Podróże, Włóczęga

Nasza Camino de Santiago, cz. 5 – Triacastela – Sarria

(maj 2017 r.)

Spis treści naszej Camino de Santiago w odcinkach:
Camino de Santiago praktycznie
Nasza camino, cz. 1 – przygotowania
Nasza camino, cz. 2 – Warszawa – Charleroi – Santander
Nasza camino, cz. 3 – Santander – Oviedo – Pedrafita – O Cebreiro
Nasza camino, cz. 4 – O Cebreiro – Triacastela
Nasza camino, cz. 5 – Triacastela – Sarria
Nasza camino, cz. 6 – Sarria – Portomarin
Nasza camino, cz. 7 – Portomarin – Rosario
Nasza camino, cz. 8 – Rosario – Boente
Nasza camino, cz. 9 – Boente – Santa Irene
Nasza camino, cz. 10 – Santa Irene – Santiago de Compostela
Nasza camino, cz. 11 – Santiago de Compostela

13 maja, Triacastela – Sarria

Pobudka o 6:30. Grzejnik w nocy przestał grzać i zrobiło się naprawdę zimno. Potem okazało się, że też dlatego, że drzwi na dwór są otwarte… Nasze babcie jeszcze śpią, ale one pewnie szybciej idą. Staramy się po cichutku ogarnąć, ale całkiem się nie da: pakowanie śpiworków w folię, wyciąganie rzeczy z szafki, szeleszczenie plecakami… Na korytarzu zakładamy buty (najlepiej kłaść je na górnej półce regału na buty, wtedy ziemia z cudzych traperów nie wpada do twoich 😉 ) i wyglądamy na zewnątrz. Czyżby nie padało? No niesamowite!…

Idziemy na śniadanie tam, gdzie wczoraj jedliśmy kolację, czyli do najbliższej knajpy. Zamawiamy klasyczne hiszpańskie tosty, czyli wielkie kromy chleba z masłem i dżemem. Proszę dodatkowo o wodę na rozpuszczenie paracetamolu. Zaczynamy klasyczną dyskusję, kto chrapał w nocy i każde z nas zwala winę na to drugie i Szwedki. Do knajpy wchodzą powoli kolejni pielgrzymi, w tym pewna Niemka, z którą zaczynamy rozmawiać. Okazuje się, że ma chory kręgosłup, nie może dźwigać, więc korzysta z opcji przewożenia bagażu. Musi tylko wcześniej podjąć decyzję, dokąd dziś dojdzie. Do bagażu doczepia kartkę z adresem albergi, w której zamierza nocować, bagaż sobie jedzie, a ona sobie idzie na luzie. Z tej opcji korzysta więcej osób, sporo z nich ze względu na różne schorzenia, a część dla wygody.

Po śniadaniu ruszamy pełni energii. Nadal nie pada, chociaż jest chłodno i pochmurno. No dobra, z prześwitami 🙂 Na rozstaju dróg poszliśmy w prawo, starym szlakiem, krótszą drogą do Sarrii. Dziś dojdziemy do tego magicznego punktu zero, z którego ruszają wszyscy. Strasznie jestem ciekawa tej Sarrii. Tymczasem, zaraz po opuszczeniu Triacasteli, droga wiedzie ostro pod górkę, co oczywiście powoduje u mnie zadyszkę i nienawiść do postawienia kolejnego kroku. Jestem ewenementem, schodzić mogę godzinami, taki Wąwóz Samaria nie stanowi dla mnie żadnego problemu, natomiast wchodzenie znoszę bardzo źle. Ludzie pukają się w czoło i nie wierzą, ale ludzie też zazwyczaj toną, a ja się unoszę na wodzie. To pewnie tłuszcz ;p

Na podgórce oczywiście wszyscy nas wyprzedzają, Wilczy też by wyprzedził, gdyby nie to, że musi jednak iść w moim tempie. A moje tempo pozwala na oglądanie błota i kamulców, albowiem wzdłuż drogi są albo kamienne murki, albo kamienne budyneczki, ewentualnie kamienne ruinki. Porośnięte malowniczo ubłoconym mchem. Mijamy też łąki pełne czerwonych krów z imponującymi rogami.

Imponujące poroże! 🙂
Camino. Tym razem asfaltowa
Kamiennych murków tu u nas dostatek
Czasami idziemy wąwozem
No właśnie, wąwozem 🙂

Mijamy budynek z krzyżem na szczycie. Okazuje się jednak, że to nie kościółek, a… art gallery. Taki sklepik z drobiazgami. Wilczy komentuje:

– Przy każdej rzeczy w sklepie powinno być napisane: cena: 5 euro, waga: 150 gramów.

No tak, bo na camino wszystko swoje waży. Więc wydajemy drobniaki, żeby ich ze sobą nie nosić. I mamy do spalenia kilka kartek z opisem trasy, która już za nami…;)

Bardzo tu urokliwie. Idziemy jakąś dolinką wśród wzgórz i w związku z tym pewnie za chwilę znowu będzie pod górę. Globalnie oczywiście schodzimy, każdy kolejny nocleg jest niżej, niż poprzednie, ale to, co się dzieje w trakcie, to inna sprawa… Pofałdowanie terenu jest faktem niezaprzeczalnym… Obok płynie strumyczek. I szemrze. I ma wodospadziki. A nad nim rosną paprocie. A co jakiś czas mijamy galicyjskiego psa. Galicyjskie psy robią generalnie nic. Pojawiają się blisko siedzib ludzkich i zajmują się leżeniem na losowo wybranym boku na środku drogi. Na widok ludzi nadal robią nic, czasami tylko oko otworzą i zlustrują, ale nie chce im się nawet drgnąć końcówką ogona na powitanie. Poza tym galicyjskie psy są duże, nie ma małych piesków, jest od razu 80 kg żywej wagi. Gdzieś w oddali pieją koguty. Po ogródkach szlajają się żaby ogrodowe pod rękę z krasnalami ogrodowymi.

Nasza camino miała niekiedy bardzo sielankowe otoczenie
Krajobrazy Galicji

Rośnie drzewo. Na drzewie leży sobie gałąź na dwóch innych gałęziach. Wilczy:

– Niebezpieczne to. Jak powieje, to gałąź spadnie i kogoś zabije.

– No, uważaj, żeby nie spadła na Ciebie… Bo zginiesz na swojej camino i napiszą Ci na nagrobku: „Tu leży Wilczy, który nie słuchał swojego psychusia”. Każdy ma swojego psychusia do słuchania…

Spotykamy dwóch dziadków. Jeden z nich rzuca żartem, że pewnie Wilczy oddaje mi swoje rzeczy do dźwigania. Śmiejemy się uprzejmie, ale przecież to Wilczy ma większy plecak i targa mój śpiworek 🙂

Wchodzimy do San Xil. Mówię odkrywczo:

– Ja to już wszystko wiem!

– Ja to wiedziałem od dawna – komentuje Wilczy.

W San Xil jest fontanna, czyli źródełko, miejsce do nabierania wody. Patrzę na to sceptycznie i mówię:

– Tak trochę ciężko nabierać tu wody, nie wiadomo, co w niej pływa…

– No właśnie, my tu nabieramy wody, a tam sto metrów w górę krowa właśnie zapina rozporek.

Fontanna w San Xil

Docieramy do słupka 126,224 km. Nadal abstrakcja, ale widać różnicę, a to już dobrze rokuje 🙂

Przed nami 126 km. Przynajmniej widać różnicę…
Często napotykamy strumyki
W jednym z przydrożnych barów: ściana z monetami z całego świata
Camino jest piękna

Bolą mnie stopy. Nie nogi, nie łydki, nie uda, stopy. Buty mam niby wygodne, trekkingowe, a jednak czuję, jakby moje stopy były zgniecione. Nie jest gorąco, nie są spuchnięte, są zmiażdżone i bolą mnie takie kawałki kości, których bym w życiu o to nie podejrzewała. Na przykład górna część stopy nieopodal palców, z boku. E?… Narzekam głośno, w końcu jestem kobietą, marudzę zatem, ile sił w płucach. Wilczy też narzeka, ale znacznie mniej i ciszej 🙂

– Bo ja umieram jak mężczyzna – komentuje Wilczy.

– A ja umieram jak kobieta, w związku z tym narzekam.

– Blablablablabla blablabla blabla!

Niedaleko Sarrii: pada, nie pada. Pada. Ubieramy się. Nie pada, jest gorąco, rozbieramy się. Zaczyna padać…

Mijamy sklepik za donativo, czyli co łaska. Fajnie to wygląda: we wrotach do jakiegoś budynku stał stół z wyłożonymi owocami, napojami, ciastkami i miseczką na datki. Nie byliśmy głodni, niczego nie chcieliśmy, ale miło popatrzeć 🙂

Sklepik za donativo
Złote, podsklepikowe myśli 🙂

Dużo ludzi idzie. Nie wiem, jak to będzie jutro, skoro już dziś były lekkie tłumki. Ludziostrada. To jutro to pewnie będzie po prostu częstochowska pielgrzymka. I jak tu sikać w krzakach?!? I w ogóle czy znajdziemy nocleg w Sarrii, skoro stamtąd ruszają ludzie, pewnie pierwszą noc spędzają właśnie w mieście…

W Sarrii, od razu na przedmieściach, doczołgaliśmy się do jakiegoś skrzyżowania z knajpą, gdzie natychmiast zalegliśmy i zapodaliśmy jedzenie. Ja wzięłam omleta z warzywami, Wilczy – mięcho, więc mu trochę tego mięcha podżarłam. A potem zaczęliśmy szukać noclegu. Absolutnym priorytetem dziś jest pokój z łazienką. Koniecznie. Z wygodnym, wielkim łóżkiem. I świętym spokojem…

Jest pokój ze świętym spokojem! 🙂

Okazuje się, że jeden taki jest za rogiem. Sprawdzamy. 40 EUR, no nie da się ukryć, że jest różnica z albergą za – w sumie – 12 EUR, ale decydujemy się i na wejściu dostajemy po szklaneczce piwa. Przy okazji robimy pranie, bierzemy prysznic, psyche rozwala szampon… Ogarniamy siebie, dajemy odpocząć stopom. Wilczy z miną cierpiętnika robi mi masaż stóp :))) Za ścianą jest kuchenka, można sobie zrobić jakieś jedzenie. Jesteśmy zachwyceni, chociaż nieco niemrawo… Wilczego bolą kompletnie inne kawałki ludzika niż mnie. Ale to kompletnie inne, jakbyśmy się składali z zupełnie innych mięśni, które u drugiej osoby nie występują. W dodatku teraz okazuje się, że uda też mnie bolą. Nie wiem, od czego ;p Przeszliśmy dziś ciut ponad 19 km. Na jutro mamy zaplanowane 23 i już jestem przerażona.

Chcieliśmy pójść do miasta z tych przedmieść, ale za oknem ciągle pada i nie pada. I nie wiadomo, czy wychodzić, czy nie.

W końcu poszliśmy w miasto. Do knajpy, którą nam polecił nasz pan od noclegu. Usiedliśmy w kąciku i zaczęliśmy koncert stękania i jęków. Każdy ruch sprawia ból. Co za masakra!… Ze wstrętem myślę o pójściu do toalety, chociaż wcale nie jest daleko. W ramach nagrody i zadośćuczynienia za to, co zrobiliśmy swoim ciałom, zapodaliśmy pyszności. Najpierw ośmiornica. Gotowana, polana oliwą, posypana papryką i grubo zmieloną solą. Potem – muszle świętego Jakuba (w końcu na jego trasie jesteśmy!), zapiekane z mnóstwem pysznych dodatków. Rewelacja! Butelka białego wina niebezpiecznie szybko się skończyła…;) Na dopchanie się zamówiliśmy jeszcze krewetki.

Nasza kolacja 🙂

W końcu mogliśmy opuścić knajpę i pójść wreszcie zwiedzić Sarrię. Doszliśmy do… schodów. Jebutnych schodów w górę, wielkich, szerokich, strasznie długich i z zakazem wchodzenia dla koni. Sprawdziliśmy: nie jesteśmy końmi, więc poleźliśmy ze stękaniem w górę. Po drodze jakieś sklepiki, na górze – kościół oczywiście. Z mszą dla pielgrzymów. Chyba nie mieliśmy siły, przeszliśmy jeszcze przez sklep turystyczny z paskiem do spodni i magnesem („To waży!” – warknął Wilczy), kupiliśmy jakieś picie i wróciliśmy do naszej prywatnej albergi. Nie do końca wysuszone pranie powiesiliśmy na grzejniczku i padliśmy spać. Czas dać się zregenerować mięśniom…

Schody!
Sarria: przemysł pielgrzymkowy
Sarria żyje z pielgrzymów

Czytaj dalej, część 6 – Sarria – Portomarin

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *