Podróże, Włóczęga

Nasza Camino de Santiago, cz. 4 – O Cebreiro – Triacastela

Spis treści naszej Camino de Santiago w odcinkach:
Camino de Santiago praktycznie
Nasza camino, cz. 1 – przygotowania
Nasza camino, cz. 2 – Warszawa – Charleroi – Santander
Nasza camino, cz. 3 – Santander – Oviedo – Pedrafita – O Cebreiro
Nasza camino, cz. 4 – O Cebreiro – Triacastela
Nasza camino, cz. 5 – Triacastela – Sarria
Nasza camino, cz. 6 – Sarria – Portomarin
Nasza camino, cz. 7 – Portomarin – Rosario
Nasza camino, cz. 8 – Rosario – Boente
Nasza camino, cz. 9 – Boente – Santa Irene
Nasza camino, cz. 10 – Santa Irene – Santiago de Compostela
Nasza camino, cz. 11 – Santiago de Compostela

12 maja, O Cebreiro – Triacastela

Noc była ciężka (poprzedniej nocy właściwie nie było, więc i tak jest lepiej, bo tę spędziliśmy przynajmniej w pozycji horyzontalnej 😉 ). Nasze dormitorium mieściło 58 łóżek. W nocy było piekielnie gorąco. Nie było czym oddychać. Nie mogłam zasnąć. Ludzie sapali, wiercili się, chrapali, stękali, gadali, świecili latarkami po oczach, śmierdzieli i wydzielali dwutlenek węgla w ilościach hurtowych. Rano okazało się, że okna co prawda były uchylone, ale zaparowaliśmy pomieszczenie tak, że po szybach spływała rosa.

Ruch zaczął się przed 6.00, część osób zaczęła wstawać. Koło 6.00 zapalono światło. Budzik nie był nam potrzebny, i tak nie dało się dłużej spać. Zwlekliśmy się zatem, pozbieraliśmy zabawki, znaleźliśmy swoje buty i poszliśmy na śniadanie do jednej z knajpek. Chyba byliśmy pierwszymi gośćmi, pewnie większość ruszyła bez śniadania albo mieli własny prowiant. Ja nie wyobrażam sobie żadnej aktywności bez gorącego napoju z rana. Więc wielkie kawały chleba, świeżo opieczone w tosterze, do tego dżem i herbata. Tak wygląda śniadanie po hiszpańsku (no dobra, oni głównie serwują do tego kawę, ja jestem herbaciana). Pomyślałam, że chciałabym się przespać w pokoju dwuosobowym z łazienką… Tylko czy wtedy nadal byłabym peregrino? ;p

Śniadanie po hiszpańsku dla pielgrzyma. Węglowodany. Smacznego 🙂

Dzisiaj powiedziałam moje pierwsze “Buen camino!” 🙂 Do tej pani, z którą wczoraj dyskutowałam o pogodzie i myśleniu. Normalnie jestem z siebie dumna ;)))

Nasz przewodnik (kupiony za całe 7 EUR wczoraj) każe nam iść z drugiej strony O Cebreiro. Wszyscy poszli główną drogą, a my wybraliśmy przewodnik i okazało się, że idziemy camino complementario, które uparcie nazywam camino alternativo. Było pięknie, bo nie padało przypadkiem. Było pusto, bo wszyscy poszli inną drogą. Było zielono, wzgórza, doliny, no widoki obłędne. Zeszliśmy do Liñares i spotkaliśmy tam pierwszych pielgrzymów. Pielgrzymi na szlaku witają się, mówiąc “Buen camino”. Poza Wilczym, który mówi “…mino!”. Ale już się nauczył mówić pełnym zdaniem (czego się nie robi, żeby kobieta dała święty spokój… 😉 ).

Nasza camino bywała bardzo pusta
Camino complementario
Galicja

Liñares to kolejna galicyjska wioska, zbudowana z kamienia i pustaków udających kamień. Mieści się tam też kościółek, który przypadkiem był otwarty, więc wleźliśmy, żeby trochę przeschnąć, bo znowu zaczęło padać. W kościółku – stoliczek, na stoliczku – pieczątka i długopis. Na sznurku. Wyciągamy credenciale i wpieczętowujemy dowód bytności. Pod pieczątką trzeba wpisać datę, żeby było wiadomo, kiedy tu byliśmy. Aby otrzymać kompostelkę, musimy się wylegitymować dwiema pieczątkami dziennie z ostatnich 100 km. Ale jeszcze nam daleko do ostatnich 100 km…

Przed kościółkiem zastajemy scenkę: biegnie sobie piesek. W ubranku przeciwdeszczowym… Za pieskiem – dwójka pielgrzymów. Też w płaszczach. Z kijami. Ładny zestaw 🙂

Piesek też pielgrzym
Tyle jeszcze przed nami. A finalnie i tak przejdziemy więcej.
Tyle jeszcze przed nami. A finalnie i tak przejdziemy więcej.

Pada ciągle. Niebo i droga zasnute chmurami. Na szczęście nie leje, tylko zwyczajnie pada, ale mokre rękawy kurtki nie są fajne. Docieramy do Hospital, wchodzimy do baru po pieczątkę i na kawę. Trzeba trochę odpocząć. Za nami 7 km, czyli mniej więcej 1/3 dzisiejszego dystansu. Nie można powiedzieć, że jesteśmy pełni energii ;p

Czas ruszać dalej, przed nami podejście do Alto do Poio – 1337 m n.p.m. No jest pod górkę. Nie da się ukryć. Nie ma już ścieżki wzdłuż drogi, jest ścieżka schowana w wąwozie i pnie się coraz wyżej i wyżej. I coraz bardziej stromo. I z coraz większym błotem. I ciągle pada… Co gorsza, ciągle nas wyprzedzają jacyś starsi ludzie! Oni idą! Ja się muszę zatrzymywać i zdycham, a oni IDĄ!!!…

Kiedy już myślałam, że nie dam rady, zza zakrętu wyłoniła się ostatnia prosta i szczyt. Znaczy, najpierw zobaczyłam samochód i pomyślałam, że jak ruszy, to zleci i mnie zabije. Potem okazało się, że samochód stał przed barem, a bar stał na szczycie przełęczy i wreszcie wleźliśmy i to koniec tej podgórki! Koniec, wreszcie, szczyt, Alto do Poio!… Podzieliłam się moją radością z Wilczym:

– Jak to dobrze, że zbudowali tu bar, jakie to było mądre, jakie cudowne, idziemy do baru, odpocząć, paść, położyć się…!

– Bary zawsze buduje się na końcu podejścia – pouczył mnie mentorskim tonem Wilczy.

Prych!…

Dotarłam do baru!
Galicyjskie pieski przed barem. Przyjazne, chociaż nie chciałabym, żeby któryś się na mnie przewrócił przypadkiem…

W wejściu do baru stał wielki pies. Wielki, to znaczy, że ważył pewnie ze 120 kg i sięgał mi do pasa. Poza tym był bardzo przyjazny i ewidentnie kochał ludzi, ale stał w wejściu, w dodatku był mokry. No dobra, my też nie susi ;p Przepchnęłam się obok niego, wychodząc z założenia, że moja potrzeba kawy i odpoczynku jest większa niż strach przed psem. Znalazłam w drugim pomieszczeniu wolny stół, poślizgnęłam się natychmiast na posadzce z kafelków, złapałam równowagę, ściągnęłam plecak, kurtkę i zorientowałam się, że mam mokre ramiona pod kurtką. Wygląda na to, że zwyczajnie się zgrzałam, bo kurtka chyba nie przecieka??? W końcu można nią baseny wykładać!…

Dwie kawy, dwie pieczątki, toaleta. Kapie mi z nosa. Za nami jakieś 9 km dopiero, ale ostatni odcinek był ciężki. A chcemy dziś przejść ponad 20 km. Musimy ruszyć zadki i iść! Więc wychodzimy. Wielki pies łagodnie zostaje wyproszony na zewnątrz. Tymczasem tam leży sobie drugi pies, mniejszy, a po nim – niemal dosłownie – łazi sobie kura. Do baru wchodzą kolejni pielgrzymi, wielki pies korzysta z okazji i wciska się za nimi, znowu zostaje wyproszony, tym razem na pocieszenie przez kuchenne okno dostaje kawał kości. Ruszamy.

Po drugiej stronie szosy stoi wielki pomnik pielgrzyma z widokiem. Widok byłby super, gdyby tylko jakiś w ogóle był, bo generalnie to widać chmury. Pod pielgrzymem wszyscy robią sobie zdjęcia. Wieje wiatr, chwilowo tylko kropi, idziemy dalej, teraz już teoretycznie z górki…:) Mijamy słupek z informacją, że przed nami jeszcze ponad 150 km. Jakaś abstrakcyjna odległość…

Przełęcz zdobyta! Chwila dla fotoreporterów 🙂
A kiedy nikt nie patrzy…
Pomnik pielgrzyma. To ten z lewej 😉

– Idziemy trawersem – mówi po jakimś czasie Wilczy.

– Czyli poziomicą – mówi psyche. Poziomicą idzie się znacznie przyjemniej niż w poprzek poziomic. Dobrze, że nie mamy map z poziomicami, bo nie muszę być tak bardzo przerażona podgórkami. Po prostu jestem nieświadoma. Łatwiej się żyje 🙂

Okazuje się, że pelerynka na plecak Wilczego przemięka. Znaczy, stary ten plecak już i widocznie impregnat wywietrzał, ale to niefajnie mieć mokre rzeczy w środku… Do komina wsadziliśmy torbę foliową i przykryliśmy nią rzeczy, a resztę na tyle ogarnęliśmy, że nie powinno być dużych strat. Najważniejsze są śpiwory, jutro rano zapakujemy każdy z nich w oddzielną torbę foliową, a póki co nie są na szczęście za bardzo wystawione na deszcz.

Mija nas pan, który prosi o zrobienie sobie zdjęcia od tyłu. W tle – czarne chmury. Uśmiechamy się do siebie, komentujemy pogodę i życzymy buen camino. Pan poszedł przodem, my się ciut wleczemy… Jest lekko pod górkę (a miało być przecież już w dół, wtf???), a Wilczy sobie liczy. PO HISZPAŃSKU. Byłam bardzo ciekawa, jak daleko dojdzie, skończył na czterdziestu…

Samotny pielgrzym. I mrok na horyzoncie
Samotny pielgrzym. I mrok na horyzoncie
Piękne widoki 😉
Wieje, kropi, jak iść?…
Kapliczka przydrożna
A tu dla odmiany fragment pięknej pogody

Musimy znaleźć bar, w którym usiądziemy, wypijemy kawę czy może zjemy zupę (caldo gallego jakoś nam zasmakowało) i sprawdzimy dalszą drogę. Bo droga się rozdziela w pewnym momencie i my chcemy iść krótszym odcinkiem. Więc „show me the way to the next whisky bar”. O tak, to hasło często nas prowadziło!…

Z przeciwka idzie pies. Tak sobie truchcikiem wędruje w przeciwnym kierunku niż my. Pewnie już wraca. Po długim zejściu docieramy do Filloval, w którym znienacka pojawia się na naszej drodze bar. W przewodniku i innych materiałach nie było żadnej informacji, że będzie bar, a tymczasem proszę! To bardzo miła okoliczność, bo padamy już z nóg. Dotaczamy się do stolika, rzucamy plecaki pod ścianę. Zdejmuję buty. Trochę wstydliwie, ale niestety muszę, bo mi jakoś niewygodnie. Zamawiamy zupę, herbatę i pieczątki 🙂 Wilczy pyta panią, jak jest „dziękuję” po galicyjsku. Pani pisze odpowiedź na podkładce pod talerz: „Moitas grazas”. Podkładkę Wilczy pieczołowicie zabiera ze sobą 😉 Na nic się zdają moje tłumaczenia, że to waży przecież mnóstwo gramów!…

Do Triacasteli mamy jeszcze 4 km. Za nami – 19,7 według Endomondo, według przewodnika dopiero 17. Przewodnik kłamie? Czy Endomondo kłamie? Sprawdzam trzy różne źródła, każde pokazuje inny kilometraż. Uznaję, że Endomondo prawdę mówi i tego będę się trzymać.

Ruszyliśmy dalej. Ciągle jest w dół, co mi osobiście w ogóle nie przeszkadza. Chwilowo znowu nie pada. Wilczy gmera w telefonie, bo ma aplikację, która pokazuje szlak i nas na tym szlaku. Oraz zawiera trochę przydatnych informacji, na przykład the way to the next whisky bar 🙂

Aplikacja, która prowadziła nas od baru do baru 🙂
Wilczy we mgle. Prawie jak w sosie własnym 😉
Piękne widoki 😀
I zarośnięte drzewka
Pielgrzym musi iść bez względu na pogodę
Czasami strzałki są mało widoczne…

Zakwilił ptaszek. Wilczy na to:

– Skąd tyle optymizmu?!?…

Potykam się o kamulce i zęby mi brzęczą.

Na camino jest deszcz. Potem jest słońce. I kiedy myślisz, że już wyschłeś i dojdziesz suchą nogą do albergi, która jest za 300 metrów i już ją widzisz, to wtedy jest takie wielkie jebut z nieba i zapomnij, że byłeś kiedyś suchy. Płynie z ciebie rzeka. Rwąca. Czyli, ociekając, weszliśmy do przedsionka albergi w Triacasteli i stanęliśmy na dywaniku, żeby nie roznosić deszczu po całej podłodze…

Procedura standardowa, wszystkie możliwe paszporty, jednorazowa pościel i… czteroosobowy pokój!… Od razu przy wejściu co prawda, z drzwiami jak do saloonu, które bujając się robią straszny hałas, ale za to 4 łóżka, a nie 50. Wchodzimy i… widzimy dwie skandynawskie babcie z poprzedniej albergi. Uśmiechamy się szeroko, wywiązuje się standardowy krótki dialog: skąd jesteście, gdzie ruszyliście, paskudna pogoda, ciekawe, jak będzie jutro… Babcie są ze Szwecji, idą z Ponferrady, więc kawałek dłużej niż my. Nas ominęło straszne podejście pod O Cebreiro, które one zrobiły – w deszczu. Powoli rośnie w nas podziw dla nich 🙂

Alberga w Triacasteli
Nasz 4-osobowy pokój z drzwiami jak do saloonu 🙂
Tak wygląda Triacastela, jak przypadkiem nie pada 🙂

Deszcz się opamiętał wreszcie i o ile przygotował nam niezłe wejście do Triacasteli, o tyle niedługo potem sobie poszedł w diabły i mogliśmy pójść w miasto. Poszliśmy zatem do apteki. Bo kapie mi z nosa w tempie wykładniczym. Pani w aptece zadała mi milion pytań, na które odpowiadał głównie Wilczy, bo ja pociągałam nosem i tłumaczyłam, że poza tym jest świetnie, tylko mam katar. Pani w końcu sprzedała nam saszetki, w których składzie królował paracetamol. I mogliśmy pójść do knajpy na menu del dia. Wybraliśmy tę knajpę naprzeciwko albergi, blisko przynajmniej i jakoś najbardziej nam się podobało. Gdy czekaliśmy na jedzenie, dopadły nas refleksje…

Myślą przewodnią dnia jest myśl o kolejnym barze. Chodzimy od baru do baru. Dochodzimy do wniosku, że na camino najważniejsze są bary. W barze można trochę wyschnąć. Można też dostać stempelek do credenciala albo skorzystać z toalety, ale najważniejsze jest to, że można wyschnąć… Bary są super i powinny być co kilometr!… A nawet co pół w co bardziej ulewnych momentach!

Druga myśl, idąca od razu za pierwszą: camino jest zasrane. No poważnie, kupa na kupie, same kupy, trzeba strasznie uważać, żeby nie wdepnąć!… Psy biegają luzem, ludzie biegają luzem, o pielgrzymach to w ogóle nie wspomnę no i taki efekt!…

Przeglądając materiały: przewodnik, trasy z internetów i trasę z aplikacji odkryliśmy, że z Triacasteli do Sarrii wiodą trzy drogi. TRZY. Nie wiemy, która jest właściwa (a która to complementario albo – według psyche – alternativo). A co najgorsze, nie wiemy, GDZIE SĄ BARY. Więc nie wiemy, którędy iść jutro. Ale założenie jest takie, żeby iść tą najkrótszą 😉 Chociaż ta najkrótsza ma jakąś parszywą podgórkę, niestety. Nie bardzo dużą, do góry ma być nie więcej niż 300 metrów, ale jednak. Postanawiam, że dam radę takiej podgórce.

Dziś za nami 23,4 km (a miało być 21, no i co? i co???).

Prysznice w alberdze są basenowe, intymności za grosz, na szczęście nie ma tłoku. Woda w kranie jest ciepła, bo się jakimś cudem nagrzała od prysznica. Przed snem pakuję w siebie kolejne porcje paracetamolu i przed 22.00 lądujemy w łóżeczkach. Grzeje grzejnik przy oknie, jest ciepło i fajnie. Drugi dzień camino za nami.

Tricastela wygląda też tak :)
Triacastela wygląda też tak 🙂

Czytaj dalej, część 5 – Triacastela – Sarria

(maj 2017 r.)

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *