Podróże, Włóczęga

Nasza Camino de Santiago, cz. 6 – Sarria – Portomarin

(sierpień 2017 r.)

Spis treści naszej Camino de Santiago w odcinkach:
Camino de Santiago praktycznie
Nasza camino, cz. 1 – przygotowania
Nasza camino, cz. 2 – Warszawa – Charleroi – Santander
Nasza camino, cz. 3 – Santander – Oviedo – Pedrafita – O Cebreiro
Nasza camino, cz. 4 – O Cebreiro – Triacastela
Nasza camino, cz. 5 – Triacastela – Sarria
Nasza camino, cz. 6 – Sarria – Portomarin
Nasza camino, cz. 7 – Portomarin – Rosario
Nasza camino, cz. 8 – Rosario – Boente
Nasza camino, cz. 9 – Boente – Santa Irene
Nasza camino, cz. 10 – Santa Irene – Santiago de Compostela
Nasza camino, cz. 11 – Santiago de Compostela

14 maja, Sarria – Portomarin

Nie chciało się wstać. No dobra, generalnie to wydawało mi się, że pomysł ze wstawaniem przed świtem jest koszmarny, ale okazało się, że rzeczywiście wystarczy kłaść się o 22 i nie ma problemu ze wstawaniem. I to pomimo tego, że o 6.00 w maju w Hiszpanii jeszcze nie widać słońca… Ale tym razem wstawało się ciężko ze względu na obolałe mięśnie, które przez noc zastały się całkiem. Zakwasy! Nie było jednak wyjścia, camino wzywa, robimy śniadanie, pakujemy się i idziemy! Przez Sarrię pod górkę, potem przez cmentarz na górce, potem straszliwie w dół. W dół idę częściowo tyłem, jest łatwiej…

Wilczy na okoliczność poranka, w drodze, ułożył i zaśpiewał piosenkę:

– Godzina siódma minut czterdzieści, kiedy pobudka zagrała, dwójka kretynów szła do Santiago, niejedna panna w łeb się stukała…

Droga w dół. Naprawdę bardzo w dół
Zaraz za Sarrią – urocze krajobrazy
Nasza Camino - zawsze jest wybór ;-)
Camino znowu się rozwidla. Idziemy complementario czy standardową trasą? 🙂

Generalnie dookoła nas roi się od pielgrzymów. Autobusy chodzą normalnie. Dużo osób bez bagażu, tylko z małym plecaczkiem na wodę. Wyglądają jakoś inaczej niż ci, którzy przeszli 700 km z 8 kg plecakiem na plecach. Oczywiście, część z nich nie może dźwigać, ale patrząc na statystyki, to od Sarii dźwigać nie może 90% pielgrzymów ;p Komentujemy ich świeże, czyste buciki, białe podeszwy, porównując z naszymi, uwalanymi błotem. W końcu jesteśmy już weterani, no czwarty (piąty od wyjścia z domu!) dzień w trasie! ;p Szaleństwo! Nas już nogi bolą!…;)))

– To nie honor mieć czyste buty na camino…

– Szkoda, że spodnie uprałem.

Piękne widoki
Tłumy na camino
Sporo osób tylko z małym plecaczkiem, bez bagażu

Teraz przynajmniej nie pada. I dla odmiany jest ciepło i świeci słońce. Pogoda idealna do spacerów. Z Sarii ścieżka prowadziła wśród zarośli, trochę wzdłuż rzeczki, trochę obok torów kolejowych, a także pod trasą, wybudowaną na wielkich, strasznie wysokich słupach. Niesamowite to jest, jak się na to patrzy z dołu. Tylko dlaczego ciągle jest pod górkę?

Dzięki temu, że idzie więcej ludzi, wreszcie czasami kogoś wyprzedzam. Jak ten ktoś się zatrzymuje ;p

– Jak przejdę camino, to już nigdy więcej nie wejdę pod żadną górkę – postanowiłam.

– Ha, ha, ha, ha! – wyśmiał mnie Wilczy. Podły…

Plener śmierdzi. Nawozami, toaletą, nie wiadomo czym. Wilczego boli kolano i co jakiś czas słyszę gromkie: „Auuuu!”. Mnie bolą obie nogi, zadek, a teraz zaczynają też boleć mięśnie brzucha (?!?). Przeszliśmy przez jedną knajpę, ale tam z kolei był autobus w kiblu, więc już się nie zmieściłam. I tak idę, rozpychając się w tłumie, szukając kolejnej knajpy i nastawiając się na stanie w długiej kolejce. Trudno, uroki wędrowania od Sarii ;p „Nowi” na camino się nie witają, nie mówią: „Buen Camino” ani chociaż „¡Hola!”. Dziwnie tak trochę, bo już się do tego przyzwyczailiśmy. Z drugiej strony w tych tłumach nie dałoby rady ciągle się witać…

Tymczasem mijamy gościa, który gra na… dudach. No coś takiego! Stoi na wzgórzu, jego muzyka niesie się jeszcze daleko, daleko w dolinę. Miło tak i fajnie w sumie.

Pan grający na dudach główną atrakcją tego fragmentu camino :)
Pan grający na dudach główną atrakcją tego fragmentu camino 🙂
Nie ma znaczenia kolor skóry, narodowość, poglądy religijne, polityczne czy orientacja seksualna. Na camino wszyscy są pielgrzymami, bez względu na powód pielgrzymki
Piękna camino
Czasami trzeba iść gęsiego 🙂

Wilczy coraz bardziej narzeka na kolano. Powoli godzę się z myślą, że będziemy musieli wsiąść do autobusu i przerwać wędrówkę. Trudno. Póki co Wilczy bandażuje sobie to kolano, żeby po pół kilometrze bandaż poprawić, bo zjeżdża, potem poprawić jeszcze raz, aż w końcu zdjąć. Zapamiętać: bandaż elastyczny nie nadaje się do chodzenia!

Wilczy i jego kolano. Czy da radę iść dalej?

Idziemy trochę po błocie, trochę po ziemi, czasem po asfalcie czy żwirku. To nasz trzeci pełny dzień na camino (czwarty dzień wędrówki od Pedrafity), dzień kryzysów. Podobno wszystkich dopada trzeciego dnia… Dziś rozmawiamy praktycznie wyłącznie o tym, co nas boli, w którym miejscu, który kawałek mięśnia właśnie teraz, a który chwilę temu. Tematy są mocno jednostajne i zaczynają się od „Au, au…”. Wilczy ma kryzys kolanowy. Ja mam kryzys ludzikowy. Nie rozmawiamy o tym, jak jest pięknie (bo jest pięknie), tylko o tym, że boli. Wilczy chodzi zakosami w dół. Ja się bujam jak beczka, bo nie mogę stawiać prosto stóp. Co kawałek trzeba zrobić przystanek i zdjąć buty…

Zatrzymujemy się w kolejnej knajpie, w miejscowości Morgade, dosiadamy się do pary Kanadyjczyków, którzy niedługo potem ruszają dalej. Bierzemy małe piwko i kanapki. Jest ciepło i słonecznie. Przysiada się do nas para Amerykanów, których poznaliśmy dziś w drodze. On dziś zaczął i jest pełen energii i chęci zaprzyjaźniania się, natomiast ona idzie Camino Frances niemal od początku.

Dwa ludziki na camino 🙂
Kanapki! Bar! Kocham to miejsce!

Wilczy myśli o kosturze, ja myślę o tym, żeby umrzeć.

Wilczy zjadł kanapkę, popił piwem i poszedł do sklepiku wybrać sobie kostur. Doszedł do wniosku, że musi spróbować z pomocą, bo inaczej nie da rady iść, poparłam gorąco i kazałam mu wybrać coś porządnego, na czym będzie można się oprzeć. Wziął sobie moje słowa do serca. Wrócił z kijem niemal większym od siebie… 😉 Potem dużo czasu minęło, zanim nauczył się z nim chodzić. Najpierw stękał i stukał, potem stukał i stękał, w końcu opracował proces stawiania nóg i kostura i jakoś poszło. Potem powiedział, że nie może schodzić z góry, może tylko wchodzić, bo jak schodzi, to go boli. Ja z kolei mogę tylko wchodzić, więc się uzupełniamy… w jęczeniu, bo rzadko kiedy jest po płaskim. Nawet najdelikatniejsze nachylenie powierzchni wyczuwamy od razu. Możemy być czujnikami nachylenia powierzchni…;)

Camino dzieli się na „przed Sarrią” i „za Sarrią”. I wszystko jest zupełnie inaczej. Na przykład słupki kilometrażowe… Łyse. To znaczy: przywalone kamykami, ale ani tabliczki z kilometrami, ani tabliczki z muszlą św. Jakuba. Wyłupane, ukradzione. No naprawdę? Myślałam, że to tylko te z okolic 100 km, ale nie – łyse słupki stały do samego Santiago 🙁 I co, jeden z drugim, postawisz sobie na półce taką ukradzioną tabliczkę i będziesz się do niej modlił? Rzucisz w kąt, jak już się wszystkim pochwalisz, że jesteś złodziejem i wandalem?… Ręce opadły.

Łyse słupki, bez oznaczeń, które ktoś sobie ukradł :(
Łyse słupki, bez oznaczeń, które ktoś sobie ukradł 🙁
Jedna z mijanych wiosek
Zwierzęta camino: osiołek 🙂

W kolejnej miejscowości trafiamy na zaułek z wiatą, nad którą jest napisane: wejdź i odpocznij. No to weszliśmy i odpoczęliśmy 🙂 Zdejmowanie butów jest na porządku dziennym na każdym postoju. Potem było w dół, Wilczy chodził zakosami i stukał kijem.

– Mnie to by się dwa takie kije przydały – komentuję. – Bo ja to mam dwie bolące nogi…

– Może balkonik? – proponuje ten złośliwiec.

Obawiam się, że to jest ten moment, że balkonik wcale nie byłby taki głupi…

Mijamy sklepik z muszlami, pamiątkami, napojami i wszystkim. Muszle są piękne, każda w inny wzorek malowana, ale mamy swoje, więc tylko oglądamy. Uśmiechamy się na widok tak dobrze znanej z Woodstocka tabliczki „free hugs”, kupujemy picie i idziemy dalej. Spotykamy naszych Amerykanów, kawałek wędrujemy razem. Okazuje się, że mają wuja z Polski, z Krakowa. Pan Amerykanin uczy się mówić po polsku „Dzień dobry!” i od tego momentu zawsze, jak się spotykamy, woła do nas z daleka „Dzień dobry!” :))) Dużo w nim radości i optymizmu, no skąd ten optymizm???

Muszle do wyboru, do koloru!
Tajemniczy budyneczek, jakich pełno po drodze. Do czego służyły?
Camino
Psychuś z bolącą nóżką
Amerykanie dzielnie pocinają 🙂

Docieramy do Portomarin. Jestem wykończona. Przejście przez piękny most psuje widok miasta na wzgórzu za nim. Patrzę z nienawiścią na schody, będę musiała tam wejść, dlaczego?!?… Jakoś się udaje, po kawałku docieramy na szczyt. Na booking.com szukamy prywatnego pokoju, dziś też nam się należy, jeśli tak będę czuła się jutro, to nie wiem, czy dam radę iść dalej. Wilczy z kolanem też niekoniecznie. Znajdujemy jeden pokój, ale na dole jest knajpa i siedzi tam wataha motocyklistów, jest głośno, szukamy dalej. Kolejny pokój ma łazienkę na korytarzu i jest na pierwszym piętrze. Decydujemy się, czołgamy się po schodach, pozbywamy się bagaży i idziemy w miasto, szukać apteki. Zamknięta. Jest niedziela… Odwiedzamy kościół, potem supermarket, ten na szczęście jest czynny. Kupujemy rzeczy na śniadanie: pasztet, bułki, chorizo. Zaraz potem trafiamy na sklep turystyczny, czynny pomimo niedzieli i późnej pory, i tam – o cudzie! – znajdujemy opaski elastyczne na kolano! Wilczy mierzy sobie różne opaseczki, pilnuję go, żeby nie wybrał zbyt ciasnej. Spaceruje po schodach, po sklepie i w końcu kupuje. Damską. Różową. No niestety, tylko ta na niego pasowała…;))) Nazwał ją czule „mój gej” 😀 A potem w trasie mówił:

– Poczekaj, bo mi się gej zsunął, muszę go sobie poprawić.

Most do Portomarin. I wizja miasta na wzgórzu…
Wilczy zdobywca kilometrów i pogromca chodniczków!

Z zakupami powędrowaliśmy do knajpy. Zapodaliśmy menu del peregrino. Pierwsze: sałata i zielona zupa, drugie: kotlet wieprzowy z kością i morszczuk oraz deser: tarta de Santiago i flan. Wypiliśmy do tego butelkę wina. Oraz spotkaliśmy Polaków – postrzygaczy owiec… Usłyszeli, że rozmawiamy po polsku, odezwali się i opowiedzieli nam historię swojej pracy w Hiszpanii. Od tej chwili, jak tylko gdzieś widzieliśmy ostrzyżone owce, to od razu wiedzieliśmy: nasi tu byli! Albo przeciwnie: owce zarośnięte, dlaczego nie zaprosili naszych?… Swoją drogą, to byli pierwsi (i jedyni do Santiago) Polacy spotkani na camino. Chociaż ci akurat byli nie z camino 🙂 Jakoś nie wierzę, że nie było żadnych innych Polaków, ale nie rzucili się w oczy 🙂

Jęcząc i sapiąc wdrapaliśmy się na nasze pierwsze piętro (z widokiem na kościół), z trudem udało się umyć i położyć. Noc wypełniły odgłosy cierpienia…

Portomarin
Kościół w Portomarin


Czytaj dalej, część 7 – Portomarin – Rosario

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *