Podróże, Włóczęga

Nasza Camino de Santiago, cz. 7 – Portomarin – Rosario

(sierpień 2017 r.)

Spis treści naszej Camino de Santiago w odcinkach:
Camino de Santiago praktycznie
Nasza camino, cz. 1 – przygotowania
Nasza camino, cz. 2 – Warszawa – Charleroi – Santander
Nasza camino, cz. 3 – Santander – Oviedo – Pedrafita – O Cebreiro
Nasza camino, cz. 4 – O Cebreiro – Triacastela
Nasza camino, cz. 5 – Triacastela – Sarria
Nasza camino, cz. 6 – Sarria – Portomarin
Nasza camino, cz. 7 – Portomarin – Rosario
Nasza camino, cz. 8 – Rosario – Boente
Nasza camino, cz. 9 – Boente – Santa Irene
Nasza camino, cz. 10 – Santa Irene – Santiago de Compostela
Nasza camino, cz. 11 – Santiago de Compostela

15 maja, Portomarin – Rosario

Zregenerowani snem sprawiedliwych ruszyliśmy w drogę. Najpierw było w dół (Wilczy się krzywił), potem w górę (psyche zipała), potem znowu w dół i tak w kółko. Wchodzisz: napieprzają jedne mięśnie. Schodzisz: okazuje się, że masz zupełnie inne mięśnie. Idziesz po płaskim, już się wydaje, że jest fajnie i nagle trach! – kolano. Albo stopa.

Zbieranie się rano zajmuje nam coraz więcej czasu. Dziś ogarnialiśmy się godzinę… A przecież tak naprawdę ani się nie kąpaliśmy, ani nie jedliśmy śniadania… (w tym momencie Wilczy się wtrąca: „Znaczy: jesteśmy głodni i śmierdzimy”). No dobra, głodni nie jesteśmy, kanapki (które wyprodukowałam wczoraj) pożarliśmy idąc. OK, głównie ja pożarłam, bo Wilczego bolało kolano. Na moje pytanie, jakim cudem kolano jest połączone z żołądkiem, odpowiedział, że rureczką. Aha…

Wilczy zgubił muszelkę. Tak po prostu jej nie ma. Postanowiliśmy kupić mu nową, bo przecież to nie honor tak iść bez muszelki. Ale próbowaliśmy całą drogę bez skutku. Na tym odcinku wszyscy już mają swoje muszelki, nikt nie sprzedaje nowych, poza tym idziemy przez wioski, w których dobrze, jeśli jest bar… („show me the way to the next whisky bar…”). Trudno, może kupimy na następnym odcinku.

Przydrożny krzyż-śmietnik
Niegdysiejsza fabryka ceramiki
Całkiem niegalicyjski domek, a obok – tajemnicza przybudówka. Co to takiego? Suszarnia?

Opuściliśmy Portomarin i zmierzamy przed siebie. Ale bez portu docelowego. W przewodniku dzisiejszy odcinek kończy się w Palas de Rei, ale to jest 25 km do przejścia. Raczej nie damy rady. Przejrzeliśmy materiały, żeby wiedzieć, gdzie możemy szukać noclegów i drepczemy. Przez pierwsze 8 km jest powoli, aczkolwiek stanowczo pod górkę (potem się okazało, że pod górkę było do 15. kilometra). Wilczy zadowolony, bo mniej go kolano boli, za to boli go teraz ramię od podpierania się na kosturze. Ja mniej zadowolona, bo to jednak podgórka, wolałabym w dół ;p

Pierwszy bar jest po 8 km. PO OŚMIU KILOMETRACH! Przecież to sadyzm, tak traktować pielgrzymów!… Dojście do niego okupione jest ogromnym cierpieniem. Siadamy, ściągam buty natychmiast, Wilczy zapodaje sok pomarańczowy, potem jeszcze jeden. Na końcu kupuje butelkę wody za równowartość nowego Porsche Cayenne. Kolejka do kibla sięga chyba Radomia. Tłumy w ogóle, nic dziwnego, pierwszy bar od Portomarin! Odpoczywamy chwilę i w końcu z bólem serca (a może jednak nóg?) zbieramy się, żeby iść dalej. Wychodząc z baru spotykamy nasze Szwedki. Popatrzyły, popatrzyły i stwierdziły, że tu jest strasznie ciasno, więc one pójdą dalej. I – jakby nie miały w nogach jakiejś monstrualnej liczby kilometrów – popyliły przed siebie. A my, całkiem zrezygnowani, ruszyliśmy ich śladem…;)

Galicyjski kot, jak wszystkie koty, ignorował nas wytrwale, jednocześnie pilnując 🙂
Krajobrazy były zachwycające
Nie mam już siły. Naprawdę. Ani kroku dalej!
A tu jeszcze ciągle pod górkę…

Ciągle pod górkę. Wdrapaliśmy się na jakiś płaskowyż, bardzo pięknie tam było, potem wreszcie było ciut w dół, a Wilczemu się nieco poprawiło, bo zaczął sobie dowcpikować. Nie mogę go dogonić. On twierdzi, że go boli kolano (z założoną opaską-gejem oczywiście) i… nie może się zatrzymać. Niemal zbiega z góry, wbiega pod górę i zasuwa po płaskim wielkimi krokami. A ja za nim ledwo dyszę i tylko patrzę, czy gdzieś tam na dole się zatrzymał i na mnie czeka.

Hiszpania jest nadal obsrana. Ewentualnie śmierdzi nawozami. To bardzo aromatyczny kraj, tylko w tę drugą stronę. Wilczy mówi, że czuje rolnictwo…

Dziś camino fragmentem biegnie wzdłuż szosy, którą często musimy przekraczać. Staramy się nie wpaść pod rozpędzone samochody, które nie wiedzą, że my ledwo powłóczymy nogami. Mają tu takie piękne znaki, że uwaga, pielgrzymi, ale pewnie jak na całym świecie nie zwracają uwagi na znaki. Słupki kilometrażowe nadal bez kilometrów, za to czasami z butami. Zużytymi.

Ludzie chodzą w dziwnych butach, a czasami w ogóle bez butów. Brrr… W barze widzimy, w jakim stanie mają stopy. No to nasze są w dużo lepszym stanie – żadnych bąbli, żadnych odgniotków, poza tymi, które Wilczy sobie przywiózł ze sobą. Co on będzie sobie robił nowe odciski na camino, przywiózł własne i już je ma!… Tak czy siak, co wieczór robimy minimasaż stopom i wcieramy w nie wazelinę kosmetyczną. Może to pomaga na bąble? Może i nie, ale stopy póki co nie są poobcierane, więc jest OK.

Camino jest strasznie zaśmiecone. No, może nie strasznie, ale generalnie brakuje śmietników, bo są tylko przy knajpach, więc śmieci się walają. Papierki po batonikach, puste butelki po napojach i cała masa innych śmieci. A jeśli do knajpy jest 8 km, to nic dziwnego, że nie wszyscy chcą te odpadki nosić ze sobą… A caminowicze są bardzo różni. Jedni są wporzo, a inni to buraki, niestety. Jak to z ludźmi bywa.

Peregrino na rowerze
Znaki bywają bardzo różne, ale jednoznaczne 🙂
Wilczy pielgrzym 😉
Odpoczywamy w barze przy szklaneczce świeżo wyciśniętego 😀

Na camino brakuje też ławek. No dobra, brakuje ich mnie, bo ja muszę usiąść i zdjąć buty ;p Ale brakuje, jeśli trafiamy na jedną ławkę dziennie, to jest nieźle. Dziś trafiliśmy na taką po 13 km. I szczęśliwie właśnie się zwolniła, więc ją natychmiast zajęliśmy. Zaraz potem dopadli nas znajomi Amerykanie i pan nagrał sobie wypowiedź Wilczego na tematy lingwistyczne. Czyli, jak to jest po polsku “Dzień dobry”, “Do widzenia” i inne takie. I teraz pewnie oglądają w gronie rodzinnym moje głupie miny i Wilcze mądre tłumaczenia…;) Amerykanie powiedzieli, że umówili się z Australijczykami i Brazylijczykami na kolację w Palas de Rei w knajpie przy kościele o 19.00 i zapraszają. Ot, takie międzykontynentalne posiłki 😉 Podziękowaliśmy uprzejmie. Ja obstaję nadal przy tym, że nie dam rady dojść do Palas de Rei, a Wilczemu się oczka zaświeciły. Zobaczymy.

Galicja śmierdzi, jak już się rzekło. I ja to nawet rozumiem. Wilczy mówi, że czuje rolnictwo. I ja to też rozumiem. Ale Ligonde to już naprawdę przesadziło. Tu nie śmierdzi. Tu CUCHNIE! Wietrze, wiej!… Galicja składa się z kamienia, z którego zrobione są wszystkie domki, płotki i w ogóle wszystko; wielkich, płaskich psów galicyjskich, które leżą i robią nic; ogromnych traktorów oraz smrodu.

W miejscu zaginionej muszelki powiesiłam Wilczemu czapkę. Bo ciągle usiłuje ją zgubić. Biedny, chodzi teraz z gołą głową. I twierdzi, że nosi ze sobą czapkę świętego Jakuba…;) Niektórzy noszą muszelki, inni czapki, proste.

Doszłam do wniosku, że jest tylko jedno miejsce, do którego mogę pójść dalej, niż to konieczne. Knajpa z dużą ilością czerwonego wina. Wilczy mnie poparł 🙂 Tymczasem w kolejnej knajpie wypiliśmy po soczku. W następnej zjedliśmy po lodziku. Gorąco jest, znaczy 🙂 Pogoda wspaniała, słoneczko świeci, potem okaże się, że się zjaraliśmy, ale o kremie przeciwsłonecznym to nikt z nas nie pomyślał – a dźwigaliśmy go całą drogę na własnych plerach!…

Słupek z butami. Zamiast tabliczek kilometrażowych
Obejście galicyjskie
Camino. Jeden z piękniejszych fragmentów
Znów jakiś lokalny szczyt 😉
Wystrój jednej z knajpek

Dotarliśmy do przedmieść Palas de Rei. Do właściwego miasta zabrakło z 1,5 km, a i tak przeszliśmy 25 km. Znowu rozbieżność kilometrówki, 25 miało być do miasta!… Jesteśmy w miejscowości Rosario. Napatoczyła się alberga, skorzystaliśmy z niej natychmiast, zameldowaliśmy się, ustaliliśmy, że będziemy spać na dolnych łóżkach (żadne z nas nie miało siły i możliwości pakowania się na górne łóżko) i… spotkaliśmy nasze Szwedki! :))) Witamy się już z nimi jak ze starymi znajomymi. Szwedki mówią, że obok jest knajpa, co przyjmujemy z radością, bo jedzenia nie mamy żadnego. Rozkładamy się, ogarniamy i idziemy zatem do knajpy. Oczywiście na menu del peregrino musimy zaczekać, jest podawane (jak to często bywa) w osobnej sali i o późniejszej godzinie, tymczasem (głodni!!!) zatem zamawiamy tapasy: patatas ali oli (fryty z sosem czosnkowym) i skrzydełka kurczaka oraz duże piwo (duże to 0,4 l). Siedzimy we czwórkę, jedna pani Szwedka nam opowiada trochę o sobie, okazuje się, że była w Polsce, w Trójmieście, bo pracowała kiedyś na statkach. Poza tym jest programistką w COBOL-u. Oraz dziennikarką – freelancerem. Normalnie człowiek orkiestra 🙂

Do kolacji bierzemy butelkę wina (należy się 0,5 litra na głowę, kocham to 😉 ), ale po zjedzeniu tapasów i piwie mamy problem, żeby to w siebie wszystko wepchnąć. Nad deserem siedzimy już z minami cierpiętnika. Zresztą deser to jakieś kupne ciastko, wcale nie było dobre. A chleba nie tknęliśmy nawet. Obok siedzą jakieś dwa autobusy. Widać, że zorganizowane camino. My jesteśmy bardzo niezorganizowane camino. Wręcz chaotyczne 🙂

Nasza camino ma także smaczne akcenty
Prawie jak paella, tylko z makaronem 😉
Deser. Podły dość.

Prysznice w alberdze są na tym samym poziomie, co spanie – na szczęście, nie trzeba biegać po schodach. Klasyka, czyli otwarte przestrzenie bez żadnych zasłonek. Za to z wielkimi robalami (niegroźne, też widocznie chciały się wykąpać). Buty pierwszy raz zabieramy do dormitorium, nie bardzo znalazłszy miejsce na nie na zewnątrz. I… znajdujemy muszelkę Wilczego! Okazuje się, że przeszła całą dzisiejszą trasę nieco incognito, bo… w dolnej kieszeni plecaka. Urwała się, owszem, schowała i siedziała cicho całą drogę! Wilczy się cieszy, przywiązuje ją porządnie i od jutra znów będzie omuszelkowany 😀

Nasza alberga
Nasze dormitorium. W połowie puste 🙂

Czytaj dalej, część 8 – Rosario – Boente

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *