Podróże, Włóczęga

Nasza Camino de Santiago, cz. 8 – Rosario – Boente

(sierpień 2017 r.)

Spis treści naszej Camino de Santiago w odcinkach:
Camino de Santiago praktycznie
Nasza camino, cz. 1 – przygotowania
Nasza camino, cz. 2 – Warszawa – Charleroi – Santander
Nasza camino, cz. 3 – Santander – Oviedo – Pedrafita – O Cebreiro
Nasza camino, cz. 4 – O Cebreiro – Triacastela
Nasza camino, cz. 5 – Triacastela – Sarria
Nasza camino, cz. 6 – Sarria – Portomarin
Nasza camino, cz. 7 – Portomarin – Rosario
Nasza camino, cz. 8 – Rosario – Boente
Nasza camino, cz. 9 – Boente – Santa Irene
Nasza camino, cz. 10 – Santa Irene – Santiago de Compostela
Nasza camino, cz. 11 – Santiago de Compostela

16 maja, Rosario – Boente

Zjaraliśmy się wczoraj na skwarki. Dziś boli nas cała skóra wszędzie, to znaczy mnie na rękach, Wilczego na karku i głowie. Za to nieco mniej bolą mnie nogi. Żeby się ilość bólu i cierpienia wyrównała…

Okazało się, że byliśmy bardzo blisko Palas de Rei, praktycznie kilka kroków. Weszliśmy na śniadanie do pewnej spelunki. Razem z nami było tam dwóch czy trzech panów, którzy o 7:30 na śniadanie żłopali coś mocniejszego. My postanowiliśmy zjeść śniadanie bardziej tradycyjne 😉

Wilczemu ludzie na trasie pokazują uniesione do góry kciuki. Wszystko przez to, że kuśtyka. Ludzie myślą, że on taki dzielny, bo pewnie ma chorą nogę (no, bo ma ;p), a mimo to idzie, pewnie w intencji naprawienia tej nogi. I co ludzik, to kciuk 😀 No bardzo to miłe.

Idziemy przez piękne rejony, dużo zielonego, rozszalała przyroda, zarośnięte drzewa. Bardzo tu urokliwie. Ścieżka z dala od cywilizacji. Moje urządzenie wielofunkcyjne o nazwie Wilczy jest poziomicą (bo reaguje na każde nachylenie terenu jękami kolanowymi) oraz światłomierzem (bo reaguje stękaniem na słońce). No i robię mu zdjęcie pod drogowskazem „Casanova” 😉

Drzewku było zimno
Zarośnięty 🙂
Niezwykłe drzewa
Wilczy Casanova 😉

Po camino oczywiście idą tłumy, czyli autobusy, ale dziś to już przesadziły. Dzisiaj minął nas autobus szkolny. Banda młodzieży kompletnie niezainteresowana niczym, poza najnowszymi hitami (idą i drą się do puszczonej z telefonu muzyki: „Despacito!”). W ogóle jak dla nas to biegną, wędrują bardzo szybko, bez bagażu, zagadani, zajęci muzą z telefonów. Krzyczą, awanturują się, nie obchodzi ich, dokąd idą i o co chodzi z tą drogą. Po co ich ciągnąć na takie wycieczki?

Dzisiejszy odcinek wg przewodnika obejmuje prawie 30 km. Ignorujemy przewodnik, nie ma takiej siły, która by nas tyle przegnała. Nie planujemy noclegu póki co, ale sprawdzamy, gdzie są albergi. W dodatku bardziej trzymamy się endomondo i aplikacji, niż przewodnika, który kłamie w kwestii kilometrów.

Po 6 km zatrzymujemy się na soczek pomarańczowy. Spotykamy tam naszych Amerykanów, Kanadyjczyków i Niemkę, a Wilczy mówi, że widział jedną Szwedkę. Tłumy znajomych się szwendają po tych barach, no 🙂 Po kolejnych 4 km zatrzymujemy się na jedzenie. Zapodaliśmy menu del peregrino, ale jedno na szczęście 🙂 I piwo. Wilczy zaanektował siedzonka od innego stolika na rozwieszenie swojej mokrej bielizny. Upał. Słońce. Ruszamy z knajpy i podśpiewujemy: „Vamos a la playa”. Błoto pod naszymi butami mlaska. Podgórki wzbudzają moją głęboką nienawiść. Wilczy nienawidzi zgórek. Podgórkasy i zgórkasy są naszymi wrogami.

– Nie można było, kurczę, tunelu wykopać?!? – awanturuję się przed kolejną podgórką. – Tylko tak ciągle w górkę i w dół i w kółko?!?

– A potem w credencialu co? – pyta Wilczy. – Państwo pieszo, rowerem czy metrem?

– Ja metrem poproszę…

Wycieczki szkolne na camino
Pierwszy obiad
Strzałki można znaleźć wszędzie, są przeróżne
Galicyjski zaułek
Galicyjski mosteczek

Od wczoraj po kilkunastu kilometrach zmieniam buty na sandały. Nie daję rady iść ze zmiażdżonymi stopami dalej po prostu. Kiełkująca myśl o zmianie butów na stałe niestety musi zostać zduszona w zarodku. Stopy za bardzo się ślizgają w sandałach na nierównościach i skończy to się bąblami. A bąbli wolę teraz sobie nie narobić jednak. Celujemy w albergę w Boente. Co prawda w jednym przewodniku w ogóle o Boente nie wspominają, w drugim natomiast piszą, że jest 30 miejsc i bezosobowo, ale obawiam się, że następne miejsce do spania może być za 5,5 km i mogę nie dać rady. Zastanawiam się nad zadzwonieniem tam i zarezerwowaniem miejsca, ale póki co idziemy. Teraz już w bliższej okolicy szosy, chociaż lasem. I w dół. Wąwozem. Droga ma ściany… Cywilizacja wróciła. Docieramy do miasta Melide. Tutaj nasza Camino Frances łączy się z Camino Primitivo, czyli szlakiem zaczynającym się w Oviedo. Długie przedmieścia, jakieś zakłady przemysłowe, studnia z wodą – to jedno z ważniejszych miejsc przy drodze. Kochamy studnie, napełniamy od razu wszystkie butelki i ochlapujemy ludziki. Od razu przyjemniej w tym upale.

Studnia na przedmieściach Melide

Przez Melide przeszliśmy spacerkiem, zatrzymując się jednakowoż w knajpie na soczek i lody. Knajpa z widokiem na skwer i ulicę, idealnie. Akurat podjechała ciężarówa i nam ten piękny widok zasłoniła, bo pan robił wyładunek towaru. Zmieniłam buty i poszliśmy dalej.

– Co ty mi tu jakieś complementario odwalasz – warknął Wilczy, kiedy skręciłam na cmentarz, pooglądać kolumbaria. No bo kolumbaria mają tu przepiękne, te nasze to się w ogóle nie umywają, oni takie pałacyki budują i półeczki za szkłem, można tam stawiać wazoniki z kwiatkami i obrazki i w ogóle. Nie to, co u nas, betonowa ściana.

Takie atrakcje 😉
Odpoczynek w mieście

W jednej z wiosek natykamy się na kartkę z napisem: “Drogi pielgrzymie, nie pozwalaj, aby psy szły z Tobą, bo te psy zazwyczaj mają jakiś dom, a jak pójdą za Tobą, to będą już bezdomne”. Co racja, to racja. Na szczęście za nami żadne psy nie szły, bo spotykaliśmy głównie psy galicyjskie, a one nie szły w ogóle nigdzie, bo to były płaskie psy.

Nadal fascynują nas małe, wąskie domki, budowane na podwyższeniu – przynajmniej dwa metry nad ziemią, z drzwiczkami, ażurowymi ścianami i stromymi schodkami. Do czego one mogą służyć? Mnie kojarzą się z jakąś suszarnią na jakieś inne spożywcze sytuacje, ale czym są faktycznie? Co ciekawe, gdzieniegdzie stoją pomniki tych budyneczków, miniaturki. Można też je kupić w ramach pamiątek. Dopiero w Santiago, kupując jakieś inne paści, zapytaliśmy w sklepie, co to takiego i okazało się, że trafiliśmy – to były spiżarnie – hórreo. Były budowane na podwyższeniu, aby uniknąć wizyt gryzoni.

Takie przeprawy potrafią być ciężkie w porze deszczowej
Wilczy stempluje paszport pielgrzyma
Nazbierał tych pieczątek :)
Nazbierał tych pieczątek 🙂

Dotarliśmy do Boente. Za nami 23,5 km. Na szczęście były jeszcze miejsca w alberdze. Pierwszej, do której zajrzeliśmy (w miasteczku są dwie). Weszliśmy do małego dormitorium (na 8 łóżek) i… spotkaliśmy tam nasze Szwedki! :))) Ucieszyliśmy się szalenie. Po czym poszliśmy prać skarpetki… No, bo w alberdze była pralka i suszarka, a my mieliśmy masę już brudnych ciuchów, więc skorzystaliśmy z okazji. Większość caminowiczów prała pewnie swoje ciuchy w umywalce, a potem wieszała na sznurkach na patio, my poszliśmy za ciosem i postanowiliśmy skorzystać z suszarki, bo raz, że szybciej, dwa, że zapowiadali deszcz. I faktycznie deszcz wieczorem przyszedł po cichutku.

Tymczasem trzeba było znaleźć łazienkę. Na dole, obok naszego dormitorium, był damski prysznic, a gdzieś na górze – męski. Wilczy dzielnie powędrował na górę i spotkanego po drodze faceta zapytał:

– Excuse me, where is the shower?

Na co gość mu odpowiedział bardziej swojsko:

– Ja ne rosumiem, ja Slovak!

Od tego momentu mieliśmy nowych znajomych :)))

Do kolacji (menu del peregrino) dostaliśmy od naszych Szwedek po truskawce (mniam :). Kiedy przyszedł czas na deser, poprosiłam młodego chłopczyka, który zbierał naczynia, o dwa flany. Chłopczyk kiwnął głową i zniknął, a zaraz potem przyszła pani z obsługi i zapytała, co chcemy na deser. Zamiast powtórzyć zamówienie, wyszczebiotałam, że już zamówiliśmy u jednego (miało być młodego chłopca) small guy… Pani popatrzyła na mnie dziwnie, Wilczy zabił mnie wzrokiem i siedział z miną: „Sama napsułaś, to teraz sama naprawiaj”, a ja straciłam język. W każdym razie w końcu dostaliśmy nasz deser, a small guy omijał nasz stolik konsekwentnie do końca kolacji! 🙂

Po kolacji zamówiliśmy jeszcze butelkę wina i usiedliśmy na patio. Oraz obejrzeliśmy basen, pusty. Bez wody w sensie. Może maj to jeszcze za wcześnie. I obserwowaliśmy życie albergowe: ktoś dzwonił do domu, ktoś zbierał pranie ze sznurków. Przyszedł jeden starszy pan w okularkach, zgarnął skarpetki i majtał sobie nimi. Wilczy skomentował:

– Roberto zszedł po schodach żonglując skarpetkami.

Przysiedli się do nas Słowacy. Rozmowa toczyła się głównie wokół alkoholu. Okazuje się, że polska wódka dla nich to dobra wódka, że oni do nas jeżdżą po alkohol. To zupełnie tak, jak my do nich!…

Wszyscy poszli spać, a my pijemy wino.

Wilczy twierdzi, że nasze Szwedki, dzieląc się z nami swoimi planami na następny dzień, robią to specjalnie, żeby nam dać szansę, żeby ich nie spotkać. Faktem jest, że one chcą dojść do Santa Irene, a my raczej planujemy krótszy odcinek, więc i tak się pewnie nie spotkamy ;p

Nasza camino - jest nadzieja, że kiedyś się skończy
Już poniżej 50 km do celu! 🙂

Czytaj dalej, część 9 – Boente – Santa Irene

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *