Podróże, Włóczęga

Autem dookoła Półwyspu Iberyjskiego, cz. 4 – Pedras d’El Rei

Autem dookoła Półwyspu Iberyjskiego w odcinkach
Część 1 – Warszawa – Łódź – Lyon – Granada
Część 2 – Granada
Część 3 – Sewilla
Część 4 – Pedras d’El Rei
Część 5 – Lizbona/Sintra
Część 6 – Lizbona – Bordeaux – Frankfurt nad Menem – Łódź

Sewilla – Pedras d’El Rei

Zobacz galerię

Dziś opuszczamy stolicę Andaluzji i flamenco, miasto drzew pomarańczowych… Z pewnością będziemy tęsknić, ja już wiem, że chciałabym tu wrócić. Tymczasem jemy śniadanie, podczas którego Wilczy zyskuje kilka nowych tytułów:
Wilczy – pogromca żarcia!
Wilczy – zdobywca kiełbasy i gnębiciel sera!

Cmentarzysko Kotwic


Spakowani, zanosimy rzeczy do auta, regulujemy rachunek za parking i ruszamy znów w drogę. Niebo jest nieco pochmurne. Wyjazd z miasta nie nastręcza takich problemów, jak wjazd do niego i już niebawem jesteśmy na autostradzie wiodącej prosto do Portugalii. Wilczy otwiera paszczę i pokazuje na nią palcem.
– Co? – pytam inteligentnie. – Śliwka?
– Pić!…
Wyciągnęłam napój i zaczęłam pić. Spojrzał na mnie zdegustowany i powiedział ponuro:
– Chyba się nie zrozumieliśmy…
Przez Rio Guadiana, która jest naturalną granicą między krajami, przejeżdżamy pięknym mostem i już jesteśmy w innym świecie. Zjeżdżamy do miasteczka Tavira. Wilczy objechał je w kółko siedem razy, pokłóciliśmy się natychmiast, co robić, w końcu gdzieś stanął i przeszliśmy się obadać miejsce. Znaleźliśmy miejsce z knajpą i parkingiem, więc przeparkowaliśmy się i usiedliśmy w restauracji, zamawiając kurczaka. Podobno słynnego. Dogadać się można wyłącznie po angielsku, portugalski jest podobny do niczego.
– Ciekawe, czy portugalski różni się od hiszpańskiego tak, jak np. polski od czeskiego – mówię.
– Przestań! – obruszył się Wilczy. – Przestań czytać mi w myślach!…
– Bo może jakiś kabel między nami jest…
– Albo Wi-Fi się dostroiło…

Pierwszy portugalski obiad :)
Pierwszy portugalski obiad 🙂

Jako starter przyniesiono nam okrągły kawałek sera, krokiety, oliwki, masło i jakąś pastę z sardynek. I chleb. Pan poinformował nas, co z tego jest płatne dodatkowo – otóż ser i krokiety są. Ponieważ byliśmy głodni, a ser wyglądał apetycznie, to rzuciliśmy się na niego na tyle szybko, na ile pozwalały standardy dobrego wychowania i pożarliśmy go do ostatniej okruszynki. Był pyszny! Krokiety zresztą także niczego sobie.

Danie główne, ten słynny kurczak, to kawałki upieczonego kurczaka, podane z frytkami i szczątkową zieleniną, całkiem smaczne i dobrze przyrządzone, więc nie narzekaliśmy. Obawiam się, że w ramach rozpusty wzięliśmy nawet deser, coś o czekoladopodobnej nazwie i okazało się, że było to coś w rodzaju budyniu czekoladowego. Też smaczne. W końcu mogliśmy pojechać dalej, do miejsca naszego noclegu, czyli do Pedras d’El Rei.

Pedras d’El Rei, nasz apartament

Miasteczko to tak naprawdę wielki kompleks wypoczynkowy. Składa się z różnego rodzaju budynków z różnym wyposażeniem: są apartamenty, bungalowy, domki, są pewnie także pokoje, są baseny, restauracja, sklepik… Wszystko jest z widokiem 🙂 Na ocean, rzecz jasna 🙂 Dostaliśmy apartament bardzo blisko drogi na wyspę, na której jest główna atrakcja – czyli Cmentarzysko Kotwic.

Mieszkamy na parterze domku. Apartament numer 15 składa się z dużego pomieszczenia sypialnio-salonowego, oddzielnej malutkiej kuchenki i łazienki z podstępną wanną, która usiłowała mnie zabić. Otóż wanna nie ma płaskiego dna, żeby można sobie było w niej stanąć jak człowiek, czy w ogóle manewrować. Wanna ma dno półokrągłe, dzięki czemu – szczególnie, jeśli na dnie jest woda i jest ślisko – utrzymanie równowagi graniczy z cudem. Można się w niej poruszać wyłącznie w pozycji na kolanach…
Mamy też wyjście na taras, z którego – na upartego – można zejść na ziemię. Wyposażenie w klimacie trochę mauretańskim, ciemne, ażurowe meble. Naprawdę tu ładnie, otoczenie też zadbane, podoba nam się i chyba trochę szkoda, że przyjechaliśmy tu tylko na jedną noc 🙂

IMG_7047

Że z tarasu do ziemi jest blisko, przekonujemy się, kiedy pojawia się na tarasie kot. Ostrożnie podchodzi do drzwi balkonowych i patrzy na nas uważnie. Nie wyganiamy go, więc ośmiela się i wchodzi do środka.
– Miał być pokój z widokiem, a nie z kotem – komentuje Wilczy.
Kot, nadal przez nas ignorowany, wszedł dalej, rozejrzał się, wskoczył na krzesło i zapadł w letarg. Wyczuł sprzymierzeńców, pozwolił się sfotografować, zaczął mruczeć i nie przeszkadzało mu delikatne głaskanie. W pewnym momencie zaczął ciężko oddychać i Wilczy stwierdził, że kot rzęzi…
Znudziło mu się na krześle, zlazł więc, obrał kurs na kuchnię, wlazł do środka, usiadł, obejrzał się na nas i miałknął. Że co?!?… No nie, to już jest lekka bezczelność, wprosić się komuś do domu i od razu żądać jedzenia!… Chociaż w sumie – pomyślałam – on zachowuje się jak ja…;)
No niestety, nie mieliśmy jedzenia, a już na pewno nie takiego dla kotów, więc wyprosiliśmy tłuściocha za drzwi i poszliśmy nad morze, żeby obejrzeć tę atrakcję, dla której tu wylądowaliśmy: kotwice.
Między lądem a oceanem właściwym leży spora, ciągnąca się na kilka kilometrów wyspa, na którą musieliśmy dostać się mostkiem (kotwice są po jej drugiej stronie). Zaraz za mostkiem mieści się stacja kolejki, która dowozi do atrakcji. Bilet na kolejkę nie jest drogi (1,2 €), ale dla gości Pedras d’El Rei jest darmowy – ze specjalną kartą, którą dostaliśmy przy zameldowaniu. Wsiadamy do typowych turystycznych wagoników i w całe 5 osób jedziemy sobie powoli przez wyspę, podziwiając rozlewiska i roślinność. Mniej więcej w środku trasy jest stacja przesiadkowa, pewnie w sezonie krążą tu dwie kolejki i w tym miejscu mają mijankę. Teraz kolejka wiezie głównie powietrze…
Dojeżdżamy do stacji końcowej. Jakaś knajpka, kilka budynków. Latem są tu wystawione parasole i plażing 🙂 Teraz hula wiatr i szaleją wędkarze 😉 Chyba mają jakieś zawody, bo po prawej i lewej stronie od wyjścia na plażę stoją jakieś spore grupy machające wędkami. Tak z brzegu.
Ocean jest oczywiście bezkresny. Fale potężne (chociaż tym greckim, na południu Milos, nie dorastają do pięt). Wilczy pcha się bliżej wody, wygrzebując z piasku muszelki. Ocean też się chce zaprzyjaźnić i Wilczy nagle podrywa się i truchcikiem, drobiąc jakiś irlandzki taniec, ucieka do tyłu przed jęzorem fali 😉
Zaraz obok, na niedużym wzgórzu, leżą kotwice. Mnóstwo ogromnych, zardzewiałych kotwic, poukładanych w równych odstępach, podobnież na pamiątkę rybaków, którzy łowili w tych wodach tuńczyka. Niestety, jego populacja mocno spadła i poławianie stało się nieopłacalne. Rybacy porzucili więc swój zawód i musieli się przekwalifikować, pozostały po nich tylko te kotwice.

Cmentarzysko Kotwic

Cmentarzysko kotwic robi ogromne wrażenie. Jest ich mnóstwo, są potężne, leżą w dwóch grupach, pierwsza jest częściowo ogrodzona. Zatopione w piasku, jednym z ramion skierowane oskarżycielsko w niebo, a niebo robi się granatowe, straszące deszczem…
Po sfotografowaniu wszystkich kotwic świata dołączam do Wilczego i też zbieram muszelki. Tych też jest mnóstwo, a ocean co i rusz wyrzuca nowe. Są piękne, najprzeróżniejszych kształtów i kolorów. Mamy już ich pełne kieszenie i postanawiamy wrócić do hotelu. Tym razem nie decydujemy się na kolejkę, wracamy na piechotę, co i rusz zbaczając ze szlaku pomacać jakąś roślinkę. Takie nasze doniczkowe rosną sobie tutaj jako chwasty ot tak, na ziemi, po prostu. I mają kolce na przykład 🙂 Albo szyszunie, takie malutkie i słodziutkie, natychmiast podnoszę z ziemi gałązkę obsypaną tym dorbiazgiem i zabieram ze sobą. No łupów tośmy nabrali 😉
Z szyszuniami się trochę chowam, bo nie wiem, a może to jakaś święta roślinka jest, w życiu bym tego nie zerwała z drzewa, ale skoro leżało na ziemi, to chyba można?… Tymczasem przechodzi obok nas grupka lokalnej młodzieży i demoluje rosnący krzak. No wiecie co…
Przechodząc mostkiem z powrotem na stały ląd oglądamy życie podwodne. O, ukwiały!…
– Pamiętasz, one się tak chowają – mówi Wilczy. Pewnie, że pamiętam, oczywiście chciałabym to natychmiast zobaczyć!…
– No!… Dźgnij go!… Parasolem! – mówię rozgorączkowana, bo do ukwiała daleko. Wilczy posłusznie zbliżył ostrożnie czubek parasola do ukwiała, ten się oczywiście schował, a my rozchichotaliśmy się jak dzieci.
– Z parasolem na ukwiały – powiedział Wilczy. – Tytuł rozdziału w relacji…
– Nie. Nie. Dość tego. Nie jadę z Tobą nigdzie więcej bez dyktafonu! Ciągle coś gadasz, a ja nie mogę tego zapisać, bo nie mam pod ręką kapowcznika!…
– Tak? – stwierdził zjadliwie Wilczy. – Będziemy go wybierać trzy miesiące! Zobaczysz! Ten nie, tamten nie, bo coś tam, bo niewystarczająco dobry…
– Nie, weźmiemy pierwszy lepszy!
– Nie! Musi być taki za miliard dolarów…
– Y?…
– Będzie kawę robił!…
– A. – Zamykam się na takie dictum i wcale nie zastanawiam się, jak dyktafon ma robić kawę, wcale. Wolałabym, żeby nagrywał. Wystarczyłoby mi. Naprawdę. Jakiś sponsor?…;)
Wracamy do pokoju i przeglądamy zgarnięte z recepcji ulotki o lokalnych atrakcjach. Całkiem tego sporo – jakieś urocze groty morskie, ciekawe miasteczka i wsie wokół…
– A my ciągle gdzieś gonimy! Ciągle!…
– Tu trzeba przyjechać na tydzień. W Faro, 30 km stąd jest lotnisko.
– Właśnie. Wynająć auto i jeździć po okolicy…
Oczywiście już mamy zaplanowaną następną podróż, zastanawiamy się tylko, z kim i w jakiej porze roku…;)
Potem rozmowa schodzi na facetów. Że nie robią już takich, którzy adorują kobiety. I dokładnie w tym samym momencie mówimy razem:
– Ty byłeś z ostatniego sortu – to ja.
– Ja byłem ostatni – to on. No i znowu mówimy to samo w tym samym momencie…;)
W zapadających ciemnościach poszliśmy na spacer. Najpierw między domkami, obok pustych basenów i nieczynnych jeszcze pryszniców przybasenowych, obok przepełnionej restauracji na tyły budynku głównego. Tam właśnie mieści się supermarket, czynny od 9:00 do 13:00, a potem od 16 do 18:30. Aha. No to ruszyliśmy w stronę Santa Luzia. Najpierw było nic, czyli tylko ciemna szosa, a potem deptak nad morzem ze ślimakami. Skojarzenie z Dzikim Zachodem miałam prawidłowe: Wilczy natychmiast postanowił ratować wszystkie ślimaki przed rozjechaniem, rozdeptaniem i każdą inną krzywdą czyhającą na biedne zwierzątka. Minęliśmy lokalny stadion i doszliśmy do miasteczka.
Miasteczko zaczęło się deptakiem nadmorskim. Po jego morskiej stronie, na mieliźnie (odpływ?) malowniczo leżały łodzie, oświetlone latarniami ulicznymi. Po lewej stronie stały wymarłe domy. Doszliśmy do Cafe Restaurante Valformoso i trochę nas zastopowało.
– Idziemy na piwo? – zapytałam podstępnie, planując kolację.
– A chodź – zgodził się Wilczy. – Jeśli czynne…
I tak trafiliśmy do knajpy, w której byliśmy jedynymi gośćmi. Pani siedziała sobie na zydelku i oglądała telewizję, ale na nasz widok uśmiechnęła się szeroko i mimo późnej pory powiedziała:
– Można coś zjeść! Można coś wypić!
I zaczęła wymieniać, co ma smacznego.

luzia

Z piwa zrobiła się butelka białego wina. W ramach przystawek przyjechał chleb, pasta z tuńczyka (nie ruszyliśmy), masło, oliwki i marynowana marchewka (interesujący smak:). Jako danie główne wzięliśmy crockles (małe muszle) i sałatkę z octopusa. Muszle były usmażone z całymi ząbkami czosnku w skórce (czosneczek przepyszny, muszle też niczego sobie :). W sałatce z octopusa była zielona papryka, cebula i biała fasolka. Generalnie wszystko bardzo smaczne 🙂

Wieczór zakończyliśmy spacerem po porcie. Wleźliśmy na keje między wielkie łodzie rybackie, rozdeptując zdechłe octopusy, przeganiając koty, bardzo starając się nie wlecieć do wody, bo keja śliska jak diabli. Uśpiony port wyglądał bardzo malowniczo. No romantycznie aż strach. Niemniej jednak zmęczenie wzięło górę – czas paść na łóżko 🙂 W drodze powrotnej do naszego apartamentu Wilczy co i rusz pytał:
– Daleko jeszcze?…
A potem nastąpił ZGON.

Santa Luzia

Obudziłam się i słyszę ciurkanie wody.
– To deszcz? – pytam Wilczego, bo widzę, że on też już nie śpi.
– Aha. Burzę słyszałaś?
– Jaką burzę?…
– No, grzmotnęło.
– Tutaj???
– Tak.
– Y…
Przespałam grzmoty, nieźle. Wilczy się zwlókł z wyra i poszedł do mauretańskiego kibla, a ja włączyłam grzanie (czyli klimę). Jakoś zimno. Deszcz przybrał na sile. Leje jak z cebra.
Zrobiłam śniadanie, mając nadzieję, że jednak deszcz trochę minie, albo co. Po śniadaniu odsunęłam talerz i mówię:
– Pan sprząta.
A Wilczy na to:
– Pan sprząta, pani sprząta, społeczeństwo sprząta…
Do śniadania mieliśmy pomidorki cherry. Jak dzieci zaczęliśmy się nimi bawić i układać wzorki – z nich i tabletek (ciągle usiłujemy wyzdrowieć trochę). No jak dzieci…;)
Wilczy odsuwa zasłonę z drzwi tarasowych, a tam… kot. NASZ kot!… Na krzesełku sobie siedzi, napuszony taki. Postanowiliśmy go zignorować. Ale co jakiś czas sprawdzaliśmy, co z nim… Jak deszcz trochę się zmniejszył, kot poszedł na trawnik w ramach toalety. Strasznie kiepsko mu szło, jakoś długo się męczył biedak. Tymczasem ja się rozkaszlałam straszliwie.
– Czy jest ktoś zdrowy w tym pokoju?…
– Nawet kot ma zaparcia…
Spakowaliśmy się wreszcie i zaczęliśmy wynosić graty do auta, w ciągle kropiącym deszczu. Podchodzimy do samochodu, a na nim pięć kotów, wszystkie chyba okoliczne, siedzą stadem, na dachu, na masce… Wszędzie!… Maska ubłocona masakrycznie ich łapami, w dodatku porysowały skubane lakier – trzeba wziąć to pod uwagę, wybierając się tam autem. Jak podchodziliśmy, to większość kotów zlazła dość szybko sama, ale ten “nasz” został do końca. No jednak chyba wziął nas za rodzinę!…
W deszczu opuściliśmy gościnne progi Pedras d’El Rei i ruszyliśmy na północny zachód – do Lizbony.

Czytaj dalej, część 5 – Lizbona/Sintra

Wyszperane w Sieci:
Pedras d’El Rei – nocleg przy Cmentarzysku Kotwic

(marzec 2013 r.)

Może Cię także zainteresuje...

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *