o dotarciu do domu i zimnym piwku na dobry sen…;)

No dobra, a kto ogarnie mokre i ubłocone graty?!?…

Przy okazji: patent z wężem z wodą do płukania sprzętu, znany nam z bazy Deep Diver Płotki, jest naprawdę nieoceniony. Szczególnie, jeśli trzeba się rozebrać w błocie. Polecamy innym bazom! 🙂

Nasza ekipa
Nasza ekipa

Wyszperane w Sieci:
Centrum Nurkowe Nurkersi
Baza nurkowa Piechcin

(lipiec 2015 r.)

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *