Podróże, Włóczęga

Nasza Camino de Santiago, cz. 10 – Santa Irene – Santiago de Compostela

(maj 2017 r.)

Spis treści naszej Camino de Santiago w odcinkach:
Camino de Santiago praktycznie
Nasza camino, cz. 1 – przygotowania
Nasza camino, cz. 2 – Warszawa – Charleroi – Santander
Nasza camino, cz. 3 – Santander – Oviedo – Pedrafita – O Cebreiro
Nasza camino, cz. 4 – O Cebreiro – Triacastela
Nasza camino, cz. 5 – Triacastela – Sarria
Nasza camino, cz. 6 – Sarria – Portomarin
Nasza camino, cz. 7 – Portomarin – Rosario
Nasza camino, cz. 8 – Rosario – Boente
Nasza camino, cz. 9 – Boente – Santa Irene
Nasza camino, cz. 10 – Santa Irene – Santiago de Compostela
Nasza camino, cz. 11 – Santiago de Compostela

18 maja, Santa Irene – Santiago de Compostela

Śniadanie miało być o 7.00. Razem z nami na śniadanie polowali Włosi. Wszyscy odbiliśmy się od zamkniętych na głucho drzwi do jadalni. Trochę po 7 przyszła z zewnątrz jakaś pani, która nas wpuściła do jadalni i dopiero zaczęła przygotowywać to śniadanie. Finalnie było gdzieś koło 7:15. Czas płynie w Hiszpanii inaczej. Za to naprawdę się najedliśmy: dwie wielkie przypieczone kromy chleba, dżem, wielki plaster sera i plaster dżemu, ciasteczko i sucharek. Dostaliśmy kawę, chociaż zamawialiśmy herbatę. Hiszpania…

Jak kończyliśmy śniadanie, lunęło. Na szczęście krótko, chociaż treściwie. I jak wychodziliśmy, to już prawie skończyło. Idziemy, machając kosturkiem. Niestety, trasa wiedzie wzdłuż szosy i strasznie hałasują ciężarówki. W nocy też hałasowały. Wiem, bo nie mogłam spać, bo mnie nogi bolały. Wilczy mówi, że też nie mógł spać, ale on łże, bo słyszałam, jak chrapał.

– No skoro chrapałem, to nie mogłem zasnąć, przecież to hałas!

– I to jak chrapałeś… Dżezowo, bez żadnego rytmu!…

– Poczułem nagle w nocy, że psyche mnie czule obmacuje i tłumaczy coś o chrapaniu…

– Machnęłam ręką i trafiłam na łapę, więc pociągnęłam za palec!

Zimno jest. Zakładam rękawiczki. Zupełnie jak pierwszego dnia. Czapki, polary, koszule, kurtki, chustki na szyi…

Świt w Santa Irene
Psyche porwała kosturka
Wilczy wędrowiec
Gdzieś po drodze

Jak wygląda dzień pielgrzyma? O godzinie 6.00 zaczyna się ruch w dormitorium i świecenie latarkami. O godzinie 6:30 dzwoni budzik, ale i tak nie ma cię już w łóżku, bo polazłeś sikać, bo i tak wszyscy hałasują i nie da się spać. O 6:30 zapala się też światło, więc już można przestać bunkrować się z latarkami, które i tak świecą innym po oczach. Pielgrzymi strasznie hałasują torebkami foliowymi albo suwakami, a potem idą na śniadanie albo przed siebie. Tylko jeszcze przedtem trzeba znaleźć buty, które zazwyczaj są w innym miejscu. Butów w dormitorium się nie trzyma ze względu na zapach i brud 🙂 Fajnie jest, jeśli śniadanie jest w alberdze, bo można sobie po nim jeszcze zęby umyć, zanim się ruszy w drogę. Niektórzy idą bez śniadania i zatrzymują się na jedzenie dopiero kilka kilometrów dalej. My nie. My bez śniadania nie funkcjonujemy. Są też tacy, którzy mają własne jedzenie i sami sobie ogarniają śniadanie. My nie – zazwyczaj 😉 A potem idziesz i na początku masz jeszcze dużo siły i energii. A w pewnym momencie zaczynasz liczyć drogę od baru do baru, od miejsca, w którym możesz wrzucić w siebie jakiś napój, do miejsca, w którym możesz wrzucić w siebie jakąś kanapkę. I zdjąć buty. I potem dochodzisz do miejsca, do którego zamierzałeś dojść i znajdujesz albergę i błagasz o łóżko na dole, żeby nie trzeba było się wspinać… i czasami nawet na to pozwalają, jeśli jest dużo miejsca. W alberdze zaczynasz od rozłożenia swoich gratów, potem bierzesz prysznic, bo bez tego strach się na kolacji pokazać i są tacy, którzy po tym prysznicu leżą i odpoczywają, ale to znowu nie my. Bo my to mamy zawsze coś jeszcze do zrobienia. A to pranie, a to trzeba sklepu poszukać albo apteki. Kolacja w alberdze jest zazwyczaj o 19:30 i zanim doczekasz do tej kolacji, to już siedem razy umierasz z głodu. Jeśli jesteś w knajpie, to zamawiasz coś innego, żeby doczekać do kolacji, a jeśli nie ma takiej opcji, to zaciskasz zęby i czekasz 😉 A po kolacji wszyscy grzecznie idą spać. To znowu nie my. My bierzemy jeszcze jedno wino… bo jesteśmy z biednego kraju i jako jedyni zamawiamy wino do kolacji…

Wilczy narzeka, że go ręka od kostura boli. Ale twierdzi, że on wcale nie narzeka na kija, bo kij to jego przyjaciel. On ma samych przyjaciół: różowego geja na nodze (opaskę elastyczną) i drewnianego w łapce. Strach się bać, banda łysego ;))) W tej czarnej czapce wygląda jak oprych…

Twórczość przydrożna
Tędy, proszę!
Camino. Już coraz bliżej
Nasi tu byli! Ostrzyżone owce 🙂
Teraz nie ma już co ukraść – nie ma tabliczek

Drogę umila nam śpiewanie. Muzyczna camino. Lecą wszystkie hity i przeboje. A to „Pięć minut”, a to „Mam swoje miejsce przy barze”, a to wszystkie kawałki związane z drogą i wędrówką. „Iść, ciągle iść w stronę słońca”. „Wszystkie drogi prowadzą do Santiago”. Jak już nie mamy co śpiewać, to leci „Vamos a la playa” (często w wersji „vamos al bar”) albo „Show me the way to the next whisky bar”. Wilczy śpiewa znienacka: „Kiedy drogą szła piechota, co to była za głupota…”. Potem coś było o pielgrzymach-debilach, ale niestety tekst nie został uwieczniony… Może to i lepiej ;p No i najważniejsze: „Znów mnie wzywa szlak!”

– Cicho, ośle – reaguje Wilczy.

Teraz mnie zaczęło boleć kolano. No jeszcze tego brakuje. Do Santiago mamy ze 22 km. Najpóźniej jutro tam będziemy. Dziś na pewno dotrzemy do Monte do Gozo, może do polskiej abergi, która tam jest. A potem się zobaczy. W razie czego miejsca nie zabraknie, tam może nocować kilka tysięcy osób.

Idziemy przez czarny i mroczny las. Słońce to tu chyba w ogóle nie dochodzi. Potem mijamy pola i zagrody z… ostrzyżonymi owcami. No nasi tu byli 😉

Zatrzymaliśmy się w jednej knajpce na jedzenie i odpoczynek. Knajpa miała wejście do toalety na kod z paragonu, ale to chyba dawno przestało działać, bo wszyscy wchodzili tak po prostu. Zjedliśmy trochę mięska, trochę frytek, trochę zieleniny, popiliśmy i rozmawialiśmy ze sobą, ponieważ na ścianie knajpy stało: „Nie ma Wi-Fi. Rozmawiajcie ze sobą”.

Po skończonym obiedzie numer jeden rzekłam do Wilczego, żeby go poderwać do działania:

– Turlaj żołędzia!

No i poturlał. Do wyjścia. A tuż za progiem spotkaliśmy nasze Szwedki! One właśnie mościły się przy stoliku na zewnątrz. No i od razu tak raźniej na camino z tymi Szwedkami, bo bez nich to ja się czułam strasznie niewyraźnie. Normalnie koniec wieku, nerwówka przedsylwestrowa i w ogóle strach, że się już więcej nie zobaczymy! A tak, to proszę, są Szwedki, można iść dalej 😉

Po drodze mijamy lotnisko. Wilczy oczywiście zachwycony ogląda wszystkie urządzenia, które są widoczne. Nawet przez chwilę czekamy, czy przypadkiem nie przyleci jakiś samolot, żeby pobawić się w spotterów. Ale nic z tego. Natomiast przy płocie lotniska stoi sobie stoisko z pamiątkami pielgrzymimi i tam wyczajamy piękne, żółte strzałeczki caminowe. Jako piny. Musimy je mieć! Kupujemy, wpinamy obok naszych flag. Strzałki natychmiast obracają się w dół. Poprawiamy. Strzałki się przekręcają. Poprawiamy. Strzałki… No cóż. Siła grawitacji!

Wilczy mi grozi, że mnie dociągnie do Santiago dziś. Ja trochę protestuję, bo z Monte do Gozo to jeszcze z 5 km jest, ale ostatecznie jeździ jakiś autobus za 2 EUR, więc damy radę. Szwedki postanowiły nocować właśnie w Monte do Gozo. Ale na pewno spotkamy się jeszcze w Santiago w katedrze. Albo w Biurze Pielgrzyma. No nie ma siły, musimy się spotkać! W ogóle (bo już idziemy pilnie dalej) mieliśmy pozwolić się Szwedkom dogonić, żeby sobie zrobić wspólne pamiątkowe zdjęcie, ale Wilczy ma motorek w kijaszku i ten motorek gna go do przodu. Nie ma, że wolniej. A ja z tyłu po prostu czołgam się po glebie i błagam o wybaczenie…

Muszle można znaleźć naprawdę wszędzie
Klomby na przedmieściach robią wrażenie 🙂
„Na autobus czekacie?”

Widać, że to już przedmieścia. Idziemy przez wioski z odpicowanymi chatami i zadbanymi ogródkami. Wilczy – lingwista w ciągu ostatniej pół godziny użył: niemieckiego, hiszpańskiego, polskiego, słowackiego i właściwie to nie wiem, czy nie usiłował czegoś mówić po węgiersku, bo Węgra też spotkaliśmy. Ja z nim zwariuję po prostu. Ja bym chciała, żeby on gadał po ludzku, a on coś bajdurzy od rzeczy we wszystkich językach świata! Usiedliśmy pod czymś w rodzaju wiaty przystankowej pod jakąś telewizją na popas, Wilczy wyjął babeczki ze śniadania i mówi:

– A je to panska babeczka? Neee, moja ne byla taka plaskata!

Ludzie są jacyś radośniejsi, widocznie ciągnie konie do stajni, zostało wszak około 10 km do celu, czyli katedry w Santiago. Siedzimy pod tą wiatą i odpoczywamy bez butów, minęły nas nasze Szwedki i stado innych pielgrzymów. Wszyscy pytają, czy czekamy na autobus, a my wszak nawet nie wiemy, czy tu jeździ jakiś autobus. Stała wiata z ławeczką, to grzech było nie skorzystać, nie? Potem okazało się, że autobus jeździ. O 14:29 spod telewizji do miasta 😉 Ale jednak twardo dalej poszliśmy na nogach.

Doturlaliśmy się do Monte do Gozo. Stanęliśmy na rozstajach dróg, wybraliśmy jedną z nich i doszliśmy do pomnika Monte do Gozo, który nam się strasznie nie spodobał. Pod nim, na ścianie sklepiku, wisi banner reklamujący polską albergę. No i spotkaliśmy znowu Szwedki i zrobiliśmy sobie to pamiątkowe zdjęcie, uffff. Zaliczone 🙂 Przysięgamy sobie utrzymanie kontaktu, życzymy Szwedkom zdrowia i jednak idziemy dalej, bo w końcu Wilczy zarezerwował pokój z łazienką w centrum, rzut beretem od katedry. Jednak go zmusiłam. Drogi jak nieszczęście, 50 EUR, ale dziś będzie rozpusta. Dziś skończy się nasza pielgrzymka. Ten zapach stajni dodaje nam sił ;p

Sklepik i drogowskaz do polskiej albergi
My i nasze Szwedki! 🙂
Pomnik Monte do Gozo
Wilczy patrzył (jeszcze przed chwilą) w zadumie na miasteczko albergowe na Monte do Gozo

Przechodzimy obok całego miasteczka albergowego. Wygląda to jak stado baraków, obóz normalnie, może gdyby tu byli ludzie, gdyby to żyło, to sprawiałoby trochę lepsze wrażenie, a tak, to niestety, skojarzenia nie są najwłaściwsze. Pusto, szaro, zamknięte i straszne. Jednak dobrze, że idziemy dalej. Póki co jest w dół (w końcu schodzimy z monte, nie?).

Dotarliśmy do miasta. Dużo ulic, dużo samochodów, odwykliśmy od tego! Pod wielkim napisem Santiago de Compostela spotykamy pierwszą Polkę na naszej camino. To już jak wrota do ziemi obiecanej, jak światełko w tunelu, jesteśmy w Santiago! Pamiątkowe zdjęcie i idziemy dalej. Do miasta właściwego najwyraźniej jest strasznie daleko, jesteśmy w jakimś Ursusie czy innym Wilanowie, a do centrum jeszcze długa droga! W dodatku, sądząc z widoków, pod górkę ;p I pod czerwone światło…

Nasza Camino zbłiża się ku końcowi
p&W w Santiago de Compostela. DOSZLIŚMY!
Fotograf uliczny. Żałuję, że nie poprosiliśmy o zdjęcie…
Biuro pielgrzyma. A nie wygląda, nie?
W mieście

W końcu dotarliśmy do katedry! To tu jest kilometr zero! W ostatniej chwili, bo ja już byłam w stanie: położyć się i umrzeć. Obeszliśmy katedrę dookoła (katedra w remoncie, rzecz jasna), znaleźliśmy hotel. Za nami 25 km. Samo meldowanie w hotelu trwało jakieś trzy lata, usiadłam w międzyczasie na podłodze i zdjęłam buty, bo inaczej nie dało rady. Potem wczołgałam się na pierwsze piętro (dlaczego, no DLACZEGO w tych przedwojennych kamienicach nie budowali wind?!?). W sumie mogło być gorzej, bo są jeszcze dwa piętra… Pokój jest dość ciasny, ale jest podwójne łóżko i łazienka i to jest najważniejsze. Ulokowałam się na łóżku i odmówiłam założenia butów z powrotem.

Po trzydziestu latach Wilczy zmusił mnie do zmiany zdania. Głównie wizją kolacji. Ale najpierw poszliśmy do Biura Pielgrzyma po compostelę. Święty dokument po łacinie, który świadczy o tym, że przeszliśmy! Do biura było pochylnią w dół, Wilczy trochę poklął pod nosem, ale sturlał żołędzia, ja się doczołgałam. Szukaliśmy kolejki przed wejściem, tymczasem kolejki to oni upychają w środku, bo żeby w ogóle wejść do biura, to trzeba się najpierw wylegitymować paszportem pielgrzyma!… A potem znaleźć koniec tej zakręcającej niczym żmija kolejki. Stanęliśmy na końcu, pod ścianą, gdyby nie ta ściana, to pewnie kolejka byłaby dłuższa ;p Wysłałam Wilczego na przeszpiegi. Poszedł, popatrzył. Znalazł miejsce do odstawiania kosturów (pewnie je potem tuningują i sprzedają jeszcze raz), znalazł stanowiska wydawania compostelek, stwierdził, że to jak na poczcie: wyświetla się numerek stanowiska, podchodzisz i zostajesz obsłużony. „Przy stanowisku może stać tylko jedna osoba” ;))) No to stoimy. Nogi bolą. Kolejka posuwa się powolutku… Przeszło nam przez myśl, żeby może przyjść tu jutro, ale jednak postanowiliśmy dać im szansę. Bo jutro to już całkiem nam się nie będzie chciało, miejmy to z głowy!

Credenciale już wypełnione pieczątkami 🙂
Nasza camimo oficjalnie się kończy
Ostatnia pieczątka. Z Biura Pielgrzyma. To już naprawdę koniec…
Compostela, dyplom poświadczający przejście co najmniej ostatnich 100 km camino

Po trochę ponad godzinie stania doczłapaliśmy się do lady. Wylegitymowaliśmy się paszportami pielgrzyma. Wpisaliśmy w formularz, że przeszliśmy naszą camino z powodów turystycznych (no może trochę było duchowych), odebraliśmy compostelki, zakupiliśmy na nie tubę i w sumie nasza pielgrzymka się skończyła. Kilometry za nami, przed nami jeszcze jutro msza dla pielgrzymów i to by było na tyle. Ale Droga się skończyła. Jednak trochę szkoda, człowiek tak przywykł do tego, że co prawda nogi bolą, ale wrzuca się plecak na plecy i idzie się dalej… Bo za zakrętem będą nowe domki, nowe bary, nowe ścieżki… A teraz co?

No jak to co? Do knajpy! Na kolację! W końcu po to też tu szliśmy!…

Witryny knajpiane wyglądają w Santiago de Compostela właśnie tak
Produkty regionalne. Skusisz się?
Tu serwują przegrzebki
A tu serwują wszystko z morza 🙂

W poszukiwaniu jakiejś casa del pulpo Wilczy usiłował wywlec mnie ze starego miasta. Ja już nie miałam siły iść, a on uparcie wlókł mnie w niewłaściwą stronę. On co prawda twierdzi, że jak tylko widziałam sklepik z pierdółkami, to dostawałam zastrzyku energii, ale to nieprawda. Ja czołgałam się do miejsca, w którym zajmą się umierającym pielgrzymem po prostu!…

Spotkaliśmy naszych Amerykanów. Powiedzieli, że idą do pizzerii, może pójdziemy z nimi? No nie mieliśmy siły tłumaczyć im, że skoro przejechali pół świata do Hiszpanii, to nie powinni jeść pizzy, tylko jednak dania hiszpańskie, owoce morza, mięsiwa, paprykę, pomidory… Życzyliśmy smacznego, ale jednak stanowczo się odżegnaliśmy od pizzy.

Obrałam w końcu kierunek na hotel, żeby nie trzeba było z daleka wracać, jak już się nabzdryngolimy tym winem. Ale przeszliśmy przez katedrę i jej wszystkie remonty. Nie znaleźliśmy kamiennej figury świętego Jakuba, więc nasza pielgrzymka nie została zakończona ;p Za to pomacaliśmy tę złotą figurę, stojącą nad ołtarzem, była do niej niezła kolejka i… schody! Potem zeszliśmy w dół po kolejnych schodach, pod ołtarz, bo tam z kolei leżały szczątki świętego Jakuba i w końcu opuściliśmy przybytek, obiecując sobie, że przyjdziemy tu jutro na mszę. Dla nas ta msza w końcu.

Na Tripadvisorze wyczailiśmy knajpkę O Gato Negro: niskie ceny, wysokie noty. Znaleźliśmy ją tuż koło naszego hotelu i nie tylko nie udało nam się zająć stolika, ale też nie bardzo dało radę wejść do środka, bo była pełna. Ludzie tam stali w drugim, trzecim i czwartym rzędzie od baru i pili albo jedli. Aha. My jednak potrzebowaliśmy usiąść…

W końcu usiedliśmy w knajpie ślimaczej (czyli Los Caracoles, co znaczy ślimaki, co może tłumaczy tempo obsługi… no dobra, żartowałam, wino dostaliśmy od ręki 😉 ). Kelner zapytał, w jakim języku chcemy kartę, bo słyszy, że dukamy po hiszpańsku. Właściwie Wilczy duka, ja to potrafię powiedzieć: „Cześć, daj mi oliwki i zimne piwo/wino”. Odpowiedzieliśmy mu, że wszystko jedno, więc dostaliśmy jedną kartę po hiszpańsku, drugą po angielsku 😉 Bardzo słusznie!

Zdjęłam buty, ale udawałam, że wcale nie, bo nie wypada wszak w porządnej knajpie siedzieć bez butów ;p Zeżarliśmy wszystkie czekadełka. Piliśmy białe wino w oczekiwaniu na wszystkie owoce morza, które zamówiliśmy, a zamówiliśmy ich z pół kutra. Bez ograniczeń. W końcu świętujemy! Będzie: zupa rybna z owocami morza, ośmiornica po galicyjsku, mały krab (jak to się je?!?) i przegrzebki (czyli – nomen omen – małże świętego Jakuba).

– Wiesz co, to wino jest zimne, a mnie jest coraz bardziej gorąco – poskarżyłam się Wilczemu.

Dyskretnie (albo i nie) rozglądamy się po współbiesiadnikach. Którzy z nich to pielgrzymi? Typujemy. O, ten gość ziewa straszliwie, może dziś wstał wcześnie rano i przeszedł ostatnie 30 km? Tamci są spaleni słońcem, ogorzali, zupełnie jak my. Rozważania przerywają nam kolejne talerze żarcia. Najwięcej emocji budzi krab, bo jak się do niego dobrać?…

No dobrze, do kraba dostaliśmy szczypczyki i trochę innych urządzeń do robienia krzywdy i Wilczy twardo łupał pancerzyk kraba tymi szczypczykami. Udało się wygrzebać trochę mięska ze środka, fajne to było, ale megamęczące. Ośmiornica poprawna, przegrzebek super, wino wspaniałe, lody fajnie podane, wyszliśmy z knajpy usatysfakcjonowani, najedzeni i napici.

W hotelu poszukaliśmy jeszcze jakiegoś noclegu w Porto i padliśmy spać.

Przegrzebek, czyli muszla świętego Jakuba. Pyszunia!
Krab. Jak toto się je?!?
Ośmiornica po galicyjsku, z ziemniakami i papryką. Mniam!
I lody na deser 🙂
Los Caracoles. Tu nas nakarmili 🙂

Czytaj dalej, część 11 – Santiago de Compostela

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *